Do-wolny, k…a rynek!

Do-wolny, k…a rynek!

Jednym z fenomenów „rynku” w Polsce jest fakt, że dostosowywać się do jego spiżowych, odwiecznych i zupełnie obiektywnych praw muszą bodaj tylko pracobiorcy, a już niekoniecznie pracodawcy.

Oto np. w fali hejtu, jaka wylewa się na beneficjentów Programu 500+, którzy – UWAGA! – ośmielają się te pieniądze – to straszne! – WYDAWAĆ! (a przecież wiadomo, że przeznaczone były na wykonywanie origami z banknotów) – pojawiła się oto i taka informacja o masowym porzucaniu pracy przez sprzedawczynie i inny niższy personel, który ośmiela się preferować zasiłek na trójkę dzieci nad pracę za 1500 zł brutto.

Już pomińmy skąd się nagle wzięło w Polsce tyle rodzin wielodzietnych, żeby obsłużyć te wszystkie artykuły o przepijaniu 500+. Ciekawsze jest – że w opisanej sytuacji oburzać ma nas kobieta przyjmująca pieniądze na dzieci, ale już nie pracodawca, który traci pracownika, ale za nic nie podniesie mu płacy!

Internet pełen jest cudownych recept ekonomicznych tłumaczących walory elastycznego, wolnego rynku pracy, w którym cały ciężar aktywności i odpowiedzialności spoczywa na pracowniku. To on się ma dopasować do wymogów stawianych przez pracodawcę – albo zmienić pracę. To on ma jechać za zlikwidowaną fabryką choćby do Kambodży – albo szukać nowego zajęcia. To on ma brać co dają – bo to składa się na ogólny dobrobyt i koniunkturę, więc morda w kubeł.

A pracodawca ma przede wszystkim prawo narzekać na hołotę, która nie chce pracować za 1.500 zł brutto i żadne prawo rynku nie zmusza go, by może w takim razie poprawił swoją ofertę. A niby dlaczego, przecież jest, k…a wolny rynek, więc k..a nic nie musi!

Ukraińcy i Koreańczycy

Już w latach 90-tych było słychać głosy, że „nie ma w Polsce bezrobocia, bo jak dałem ogłoszenie, żeby mi ktoś w szambie zanurkował za 2 zł – to nikt nie chciał!”.

Dobrego samopoczucia domorosłych „kapitalistów” nie zakłócił nawet masowy odpływ siły roboczej na Zachód, gdzie rzeczywiście można i sprzątać latryny – ale nigdy poniżej £ 7,20 z godzinę). Jak widać – nastroje w tych kręgach nadal są zuchowate (pomijając pomstowanie na hołotę biorącą 500+ – co oni se za to, k..a kupią, waciki?!) i nawet znana jest recepta na ten nieodmiennie dobry humor przekonanych, że dla niektórych wolny rynek jest wolniejszy, niż dla innych.

Głośna stała się wypowiedź Cezarego Kaźmierczaka, prezesa Związku Przedsiębiorców i Pracodawców o konieczności sprowadzenia do Polski 5 milionów Ukraińców dla uzupełnienia luk na rynku pracy, a w szczególności w jego najniżej uposażonym segmencie.

Łatwo więc zgadnąć co będzie – i tak wkurzony na ośmielającego się wziąć pierwszy zasiłek jaki wymyślono po 27 latach pracownika szef na samą myśl o podwyżce zakrzyknie: „won hołoto: albo robisz, albo se Ukraińca sprowadzę!”. I choćby nawet nie sprowadził – to i tak utuli go myśl, że może, więc takiego (ukraińskiego) w…a zobaczycie, a nie wyższe płace.

Takie sztuczne, czysto psychiczne (nomen omen…) nakręcenie bańki można było przed laty obserwować na lubelskim rynku mieszkaniowym, kiedy w tamtejszej fabryce samochodów (obecnie nieistniejącej) pojawił się przejściowo koreański inwestor. Chociaż sympatycznych Azjatów było w Lublinie parudziesięciu na krzyż, nagle w całym mieście niebotycznie poszybowały w górę czynsze najmu mieszkań.

– Biere czy nie, bo Kureańcom wynajme! – rzucali kandydaci na rentierów pokazując zestrachanym niedoszłym najemcom nawet kawałek kurnika. Oczywiście przy tak zaporowych cenach rynek zamarł, Koreańczycy wyjechali, ale żadna siła nie mogła jeszcze długo zmusić właścicieli do obniżenia żądanych stawek. Bo przecież w marzeniach już widzieli się milionerami i żaden, k…a rynek nie mógł ich skłonić, by powrócili z krainy wyobraźni.

Jak to – zakrzykną teoretycy – a co z żelaznym prawem popytu i podaży, przecież nie mogło nie zadziałać?! Ano, może i nie mogło, nie mniej dopasowanie oczekiwań jednych do możliwości drugich trwało na tyle długo, że potwierdziło tylko znaną maksymę Keynesa tłumaczącą co myśli o tzw. „dłuższej perspektywie…” w której wszystkim się, ponoć poprawia…

Paradygmatu się nie je

Nie inaczej wygląda i wyglądać będzie sytuacja na rynku pracy, nakręcanym obecnie nienawiścią do 500+ i wszelkich prób przeszczepienia na grunt polski polityki benefitów i mechanizmów wyrównawczych, a za chwilę również dokarmionym nadzieją na napływ taniej siły roboczej z Ukrainy.

Prawdziwym powodem nienawiści do programu wsparcia dla rodzin jest obawa, że choćby w niewielkim stopniu zakłóci on obecną nierównowagę i zmniejszy przewagę pracodawców.

Wbrew legendom bowiem żaden zasiłek w wymiarze i dostępności obowiązującej w Polsce nie jest alternatywą dla głodowych nawet pensji, a opowieści o pokoleniach nierobów żerujących na wydzieranych „szmolbiznesowi” podatkach są albo wymyślone, albo stanowią ilościowo margines marginesów. 500+ również zresztą w istocie nie zmienia istniejącego stanu rzeczy, choć więc raczej o pewną barierę mentalną – u jednych, że jednak można i trzeba dawać, u drugich – że coś można otrzymać poza kopem w d… w stronę najbliższej granicy.

500+ jest więc znienawidzone nie dlatego, że nagle je wszyscy przepijają, ani dlatego, że ściągnie do Polski hordy islamistycznych beneficjentów, jak się to skołowanym półkorwinistom-półnarodowcom tłumaczy (zresztą przeciw zasiłkom dla wymarzonych robotników ukraińskich jakoś się tak głośno nie gardłuje…) – tylko że w maleńkim choćby stopniu może zmienić, jak to się teraz modnie mówi – „paradygmat myślenia”.

Ten sam pracodawca, który uważa, że wypłata pensji jest łaską, którą udziela pracownikowi nie może często znieść, że („z moich, k…a podatków!”) ten sam pracownik otrzyma jakieś świadczenie, o tyleż przynajmniej uniezależniające go od widzimisię łaskawego płacodawcy.

Oczywiście, tu jest Polska, co może pójść źle, to pójdzie, a więc zatrudnieni w niektórych firmach tyle mają z tego „paradygmatu”, że słyszą: – Teraz to już ch… zobaczycie, a nie podwyżkę! Dzieci se naróbta, jak wam mało…!

Rzekoma „obiektywna rzeczywistość ekonomiczna”, będąca w istocie cieniem doktryny, odwołującym się do prymitywnych ludzkich emocji i instynktów, choć oficjalnie udająca, że wcale one nie istnieją i nie rządzą człowiekiem – nieodmiennie zapętla się w swoich sprzecznościach. Co ciekawe bowiem, oto 500 zł oszczędzone przez przedsiębiorcę w podatkach jest dobrem niezmiennym, uratowanym przed urzędnikami i nieważne na co wydane – na inwestycje, konsumpcję, czy oszczędności – pomnaża bogactwo wszechświatowe.

To są 500 zł redstrybuowane, a jak się okazuje także po prostu zainwestowane – tylko w pracownika – już jest k…im socjalizmem, który żadnemu nakręcaniu koniunktury, kupowaniu towarów i krążeniu runku nie służy i już!

Nikt z domorosłych szpeców od ekonomii, czy gazetkowych analityków jakoś nie widzi problemu, a wszystko układa im się w logiczną całość: bezrobocia w Polsce nie ma i nie było, ale mamy nadmiar zasiłków; płace są na poziomie akuratnym, ale 5 milionów wolnych miejsc pracy czeka na Ukraińców, przy 3 milionach Polaków pracujących na Zachodzie.

Wiadomo tylko, że podatki są za wysokie, kwota wolna za niska, a 500+ wszyscy przepijają. Tajemnicą pozostaje więc tylko jakim cudem przy tak powszechnym zrozumieniu spiżowych zasad ekonomii – cały naród polski nie dostał jeszcze zbiorowego, k…a Nobla.

Konrad Rękas
http://konserwatyzm.pl/

Widzę, że i Pana Rękasa cholera w końcu wzięła…
Admin

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s