Koniec popularyzacji

Koniec popularyzacji

Przerabianie tak zwanych poważnych zagadnień na strawną papkę to marzenie wielu publicystów, dziennikarzy i pisarzy. Rozmawialiśmy tu wczoraj o Rożku i jego programie, Rożku, który z tym swoim uśmiechem oszusta matrymonialnego udaje, że nie istnieje serwis YT i nie można zrobić zdjęć telefonem komórkowym w dowolnym miejscu na ziemi, a następnie przesłać ich w inne dowolne miejsce.

Popularyzacja tak zwanej nauki to jest dziś sprawa przegrana z naszego punktu widzenia, bo nie ma człowieka wśród polityków, który podjąłby decyzję o wydaniu pieniędzy na taki projekt. Mam na myśli prawdziwą naukę, której osiągnięcia pokazuje się w TV.

Możemy więc jedynie udawać, że nasza telewizja coś popularyzuje, czyli – jak w wielu innych wypadkach – eksploatować schemat, którego istoty nie rozumiemy. Nazywamy to na naszym blogu kultem cargo i ja już doprawdy nie mam siły tłumaczyć dlaczego.

U samego spodu idei popularyzacji leżą dwa oszustwa. Niezrozumiałe z polskiego punktu widzenia, bo ta cała popularyzacja nauki jest częścią jednego z ważnych rodzimych mitów, na który nie zamachnie się nikt, no chyba, że ja.

Pierwsze oszustwo dotyczy popularyzowanych zagadnień i zakłada, że jest jakiś obszar wiedzy poważnej, który można za bezdurno odstąpić niczego póki co nie rozumiejącym gamoniom. To nie jest prawda, bo rzeczy istotne i ważne są poza zasięgiem percepcji ludzi garnących się do popularyzacji, a to co się im podsuwa jest po prosu wiedzą sformatowaną, której oni mają oddawać cześć, a jednocześnie się z nią utożsamiać, co wiąże się automatycznie z porzuceniem swoich dotychczasowych zajęć i nawyków.

Popularyzacja nigdy nie jest zjawiskiem lokalnym, zawsze przychodzi z zewnątrz i sprzedawana jest jako szansa. Podobnie jak rzekomo niskooprocentowany kredyt bankowy. W Polsce ma to wymiar szczególny, jak nadmieniłem. Pokładamy bowiem szczerą wiarę w to, że widzę pozyskuje się w wyniku kolejnych wtajemniczeń, dokonywanych przez kapłanów nauki, w miejscach zwanych uniwersytetami.

Wierzymy, niczym Rosjanie za Piotra I, że tylko najlepsi z nas zdolni są pojąć swoimi umysłami, poważne zagadnienia i ci robią kariery w świecie, słabsi zaś muszą kontentować się popularyzacją wiedzy wśród maluczkich. To ostatnie nazywane jest często pracą u podstaw i stanowi narodową świętość dla wszystkich opcji politycznych. To są oczywiście głupstwa.

I teraz pora na drugie kłamstwo, które leży na samym dnie. Czy jest ta cała popularyzacja? To werbunek. Mogą go dokonywać siły poważne, te które dały szansę Marii Skłodowskiej na początku XX wieku, ale mogą go też dokonywać siły z istoty trywialne i niczego nie rozumiejące takie jak Jacek Kurski, szef telewizji.

Nie ma w Polsce człowieka, który poddałby krytyce oświatę szerzoną wśród kobiet na początku XX wieku, cały ten latający uniwersytet i jego konsekwencje. Ja tego też tutaj nie zrobię, umieszczę to w nowej Baśni jak niedźwiedź. Uważam, bowiem, że to konieczność, że trzeba się rozprawić z tymi socjalistycznymi bredniami, bo nie wyjdziemy z tego domu wariatów, do którego nas zapędzono.

Rekapitulujmy więc – popularyzacja wiedzy to kult formatu plus werbunek nowych sił. I to widzimy również dzisiaj, w postaci tych różnych programów Erasmus, Comenius itp…

Posłużę się teraz przykładem odległym od naszych tutaj spraw, ale bliskim innym rozważaniom snutym na tym blogu. Pamiętacie jak sobie tu gawędziliśmy o handlu antykwarycznym na Świętokrzyskiej w Warszawie, gdzie skupiały się żydowskie sklepiki, w których sprzedawcy nie dość, że czytać po polsku nie potrafili to i z mówieniem był kłopot.

Okazało się, że do tych transakcji książkowych wymienione umiejętności nie są wcale potrzebne. Chodzi o to, by w miejscu obfitującym w rybę zamącić wodę kijem, a z dna leżącego tuż pod powierzchnią podniosą się wielkie białobrzuche sztuki, które można będzie wybrać rękami. To jest metoda połowu typowa dla naszych okolic i ciągle się stąd coś lub kogoś wywozi za jej zastosowaniem.

Przypomnijcie sobie teraz film pod tytułem „Goryle we mgle”. Film smutny, ale trochę zakłamany. Otóż jego bohaterka Diane Fossey, nie była ani biologiem, ani nawet pracownikiem ZOO, była terapeutką zajęciową, pracującą z dziećmi w przedszkolach. Jej wyjazd do Afryki zaś został zaaranżowany w wyniku pewnego programu, który firmował pan Leakey. On także selekcjonował dziewczyny, które miały być jego liderkami. Nie miały one wielkiego pojęcia o przedmiocie swojej przyszłej pracy, z wyjątkiem może jednej, ale nie miało to też wielkiego znaczenia. Liczyło się tylko to, kto kontroluje wyniki badań i czy uda się udowodnić, że małpy człekokształtne też mają duszę.

Ja lubię film „Goryle we mgle” i lubię Diane Fossey, którą zamordowano w okolicznościach o wiele bardziej dramatycznych, niż to pokazują w filmie. Uważam jednak, że jej przykład jest bardzo znamienny i demaskujący mechanizm popularyzacji.

Oto ciekawa świata, samotna – co ważne – dziewczyna dostaje od życia szansę. Nie jest to w istocie żadna szansa, ale jedynie zaspokojenie jej deficytów, które zostały wcześniej przez prowadzących ten program badawczy dokładnie zanalizowane. Podobnie, a wręcz identycznie było z szansami, które otrzymały na początku XX wieku polskie dziewczyny bawiące się stowarzyszenia samokształceniowe o charakterze tajnym. Ponoć latający uniwersytet istniał dwadzieścia lat, a przeszło przezeń około 5000 studentek. Jak w tych warunkach zachować tajność? No, ale niech tam…

Jak w każdej poważnej herezji, w ten która rozpoczęła swój triumfalny pochód na przełomie stuleci XIX i XX ręce i umysły dziewcząt były jedną z poważniejszych jakości do pozyskania. W dodatku nie była to jakość kosztowna, bo za udział w tym przedsięwzięciu adeptki wiedzy tajemnej musiały płacić wykładowcom. System tych opłat omówię w książce, dziś dajmy temu spokój. Najlepsze z uczestniczek kursów zostały studentkami, a Maria Skłodowska ukończyła Sorbonę i dostała Nobla.

Cóż za cudowne zrządzenie losu!!! Bez popularyzacji wiedzy na zajęciach latającego uniwersytetu nie mielibyśmy pierwiastków promieniotwórczych! Nie byłoby radu i polonu, a imię Polski nie byłoby tak sławne w świecie jak dziś….

To jest szczytowy moment kultu cargo, który uprawiamy. Nie mamy bowiem nadal, żadnego radu i polonu, poza tym gramem, co go tam kiedyś była miłośniczka wiedzy Skłodowska podarowała Polsce. Nie korzystamy jako grupa z żadnych dobrodziejstw wynikających z dokonań naszej rodaczki. Ona sama zaś jest w świecie uważana za Francuzkę. Nie ma to z mojego punktu widzenia żadnego znaczenia, może być nawet Chinką. Kwestie, którym oddaje się w Polsce hołd, a które tutaj wymieniłem, nie mają żadnego wpływu na poprawę jakości naszego życia i na nasze bezpieczeństwo.

Popularyzacja zaś wiedzy jest jedynie sposobem na odsysanie stąd jednostek do czegoś się nadających i stwarzanie im tak zwanych warunków. Jak ktoś chce sobie poczytać o tych warunkach, niech sięgnie do wspomnieć Ewy Curie. Popularyzacja wiedzy to jeden ze sposobów pozyskiwania tanich wyrobników, bardzo podobny do chwytania niewolników przez czambuły tatarskie. Tamci też byli sprzedawani przez żydowskich pośredników, tyle, że ich rola była inna niż studentki Skłodowskiej.

Jeśli ktoś mi nie wierzy, niech prześledzi komentarze, które wpisywał tu czasem komentator o nicku Auu, on pracował w wielkich korporacjach na zachodzie i wie jak się tam traktuje fachowców – jak śmieci. Ktoś powie, że to świetnie, bo jeśli w tej Polsce ciągle nic nie udaje się zrobić, to ludzie sobie przynajmniej zarobią za granicą.

I tu dochodzimy do ważnego momentu czyli do wyjaśnienia, kto był poddawany temu naukowemu szwindlowi. Otóż w XIX i XX wieku były to na początku same dziewczyny z domów o wysokiej kulturze. Nie tyle bogatych, choć takie dominowały, ale z domów, gdzie nie było patologii. I trudno uwierzyć w to, że ktoś tego nie zaplanował. Trudno też uwierzyć w to, że dziś, w Polsce zdewastowanej pod każdym względem jakieś potężne siły będą szukały wyrobników do swoich laboratoriów.

Ten trend wygasa, pojawia się za to inny – pozyskiwanie taniego robotnika. Może się zdarzyć, że pojawi się kolejny – budowa tanich fabryk na miejscu, gdzie zatrudni się poganiają batem swołocz, kiedy już majstrowie od popularyzacji dojdą do wniosku, że nikogo poza swołoczą tutaj nie ma.

Ja tylko przypomnę niedowiarkom czym się zakończył socjalistyczny projekt rozpoczęty tak inspirująco czyli kształceniem dziewcząt z dobrych domów w zakresie biologii, bo na początku chodziło wyłącznie o kursy biologii. Otóż on się zakończył budową Nowej Huty i zapędzeniem do tego zakładu tych fornali co ocaleli z pogromu majątków, gdzie wcześniej mieszkały, marzyły i kochały te właśnie adeptki wiedzy tajemnej. To jest ciągle ten sam projekt. My w niego wierzymy jak w Matkę Najświętszą i mowy nie, by ktoś weń rzucił kamieniem.

No więc ja rzucę…niebawem. I to nie jednym. Nie ma bowiem mowy o żadnym sukcesie ani o żadnej niepodległości dopóki my sami traktujemy siebie jako żywy zasób. A do tego sprowadzają się wszystkie naukowe, popularyzatorskie kulty szerzone w naszym kraju. Wyjąwszy takiego bałwana jak doktor fizyki Rożek i jego pryncypał Chemiel, a także zwierzchnik ich obydwu, Jacek Kurski, bo oni akurat nic, a nic z tego wszystkiego nie rozumieją.

Na dziś to tyle. Zamieszczone tu wczoraj wystąpienie Grzegorza Brauna, które miało miejsce w Bytomiu, spotkało się z pewną krytyką. Ja ją rozumiem, ale nie możemy pominąć nagrania Grzegorza, choćby nie wiem jak było rozczarowujące i puszczać innych prelegentów. Tak więc jeszcze raz po kolei idą tu filmy z Bytomia, a ja zapraszam na stronę http://www.coryllus.pl i przypominam o promocji, która w naszej księgarni trwa do 27 lipca.

Oto Leszek Żebrowski:

I cała reszta:

Grzegorz Braun:

I poprzednicy:

Dziś jeszcze raz zamieszczę tu linki do wszystkich opublikowanych nagrań z Bytomia, a także do swoich dwóch pogadanek z Wrocławia.

Zapraszam na stronę http://www.coryllus.pl, do sklepu FOTO MAG, do księgarni Przy Agorze i do księgarni Tarabuk.

I jeszcze nagrania

Oto przed Państwem wykład który w czasie targów książki w Bytomiu wygłosił przeor klasztoru cystersów w Wąchocku Ojciec Wincenty Wiesław Polek. Dotyczy on kasaty zakonu cystersów na ziemiach Królestwa Polskiego, w początkach XIX wieku oraz dewastacji przemysłu stalowego zarządzanego przez ojców cystersów, co dokonało się rękami naszych narodowych bohaterów – Stanisława Staszica i Stanisława Kostki Potockiego. Miłego odbioru. Pod drugim linkiem są pytania z sali.

Mam nadzieję, że wykład ten ukaże się w kolejnym, dodatkowym numerze Szkoły Nawigatorów. Niebawem przed nami pierwszy taki numer, dostępny poza prenumeratą, poświęcony Żydom i gospodarce. Kolejny zaś dotyczył będzie obecności Kościoła w przemyśle i finansach i tam znajdzie się, jak mniemam powyższy wykład.

Zapraszam na stronę http://www.coryllus.pl. gdzie można już kupić kolejny, polski numer Szkoły nawigatorów

Prócz tego zachęcam do obejrzenia wywiadów z laureatami nagród oraz transmisji z wręczenia bytomskich rozetek.

Wystąpienie Leszka Żebrowskiego w Bytomiu. Nie ma co gadać, trzeba oglądać.

I pytania publiczności

http://coryllus.pl

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s