Trzy argumenty przeciw koedukacji

Trzy argumenty przeciw koedukacji

Postulat koedukacji jest dziś niemal powszechnie realizowany. Wiele osób jest wręcz przeświadczonych, że klasy składające się z dziewcząt i chłopców istniały „od zawsze”, a tworzenie osobnych szkół dla obu płci to niezrozumiały ekscentryzm.

Nic bardziej mylnego: pierwsze szkoły koedukacyjne powstały dopiero w XIX w., przy czym koncepcja wspólnego nauczania dziewcząt i chłopców stała się edukacyjną normą nie wcześniej niż w drugiej połowie XX w.

Bohater Ferdydurke Gombrowicza – nawiasem mówiąc, absolwenta gimnazjum męskiego im. św. Stanisława Kostki w Warszawie – zapewne nie byłby w stanie wyobrazić sobie wspólnej nauki z dziewczynami…

Zaznaczmy więc: przez całe stulecia standardem w oświacie była edukacja zróżnicowana, czyli stawiająca na odrębne nauczanie obu płci. Zakłada ona, że chłopcy i dziewczęta rozwijają się i dojrzewają w innym tempie – zarówno pod względem umysłowym i emocjonalnym, jak i fizycznym.

Obranie takiego punktu wyjścia ma zresztą całkowite uzasadnienie w biologicznych faktach: dziewczynki osiągają dojrzałość intelektualną i psychiczną kilka lat wcześniej niż chłopcy (w literaturze naukowej mówi się o różnicy od 2 do nawet 6 lat), co oznacza, że przeciętna 13- czy 16-latka jest o wiele bardziej „dorosła” i poważna niż jej kolega z klasy.

Drugim fundamentem edukacji zróżnicowanej jest pogląd mówiący o odmiennych predyspozycjach intelektualnych kobiet i mężczyzn. O tym, że dziewczynki mniej chętnie (i z mniejszym powodzeniem) zabierają się do fizyki, matematyki, historii i WF-u niż np. do plastyki, muzyki bądź języków obcych, można naocznie przekonać się w każdej szkole.

Trzecią koncepcją stanowiącą podstawę edukacji zróżnicowanej jest rozróżnienie metod pedagogicznych, które byłyby najbardziej korzystne dla obu płci. Uczennice łatwiej przyswajają bowiem wiedzę przez współdziałanie (ze sobą i z pedagogiem), są bardziej nastawione na zdobywanie dobrych ocen i pochwały, podczas gdy motorem rozwoju umysłowego chłopców jest rywalizacja z innymi chłopcami (konkurowanie z dziewczynami czy podlizywanie się nauczycielkom dla oceny uważane jest przez nich za kompromitujące) oraz, w wielu przypadkach, bunt wobec dydaktycznego autorytetu.

Te trzy założenia – mające oparcie w twardych faktach – cementowane są ponadto zasadnym argumentem, że osobne uczenie się chłopców i dziewcząt sprzyja koncentracji uczniów i uczennic na zdobywaniu wiedzy, a nie na kokietowaniu płci przeciwnej.

Ale to nie wszystko. Są i inne ważne względy, które w 2008 r. wyłożył w wywiadzie dla „Gościa Niedzielnego” Józef Maria Barnils, prezes Europejskiego Stowarzyszenia na Rzecz Edukacji Zróżnicowanej (EASSE).

„Do dziewcząt powinno się zwracać melodyjniej, cichszym głosem, częściej używając imion. Do chłopców powinno się mówić głośniej, bardziej stanowczo i konkretnie. Polecenia powinny być krótsze, a artykulacja wyrazista. Gdyby zwracać się tak do dziewczynek, większość bałaby się nauczyciela. Chłopcom to nie przeszkadza. Są bardziej skupieni, wynoszą z lekcji więcej. Kolejna rzecz: naturalne odczuwanie ciepła. Udowodniono, że dziewczęta powinny uczyć się w temperaturze wyższej niż chłopcy. Przy temperaturze 21 stopni dziewczęta marzną i są rozkojarzone, a optymalne ciepło dla nich to ok. 24 stopnie. Chłopcy przy tak wysokiej temperaturze zasypiają i nie potrafią się skupić. Nie da się w jednej klasie uzyskać dwóch temperatur”.

Choć wyżej wymienione, podważające sensowność koedukacji racje są dziś w najlepszym razie przez postępowców bagatelizowane (w najgorszym: wyszydzane lub zwalczane) – żaden z nich nie ma ochoty zauważyć, że jaskrawą pozostałością po osobnych szkołach dla dziewczyn i chłopców są dziś lekcje wychowania fizycznego.

W związku z tym codziennie w niemal każdej szkole publicznej w Europie dochodzi do paradoksu: za naturalne uważa się, że na WF-ie chłopcy grają w piłkę nożną sami z sobą, a nie w mieszanych składach z dziewczętami (i dzięki temu osiągają w tym przedmiocie lepsze rezultaty) – a jednocześnie „oczywistością” jest, że ci sami uczniowie i uczennice wspólnie uczą się fizyki, choć większość nastolatek interesuje się termodynamiką i energią kinetyczną tak samo jak futbolem, czyli wcale.

Co ciekawe, z badań podawanych przez dr. Artura Góreckiego wynika, że dziewczęta w klasach koedukacyjnych tracą na tym, że nauczyciele znaczną część swojego zaangażowania kierują na dyscyplinowanie chłopców, gdyż ci z powodu dostosowania metod nauczania do potrzeb uczennic częściej nudzą się podczas zajęć.

Magdalena Żuraw
http://www.pch24.pl

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s