„Katecheza dziejów”? Cóż to takiego?

„Katecheza dziejów”? Cóż to takiego?

Tomasz Terlikowski, znawca problematyki Kościoła, specjalista w dziedzinie ekumenizmu – tego, którego wykładnia znajduje się w dokumentach ostatniego Soboru, a także, siłą rzeczy, jaki praktykowany bywa zgodnie „z duchem” Soboru – poświęcił interesujący tekst ( „Łże-prorok Polaków”, Plus Minus 2 czerwca 2016) twórczości Jarosława Marka Rymkiewicza, głównie ostatnich kilkunastu jej lat.

Tekst zaskakujący. Trudno nie uznać, że publicysta komentujący na co dzień politykę personalną Stolicy Apostolskiej, ostatnie dokumenty podpisywane przez papieża Franciszka, i starający się tonować narastający niepokój katolików wobec zmian dyscypliny kościelnej w wypadku przekroczeń szóstego przykazania, występując w roli krytyka literackiego, który podsumowuje teologię znanego z prawicowych przekonań pisarza, odsłonił się jako niespodziewany znawca zawartości ideowej dzieł Rymkiewicza. Zwłaszcza zaś znawca języka twórcy „Kinderszenen”.

Jego diagnoza dotycząca „mroków duchowych” , jakie spowijają twórczość jednego z największych mistrzów współczesnej polskiej literatury, i jego konsekwentnej postawy moralnej – czy właśnie „religijnej”, co autor stara się wykazać – która wydaje się apoteozą pierwotnej natury człowieka, zwłaszcza zaś zemsty i ciemnych instynktów – właściwych raczej żywiołowi etnicznemu niż narodowemu – jest godna uwagi.

Jarosław Marek Rymkiewicz nie jest jednak jedynym człowiekiem w Polsce – jakby (pośrednio) wynikało z tekstu Tomasza Terlikowskiego – który z tak wielkim powodzeniem odwołuje się dziś do neopogańskich teorii. Jedna z nich nosi miano tradycji pierwotnej , a jej modnymi wśród młodej inteligencji przewodnikami są Julius Evola i Renat Guénon. („Evola, »Rzymianin«, »arystokrata ośnieżonych szczytów«, »herold Tradycji i nieprzejednany wzgardziciel współczesnego świata«, »człowiek stojący wśród ruin«…

Evola został przedstawiony jako zbawiciel, mistrz, budziciel sumień, którego egzystencja była »naznaczona dumną prawością starożytnych Rzymian, sensem honoru i walki, które liczni uważali za pogrzebane wraz z wielkimi cesarskimi marzeniami ekumenicznego« dzieła zjednoczenia wszystkich religii jest negacja zasady niesprzeczności, odmowa rozróżnienia między religią prawdziwą a religiami fałszywymi, między prawdą a błędem. To odrzucenie zasady niesprzeczności pociąga za sobą negacje logiki i logicznego myślenia”.

Gdy obniża się znaczenie rozumowania, jego role przejmują symbole. Symboliczny język jest w stanie pogodzić nawet najbardziej sprzeczne stwierdzenia. Wiedział o tym bardzo dobrze przywoływany przez Tomasza Terlikowskiego Mircea Eliade. Zatrute ziarno rzucone w glebę cywilizacji łacińskiej, chrześcijaństwa i katolicyzmu, wydało obfity plon. Przyzwolenie na ideologię gender w szkołach nie wzięło się znikąd. I nie jest tylko skutkiem zdegenerowanej kultury ostatnich lat, lecz przede wszystkim intelektualnego fałszerstwa, zafałszowania w umysłach obrazu Boga.

Człowiek jako absurd w tej nowożytnej mitologii jest samotnym rozbitkiem, pozbawionym wszelkiej pomocy i nie tęskniącym do niczego, wyzutym z pamięci, wyrzuconym na brzeg bezkresnego oceanu, który jest martwy, lodowaty i obcy. (Dlatego m.in. m u s i się otoczyć milionem gadżetów, które będą dawały złudzenie bezpieczeństwa, niczym pogańskie talizmany i fetysze, musi poszukiwać i doznawać wciąż n o w o ś c i , nowych impulsów, podniet, przeżyć, często ekstremalnych, rozbudzających zmysły, które wyrwą go choć na chwilę z odrętwienia i udręki, poczucia bezsensu, graniczącego z rozpaczą).

Sztuczne raje i powrót do Raju

Dzieła literackie zrodzone z postawy duchowego i intelektualnego buntu wobec Boga są uznawane powszechnie za europejski kanon literacki. W okresie nazywanym przez rewolucjonistów oświeceniem, i w epokach późniejszych, próbowano uczynić z nich buńczuczne manifesty, duchową strawę zastępującą sztukę katolicką (a nawet coś w rodzaju parareligii).

Wielu znawców – nie mówiąc o zwykłych czytelnikach – nie rozeznaje ich duchowego przesłania. Goethe i inni słynni twórcy tej i wcześniejszej epoki, uważani są za autorów par excellence chrześcijańskich. (Paul Claudel, przyjaciel Polski, nazywał Goethego „wielkim uroczystym osłem”).

Buntownicy z obszaru sztuki – tak jak myśliciele protestanccy – negują opatrznościowy porządek świata. Chcą wrócić do utraconego Raju lub stworzyć sobie nowy raj. Widać to na setkach filmów, na tysiącach spektakli teatralnych, a dziś na ulicach, wśród zwykłych przechodniów, w lecie po prostu półnagich, demonstrujących zwierzęcy „naturalizm”, zgodnie z zaleceniami mody; widać w aulach uniwersyteckich, w klasach szkolnych, gdzie głosi się niezmiennie od czasów komunistycznych teorię ewolucji, jako ideologię wyzwolonej ludzkości, i w parlamentach – europejskich, nie azjatyckich, czy afrykańskich – gdzie zabijanie ludzi traktuje się jak zabieg sanitarny, niezbędny etap procesu wielkiego oczyszczania świata, a zamianę płci, czy klonowanie człowieka – „prawo człowieka”! – tak, jak niegdyś zmianę rękawiczek.

„Fałszywa ideologia, która przypisuje zło i nieszczęście temu, że człowiek jest stworzony przez Boga, to gnoza. Niegodny zaś wysiłek, który próbuje osiągnąć to wyzwolenie, to rewolucja”, mówi włoski pisarz Guigo Vignelli.

Rewolucja w obyczajach – kulturze, modzie, muzyce, teatrze – to znak widzialny tego, co odbywa się w głębi, w cieniu, w ukryciu. W umyśle człowieka. Co dojrzewało, krystalizowało się przez wieki w niewielkich zamkniętych kręgach. Dziś już wszystko jest na wierzchu, wszystko jest jawne.

Nieprzeliczone rzesze ludzi stają się uczestnikami procesu rewolucyjnego, który mylnie kojarzą z „nowoczesnością”, „sztuką”, „nauką”, „modą”, „bezpruderyjnością”, „spontanicznością”, „asertywnością”, „postępem”, czy realizacją należnych rzekomo wszystkim „praw człowieka”.

Jakże to wszystko swojsko brzmi. O prawach człowieka mówi się z aprobatą w Kościele – pomijając tak często prawa Boga. Rewolucja została zasymilowana przez język, który sobie przyswoiliśmy, nie zadając pytań o sens wypowiadanych słów. Kobieta, nawet w najbardziej eleganckich czasopismach, tych dla inteligencji i dla klasy średniej, jest niezmiennie przedstawiana jako maskotka, lalka Barbie. Istota sztuczna, na pokaz. Jej prawdziwa natura musi być ukryta i zafałszowana.

Twarz tej kobiety nie ma wyrażać prawdy o niej, istoty stworzonej na obraz i podobieństwo Boga, tylko gotowość spełniania wszystkich zachcianek mężczyzny. Nie może w niczym przypominać twarzy Matki Boga, Demaskatorski Wszystkich Herezji, łącznie z dzisiejszym modernizmem. Artystyczny obraz takiej osoby, która z prawdziwą kobietą nie ma nic wspólnego, jest wspólnym dziełem ideologów, fotoreporterów, kreatorów mody i wydawców.

Znane aktorki nazywane są bez ogródek „symbolem seksu”. W taki sposób – w prasie, filmie, telewizji – tworzy się sztuczne raje.

Opozycja prawdziwa czy fałszywa?

Odkrywając „prawdziwą twarz” Jarosława Marka Rymkiewicza, „dzikie” i moralnie odstręczające oblicze twórczości wybitnego poety, Tomasz Terlikowski zderzył jego świat pojęć, wartościowań i wizji, z przesłaniem Jana Pawła II, wypowiedzianym podczas pierwszej pielgrzymki do Polski.

Czy rzeczywiście istnieje tu sprzeczność? Skąd pomysł na „hagadę” dziejów, o której pisze z wyraźną atencją autor „Łże-proroka Polaków”? Czy snucie jej to na pewno rola papieża? Opowiadanie „jej [Ojczyzny] trudnych losów”, jak pisze T. Terlikowski? I to po to, by – tutaj autor polemiki z Rymkiewiczem powołuje się na dalekiego od chrześcijaństwa religioznawcę, filozofa religii i antropologa, Mircea Eliadego – „poprzez opowiadanie” dokonała się „regeneracja, odrodzenie z nieuszczuplonymi siłami witalnymi”?

O co naprawdę autorowi „Łże-proroka…” chodzi? Autor eseju o Rymkiewiczu sam zdaje się powielać jego metodę, przekonania, światopogląd. Bo oto nie wiara katolicka, nie Kościół z jego nadprzyrodzonymi środkami danymi mu przez Boga – a w Kościele jest, zgodnie z Objawieniem i Tradycją, wszystko, co potrzebne człowiekowi (nie narodowi) do zbawienia – ale „witalne siły” mają być gwarantem przetrwania i one zostają wzmocnione podczas „świętych dni” pielgrzymki papieskiej.

Terlikowski dodaje, że Jan Paweł II zaproponował wówczas rodakom „swoistą polską hagadę” podczas której „uobecniał”, „uaktualniał” naszą historię. Żadne z tych pojęć nie mieści się jednak w katechezie pojmowanej po katolicku, a przecież wykład i obrona wiary jest podstawową rolą każdego papieża.

Tomasz Terlikowski znajduje osobliwe zajęcie dla Głowy Kościoła, twierdząc, że głoszona przez niego „historia uobecniana, uaktualniana” oparta została o fundament wcielonego Logosu, a zatem, jak pisze, „Papieska hagada nie jest już tylko opowieścią świecką, ale swoistym poszukiwaniem religijnej istoty dziejów Polski, która ze świeckiej, profanicznej narracji historycznej przekształca się w »historię zbawienia« właściwą konkretnemu ludowi”.

Hmm… Głowa Kościoła snuje, zaraz po objęciu Stolicy Piotrowej, „hagadę” (pojęcie żydowskie), żeby poszukiwać religijnej istoty dziejów Polski? I w wyniku tego opowiadania, czyli narracji, dochodzi do przekształcenia czegoś świeckiego w religijne?

Skąd w umyśle katolickiego publicysty takie wyobrażenia, jakich nie powstydziłby się sam „mistrz z Milanówka”, nie mówiąc już o Eliadem? Jak świat światem, Kościół Kościołem, główne zajęcie Jego Głowy polega zawsze na tym samym: na krzewieniu i obronie wiary, głoszeniu prawdy, która jest dana Kościołowi – i jedynie jemu – raz na zawsze i nie podlega modyfikacjom, a nie na tym, by czegoś tajemniczego „poszukiwać”, i by w tym procesie doszło do jakichś zagadkowych przekształceń religijnych.

O jaką wreszcie religię tu chodzi? Czy o tę, której wyrazem są ekumeniczne ciągoty, coraz jednak wyraźniej kurczącej się części hierarchii, w miarę jak „duch Soboru” traci wraz z upływem czasu swój wigor i sprężystość?

Chyba, że zdaniem publicysty, Jan Paweł II nie przyjechał do nas po raz pierwszy w 1978 roku jako papież Kościoła katolickiego, ale jako turysta, literat i religijny myśliciel, z zamiarem dokonania jakichś parareligijnych eksperymentów, gdzie w centrum stało „opowiadanie dziejów”, które stawało się zarazem osobliwym misterium.

Nie sądzę, że od tych wizji znanego analityka sytuacji w Kościele było tak bardzo daleko do „neopogańskich czy heideggerowskich pomysłów na Polskę”, które Tomasz Terlikowski przypisuje en block Jarosławowi Markowi Rymkiewiczowi, czyniąc z nich główne ostrze swoich oskarżeń. (A już zupełnie kuriozalnie brzmi zapewnienie, że część „polskiej intelektualnej prawicy”, która inspiruje się myślą Rymkiewicza, musi w tej sytuacji dokonać „wyboru cywilizacyjnego”).

Mylenie cywilizacji z religią jest zresztą dziś zjawiskiem powszechnym. Oprócz wyraźnej tendencji antychrześcijańskiej towarzyszy nam dziś przystosowanie chrześcijaństwa do potrzeb człowieka.

Tymczasem „chrześcijaństwo albo jest tym radykalnym ukierunkowaniem [na cel ostateczny], albo go po prostu nie ma. Adaptacja wartości chrześcijańskich w ramach współczesnej cywilizacji antropocentrycznej de facto prowadzi do odrzucenia religii – tyle, że nie wprost (…)

To prawda, że religia ma funkcję kulturotwórczą i wytwarza także cywilizację, o czym świadczy historia Kościoła. Ale ani jej celem, ani pierwszym owocem nie jest cywilizacja w znaczeniu doskonalenia tego co ziemskie (…) Obserwujemy [dziś], jak większość kampanii ideologicznych i batalii prawnych organizowanych przez świat zyskuje aprobatę Kościoła. Słowem, Kościół oferuje światu swe usługi i usiłuje stanąć na czele postępu ludzkości” (prof. Romano Amerio).

Kryzys religijny, kryzys wiary nie jest nigdy „zasługą” twórczości choćby najgenialniejszego poety czy prozaika. Jest on zawsze przejawem wewnętrznego osłabienia tej jedynej bosko-ludzkiej instytucji, odpowiadającej za wiarę, z boskiego nadania. I tak już było wiele razy w historii. I tu należy przede wszystkim szukać przyczyn – oddzielając zarazem starannie skutek od przyczyny – dzisiejszego zamętu intelektualnego i duchowego, który swoje odzwierciedlenia znajduje również w sztuce i literaturze. A także źródeł nadziei, bowiem ze wszystkich kryzysów Kościół zawsze wychodził zwycięsko. Tak będzie i tym razem.

Ewa Polak-Pałkiewicz
(Tekst – z niewielkimi skrótami redakcyjnymi – opublikowany w dodatku „Rzeczypospolitej” Plus Minus z zeszłego tygodnia)
http://www.bibula.com

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s