Europa na skraju przepaści

Europa na skraju przepaści

Coraz częściej i coraz wyraźniej uświadamiamy sobie, że współczesna Europa – przeżywająca okres niekontrolowanego napływu kolorowych imigrantów z Afryki i Azji – zatraca swoją dotychczasową tożsamość. Na naszych oczach, w okresie zaledwie jednej generacji, kontynent zamieszkały od wieków przez chrześcijańskie narody przekształcił się w organizm o złożonym obliczu, zmierzający w kierunku modelu wielokulturowego.

Amsterdam 1957 – dzieci holenderskie, uderza całkowity brak kolorowych.

Historia uczy nas, że cywilizacja starożytna trwała dopóty, dopóki jej wiodący nurt zasilał napływ rolników-żołnierzy-obywateli, a nie obcych przybyszów. Christopher Dawson wskazał w odniesieniu do starożytnego Rzymu , że „Religia wieśniacza, rolnicza ekonomia i wieśniacza moralność leżały u podstaw wszystkich charakterystycznych osiągnięć epoki republiki” (Postęp i religia, s. 228).

W późniejszych wiekach Rzym, miasto-centrum świata, kosmopolityczny moloch pozbawiony dopływu zdrowej ludności wiejskiej, uległ wewnętrznej degeneracji i nie był zdolny do samoobrony, a nawet dosłownie „zabijał sam siebie” (tamże, s. 229)

Do niedawna wielkie miasta europejskie wyrosłe w wyniku rewolucji przemysłowej nie przypominały dawnego Rzymu i można było mieć nadzieję, że nowoczesna cywilizacja ery przemysłowej znajduje się w fazie rozwojowej, a nie schyłkowej.

Jeszcze zaledwie sto lat temu stolice imperiów europejskich, Londyn, Paryż, Berlin a nawet Wiedeń i Amsterdam, posiadały jednorodny charakter: były zasiedlone przez ludność niczym nie różniącą się od mieszkańców prowincji. Zabrzmi jak fantazja, ale w Londynie niemal wszyscy posługiwali się językiem angielskim i wyznawali chrześcijaństwo, podobnie było w Paryżu czy Berlinie. Nawet w Wiedniu, stanowiącym mieszankę narodowościową, katolicy stanowili 87 procent mieszkańców i byli to w zdecydowanej większości „rdzenni” obywatele prowincji wchodzących w skład Cesarstwa.

W Amsterdamie – pomimo licznej społeczności żydowskiej – zdecydowanie dominowali Holendrzy wyznania protestanckiego lub katolickiego (patrz zdjęcie). Innymi słowy, na przykładzie rozwoju wiodących miast europejskich widać, że – w sytuacji trwającego od stuleci procesu osmozy, a także rewolucji przemysłowej i demograficznej – narody zachodnioeuropejskie na początku ubiegłego wieku tworzyły organizmy zintegrowane wewnętrznie, a niegdysiejsi imigranci ulegali trwałej i głębokiej asymilacji.

Jakże odmiennie wyglądała sytuacja w Europie środkowo-wschodniej, stanowiącej sto lat temu swoisty tygiel kulturowy i narodowościowy! Od Warszawy i Łodzi poprzez Budapeszt, Odessę aż po Konstantynopol w praktyce funkcjonował model wielokulturowy: w Warszawie katolicko-żydowsko-rosyjski, w Konstantynopolu islamsko-grecko-ormiański.

Sytuacja w miastach środkowo-wschodniej Europy w znacznym stopniu odzwierciedlała stan istniejący na prowincji, gdzie rozmaite narody tworzyły na mapie etnograficznej przedziwną mozaikę i nie istniały utrwalone, jednoznaczne granice pomiędzy państwami (narodami). Tę specyfikę Europy środkowo-wschodniej trudno było zrozumieć mieszkańcom Zachodu. Realne problemy i skomplikowane konflikty kulturowo-narodowe, na salonach europejskich szufladkowano lekkomyślnie jako „antysemityzm” czy „ksenofobię”.

Paradoksalnie, po upływie stu lat, współczesny Zachód stanął (niejako na własne życzenie) w obliczu tych samych problemów, z jakimi dotychczas mieli do czynienia jedynie mieszkańcy Europy środkowo-wschodniej. Wielkie miasta zachodnioeuropejskie zatraciły swój jednorodny charakter etniczny, wyznaniowy, kulturowy. Zakwestionowany został dotychczasowy model (porządek) społeczny.

Wbrew odmienianym przez wszystkie przypadki magicznym zaklęciom, współczesna Europa nie posiada już kośćca w postaci wspólnych wartości, łączących większość mieszkańców i zapewniających odpowiednią spoistość społeczną. Tym kośćcem było dotychczas chrześcijaństwo (wspólnota duchowa) ukształtowane na gruncie kultury śródziemnomorskiej (Innego kośćca nie było, ponieważ liberalizm – uznawany przez niektórych za spoiwo – mógł zaistnieć jedynie na gruncie chrześcijańskim, choć dążył do odcięcia się od pnia, z którego wyrastał).

Wymykający się spod kontroli proces napływu imigrantów uświadamia coraz większej rzeszy rdzennych Europejczyków, że stoją przed dramatycznym wyborem, genialnie i lapidarnie sformułowanym przed laty przez Karola Huberta Rostworowskiego jako dylemat: „gość albo gospodarz?” (Antychryst, akt III).

Otwarte pozostaje jednak pytanie, czy proces przebudzenia narodowego i mobilizacja samoobrony zasiedziałych od wieków społeczeństw, nie następują zbyt późno i zbyt wolno? Okazuje się, że już obecnie „Gospodarze” mogą nie posiadać decydującego głosu we własnym „domu”.

Nie znamy wyników głosowania rdzennych Austriaków w niedawnych wyborach prezydenckich w Austrii, jednak podobne badania przeprowadzono w Wielkiej Brytanii i Stanach Zjednoczonych. Pisał o nich Jędrzej Bielecki na łamach „Rzeczpospolitej”. Wynika z nich, że gdyby głosowali zasiedziali biali Brytyjczycy, wynik czerwcowego referendum byłby jednoznaczny: wyraźna większość opowiedziałaby się za „Brexitem”.

O wynikach (i o przyszłości kraju!) przesądzą jednak głosy licznych w Wielkiej Brytanii przedstawicieli kolorowych mniejszości etnicznych, którzy w większości opowiadają się przeciw „Brexitowi”. Podobnie w Stanach Zjednoczonych, większość białych obywateli popiera kandydaturę Donalda Trumpa. Nie oznacza to jednak, że Trump wygra wybory, ponieważ prawo głosu posiadają również liczni Amerykanie należący do mniejszości etnicznych.

Per analogiam mogę przypuszczać, że również większość rodowitych i zasymilowanych Austriaków udzieliła poparcia kandydaturze Norberta Hofera, która jednak ostatecznie przepadła.

Jako historyk nie mogę nie dostrzegać podobieństwa między obecną sytuacją na Zachodzie oraz rzeczywistością w Polsce w okresie międzywojennym, gdy większość polska w 1922 roku nie mogła wybrać swego prezydenta, a Stronnictwo Narodowe, pomimo że np. w wielonarodowej Łodzi w 1936 roku zyskało głosy bezwzględnej większości Polaków, nie posiadało większości w Radzie Miejskiej (dla uproszczenia wywodu pomijam kwestię działań podejmowanych przez dyktaturę sanacyjną).

Niestety, współczesna Europa nie chce słuchać głosu rozsądku i nie kwapi się skupiać wokół tych przywódców, którzy – jak Viktor Orban – wykazują się elementarnym instynktem samozachowawczym.

Niezależnie od tego, jak potoczą się dalsze losy obecnej elity rządzącej Europą, dylemat: „gość albo gospodarz” będzie musiał zostać rozwiązany. Rzecz jasna: na korzyść jednej ze stron. Piękne i szlachetne deklamacje o demokracji, tolerancji, pokojowym współistnieniu, będą musiały ustąpić pod naporem rzeczywistych problemów. A to oznaczać będzie eskalację konfliktów. Czy to się komuś podoba, czy nie, w ten właśnie brutalny i krwawy sposób zostały w XX wieku rozwiązane nabrzmiałe problemy narodowościowe w Europie środkowo-wschodniej.

Nakreśliłem niewesołe perspektywy, ale brak głębszych podstaw do kreślenia optymistycznych długoterminowych scenariuszy. Europa stoi w obliczu bardzo poważnego wyzwania i nie ucieknie przed nim. Tak to się kończy, skoro skostniałe i skarlałe elity nie potrafiły w porę zapobiec niebezpieczeństwom i lekceważąc własną edukację nie skorzystały z przebogatej skarbnicy doświadczeń jaką stanowią dzieje cywilizacji europejskiej.

dr Wojciech Turek
Myśl Polska, nr 25-26 (19-26.06.2016)
http://mysl-polska.pl

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s