Wziąć za mordę i wprowadzić liberalizm

Wziąć za mordę i wprowadzić liberalizm

Ach, jak ten czas leci! 7 marca w warszawskiej restauracji Ciechan przy ul. Foksal odbyła się kameralna uroczystość z okazji 105 rocznicy urodzin Stefana Kisielewskiego, połączona z promocją książki „Dzienniki okresu transformacji”, zawierającej nieznane publiczności w Polsce felietony z lat 1988-1991.

Nieznane czytelnikom w Polsce – bo były nadawane przez telefon z Warszawy do polonijnego radia WPNA w Chicago, a następnie drukowane w tamtejszym „Dzienniku Związkowym”. Impulsem do tych felietonów było uruchomienie programu radiowego pod tytułem „Program na serio” z udziałem m.in. popularnej w Chicago aktorki Ewy Milde.


Dzięki zapobiegliwości red. Jerzego Białasiewicza, który te felietony pieczołowicie przechował i inicjatywie Jana Fijora, który wydał je we wspomnianej książce, możemy jeszcze raz przeżyć sławną transformację ustrojową i z perspektywy ponad ćwierćwiecza skonfrontować naszą obecną wiedzę na ten temat z ówczesnymi nadziejami i ówczesnymi iluzjami.

Ponieważ dzięki uprzejmemu zaproszeniu, jakie skierował do mnie Jan Fijor, miałem zaszczyt uczestniczyć w tej uroczystości i to w charakterze jednego z prelegentów, obok m.in. Jerzego Kisielewskiego i Czesława Bieleckiego, chciałbym również z Czytelnikami „Polonia Christiana” podzielić się refleksjami, które przyszły mi wtedy do głowy.

Stefana Kisielewskiego poznałem najpierw z jego felietonów, które w „Tygodniku Powszechnym” zacząłem czytać jeszcze jako uczeń w ostatnich latach liceum. Były to lata 60-te, okres tzw. „małej stabilizacji”, kiedy stalinowski terror był już tylko wspomnieniem, ale wyglądało na to, że wszyscy się z komunizmem pogodzili.

Wszyscy – tylko nie Kisiel, który lawirując między pragnieniem powiedzenia prawdy, a ograniczeniami cenzury, wspinał się na wyżyny felietonistyki. Przykładem niech będzie felieton „Historia tubki z klejem”, w którym na przykładzie perypetii z tytułowa tubką przedstawił wszystkie absurdy ustroju, jakiego świat nie widział. Bez żadnej przesady można powiedzieć, że był jednym z nauczycieli narodu.

Taki los wypadł nam, że nauczycielami narodu zostają felietoniści w rodzaju Stefana Kisielewskiego, czy satyrycy w rodzaju Janusza Szpotańskiego. Szpotański, którzy zresztą dobrze się ze Stefanem Kisielewskim znał, w „Towarzyszu Szmaciaku” przedstawił wierszowany opis ustroju socjalistycznego, znacznie bardziej wnikliwy, niż wszystkie ówczesne sowietologiczne traktaty.

„Jako tłocząco-ssącą pompę widzą ten system jego oczy, która jak gigantyczne serce pompuje z dołu, z góry tłoczy. Z dołu ssie pompa ludzką pracę, bardzo zachłannie, metodycznie,, by ja przerobić w swych komorach na płace oraz inwestycje. Płace spływają wąską rurką, a inwestycje – wielka rurą, co jak najściślej jest związane z systemu celem i naturą. Nie temu bowiem system służy, by prolet gnuśniał w dobrobycie, lecz aby wizje gigantyczne tytanów myśli wcielać w życie.”

Można by zatem powtórzyć za Zygmuntem Krasińskim, który o Mickiewiczu powiedział, że „my wszyscy z niego”. Bo wprawdzie nie „wszyscy” – ale my, to znaczy – ci, którzy socjalizmu nie mogli zaakceptować – byliśmy „z Kisielewskiego”.

Toteż kiedy podczas pierwszego karnawału Solidarności zetknąłem się ze Stefanem Kisielewskim podczas jakichś ówczesnych dyskusji, mój stosunek do niego nacechowany był ogromną rewerencją. „Kisiel” głosił wtedy, że nie ma poglądów politycznych, tylko gospodarcze. Był to oczywiście rodzaj kokieterii i efekt zamiłowania do paradoksów – bo w socjalizmie właśnie sprawy gospodarcze, a zwłaszcza ich najtwardsze jądro – stosunki własnościowe, były najważniejszą kwestią polityczną. Wyjaśnienie tego paradoksu znajdujemy właśnie w felietonach z okresu transformacji – kiedy „Kisiel” przytacza opinię Marksa, że nie ma wolności politycznej, bez wolności gospodarczej.

Bo „Kisiel” był szermierzem wolności – i dlatego zawsze był trochę osobno. W okresie pierwszego karnawału „Solidarności” zaimponował mi szaleńczą odwagą cywilną, bo kiedy wszyscy wokół zachłystywali się „podmiotowością społeczeństwa”, on zwracał uwagę, że „Solidarność” jako ruch zdominowany przez pozbawionych własności pracowników najemnych, na pewno jest przeciwko PZPR, ale już niekoniecznie przeciwko socjalizmowi.

Te obawy powtórzył w felietonach pisanych podczas sławnej transformacji ustrojowej – chociaż trzeba powiedzieć, że widział, iż nie tylko związkowcy chcą zachowania sektora państwowego i tak zwanych „zdobyczy”, ale również – aparat władzy, czyli uwłaszczająca się na państwowym majątku nomenklatura.

Czy to nie była przypadkiem główna przyczyna, dla której pod koniec życia rozstał się z „Tygodnikiem Powszechnym”, którym był związany przez tyle dziesięcioleci – ale nie chciał śpiewać w chórze, zwłaszcza dyrygowanym przez „lewicę laicką” – czyli dawnych stalinowców, którym mądrość etapu posunęła pomysł udrapowania się w płaszcze Konrada.

„Kisiel” był wprawdzie katolikiem, o czym najlepiej zaświadcza wywiad, jakiego niedługo przed śmiercią udzielił bodajże Marcinowi Królowi, że „czeka z ogromnym zaciekawieniem” – ale kiedy podczas jakiegoś spotkania w Laskach prymas Wyszyński powiedział, że Matka Boska jest „dana ku obronie narodu naszego”, nie mógł powstrzymać się od wygłoszonej scenicznym szeptem uwagi, że nie zawsze dobrze na tym wychodziliśmy. Prymas przerwał wtedy wykład i powiedział: „pan chce żebym pana wyklął – ale nic z tego nie będzie”.

Stefan Kisielewski lubował się w paradoksach, a jeden z nich, właśnie z okresu transformacji ustrojowej, wydaje mi się nie tylko genialny w swojej skrótowości, ale w dodatku aktualny i dzisiaj: „wziąć za mordę i wprowadzić liberalizm”. Aktualny i dzisiaj – bo naszym największym problemem jest odblokowanie narodowego potencjału gospodarczego, zablokowanego przez dwa czynniki: ustanowiony w roku 1989 przez generała Kiszczaka w gronie osób zaufanych ekonomiczny model państwa, który nazywam kapitalizmem kompradorskim i postępującą biurokratyzację kraju.

Kapitalizm kompradorski ma na celu ochronę ekonomicznych interesów dawnej komunistycznej nomenklatury, która reprodukuje się w kolejnych pokoleniach ubeckich i partyjnych dynastii. Wymaga to wyrzucenia wszystkich, którzy do sitwy nie należą poza główny nurt życia gospodarczego z sektorem finansowym, paliwowym, energetycznym i innymi tak zwanymi „strategicznymi” – wskutek czego narodowy potencjał ekonomiczny wykorzystany jest w niewielkim stopniu.

Ta ochrona ekonomicznych interesów dawnej nomenklatury wyszła naprzeciw zapotrzebowaniu nowych elit na posady – co zaowocowało postępującą biurokratyzacją państwa. Można by ten potencjał odblokować, przywracając wolność gospodarczą choćby w postaci ustawy Wilczka w brzmieniu z 1 stycznia 1989 roku, uchylając wszelkie regulacje sprzeczne z tamtą i rozmontowując znaczną część aparatu biurokratycznego.

Tylko czy jest to w ogóle możliwe przy utrzymaniu procedur demokratycznych? W tej sytuacji nie pozostaje nam nic innego jak wznieść ulubiony toast Stefana Kisielewskiego, który za kołnierz nie wylewał: „za wspaniałe powodzenie naszej beznadziejnej sprawy!”

Stanisław Michalkiewicz
http://michalkiewicz.pl

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s