Zbawienna trucizna

Zbawienna trucizna

Czy Rachel Carson, prekursorka ruchów ekologicznych, ma na sumieniu tyle samo ofiar, co Hitler i Stalin? Właśnie rozgorzała kolejna debata na temat działalności tej niepozornej Amerykanki.


Rachel Carson zaczynała jako biolożka w amerykańskim Biurze d.s. Połowów.

Drobnej postury, od młodości samotniczka, bardzo nieśmiała podczas wystąpień publicznych. Z wykształcenia biolog, a po studiach wieloletnia pracowniczka agencji noszącej dziś nazwę Służba Połowu i Dzikiej Przyrody Stanów Zjednoczonych. Zmarła na raka piersi w 1964 r., nie dożywszy swoich 57 urodzin. Czy kogoś takiego można porównywać do tyranów splamionych krwią milionów ofiar? Tym bardziej że narzędziem zbrodni byłaby jedynie jej książka „The Silent Spring” (Milcząca wiosna) z 1962 r., poświęcona ochronie środowiska.

Absurd? A jednak, Carson porównują do krwawych dyktatorów całkiem poważni ludzie. Czym zatem zasłużyła sobie na tak ciężkie oskarżenia i czy jest w nich choć ziarnko prawdy?

Bestseller za bestsellerem

Rachel Carson wybrała na studiach anglistykę, ale po pewnym czasie zmieniła zdanie i przerzuciła się na biologię. Naukę uniwersytecką skończyła z wyróżnieniem i pewnie napisałaby doktorat, gdyby śmierć ojca nie zmusiła jej do poszukiwania pracy. Znalazła ją w Biurze ds. Połowów. Zabłysnęła tam jednak nie dzięki talentom naukowym, ale serii audycji dla publicznego radia na temat badań mórz. Zaczęła też pisać artykuły do lokalnych gazet. Pewnego dnia przygotowała esej o morskiej przyrodzie, mający być broszurą Biura. Gdy jej szef przeczytał tekst, polecił wysłać go do znanego miesięcznika „The Atlantic”, żeby taka perełka nie zmarnowała się w urzędowym pisemku. Redaktorzy „The Atlantic” w pełni zgodzili się z tą entuzjastyczną oceną i wydrukowali artykuł.

Na kilka lat przed II wojną światową Carson została zatrudniona na pełnym etacie biologa morskiego. Ale właściwie nie zajmowała się badaniami naukowymi, tylko popularyzacją prac prowadzonych przez Biuro – czyli, jak byśmy dziś powiedzieli, pełniła funkcję rzecznika prasowego i działu PR. Pod koniec lat 40. XX w. zaczęła pisać popularnonaukowe książki prezentujące świat morskiej przyrody. Robiła to tak świetnie, że „The Sea Around Us” (Morze wokół nas) sprzedało się w setkach tysięcy egzemplarzy i przez 86 tygodni utrzymywało na czołowych miejscach listy bestsellerów „The New York Times”. Kolejne książki – również poświęcone popularyzacji wiedzy o morzach i ich mieszkańcach – także okazały się wielkim sukcesem. Carson stała się bardzo zamożną kobietą i mogła, porzuciwszy dotychczasową pracę, poświęcić się wyłącznie pisarstwu.

Dokładnie 50 lat temu, pod koniec września 1962 r., na półki amerykańskich księgarń trafiło jej kolejne dzieło, czyniąc z autorki jedną z najbardziej podziwianych, a jednocześnie najostrzej krytykowanych osób na świecie. Nosiło tytuł „The Silent Spring” i nie opisywało cudów morza. Wręcz przeciwnie. Już pierwszy rozdział książki, zatytułowany „Bajka o przyszłości”, mógł wywołać u czytelnika lekkie przerażenie – autorka pisała w nim o amerykańskim miasteczku, którego mieszkańcy chorują na raka, nie ma w nim małych dzieci, a wiosną panuje przerażająca cisza. Żaden ptak nie wypełnia bowiem swoim śpiewem pierwszych ciepłych, wiosennych dni.


Panika wywołana jej książką p.t. „Milcząca wiosna” doprowadziła do zakazu stosowania DDTwUSA począwszy od 1972 r.


DDT powróciło, bo stosowane z umiarem skutecznie zwalcza komary roznoszące malarię
Na fot.: opryski w RPA.

Człowiek przeciw Ziemi

Miejscowość była wprawdzie fikcyjna, ale zdaniem Carson tak miały za chwilę wyglądać miasteczka i wsie nie tylko w Ameryce. Wszystko za sprawą przyzwolenia na trucie środkami chemicznymi ludzi i przyrody. „Milcząca wiosna”, której roboczy tytuł brzmiał „Man Against the Earth” (Człowiek przeciwko Ziemi), była wielkim oskarżeniem przemysłu chemicznego, rolników i naukowców o stosowanie coraz większych ilości syntetycznych pestycydów, czyli niewystępujących naturalnie substancji chemicznych używanych do ochrony roślin przed owadami, infekcjami grzybicznymi czy chwastami.

Pięćset nowych chemikaliów co roku wchodzi do użycia, a natura nie jest w stanie się do nich przystosować. Narusza to równowagę. Dlatego znaleźliśmy się na krawędzi zagłady, o czym świadczy spadek populacji ptaków, m.in. rudzików i amerykańskich orłów. Za chwilę trzeba więc będzie zmienić godło USA, bo znajdujący się na nim ptak zniknie z amerykańskiej ziemi – pisała Carson. Zatruciu ulegną również gleby oraz wody, ale w końcu i człowiek zapłaci za to straszliwą cenę. Bo pierwszy raz w historii ludzkości każdy z nas, od momentu poczęcia do ostatniego dnia życia, ma kontakt z wszechobecnymi chemikaliami toksycznymi. Efekt tego jest zaś taki, że ludzie coraz częściej chorują na nowotwory, czego dowodzą statystyki.

To był szok dla amerykańskich czytelników. Dlatego „Milczącą wiosnę” uważa się dziś m.in. za kamień węgielny ruchów zielonych, takich jak Greenpeace. Ale przede wszystkim popularna pisarka zainteresowała szeroką publiczność kwestią ochrony środowiska naturalnego – od Johna Smitha (czyli amerykańskiego Jana Kowalskiego) z małej mieściny na środkowym zachodzie USA po prezydenta Johna Kennedy’ego, który polecił sprawdzić, czy katastroficzna wizja Carson opiera się na faktach.

Pod naciskiem mediów i opinii publicznej użycie pestycydów zostało poddane znacznie bardziej wnikliwej kontroli, a firmy chemiczne od tej pory musiały jeszcze bardziej skrupulatnie testować nowe substancje, zanim zostały dopuszczone do użycia. Na konto amerykańskiej pisarki zalicza się też powstanie Environmental Protection Agency (EPA), Agencji Ochrony Środowiska. Co więcej, książka Carson miała dać silny impuls do rozwoju całej gałęzi nauki – toksykologii środowiskowej.

Łykanie DDT

Skąd zatem wzięły się porównania jej autorki do Hitlera, Stalina czy Pol Pota? Otóż Amerykanka jednym z głównych negatywnych bohaterów „Milczącej wiosny” uczyniła DDT – substancję chemiczną, której właściwości owadobójcze odkrył Szwajcar Paul Müller, za co otrzymał w 1948 r. Nagrodę Nobla. Według Carson to głównie DDT miało odpowiadać m.in. za spadek populacji ptaków oraz wzrost liczby nowotworów. I za sprawą amerykańskiej pisarki pozostaje do dziś synonimem zabójczej trucizny oraz wielkiej pomyłki nauki.

O ile Carson miała rację, krytykując bezsensowne używanie dużych ilości DDT do oprysków upraw w rolnictwie, o tyle jego wpływ na środowisko naturalne i zdrowie człowieka został przez nią odmalowany w zdecydowanie zbyt ciemnych barwach.

Oto podstawowe konkluzje płynące z wielu badań: DDT rozsądnie używane nie stanowi poważnego zagrożenia ani dla człowieka, ani dla przyrody. Jego użycie miało bardzo niewielki negatywny (jeśli w ogóle) wpływ na populacje ptaków, w tym amerykańskiego orła, która zresztą wcale nie spadała w okresie prowadzenia największych oprysków w USA (do czego jeszcze za chwilę wrócimy). DDT jest też wprawdzie podejrzewane o sprzyjanie powstawaniu niektórych nowotworów, ale dane są bardzo niejednoznaczne, a te sugerujące taki związek pochodzą z eksperymentów, podczas których używano ogromnych dawek tej substancji.

Sfrustrowany czarną legendą DDT prof. J. Gordon Edwards, znany entomolog, przyrodnik i wykładowca biologii w San Jose State University, zjadał co tydzień łyżkę tej substancji (niekiedy robił to publicznie). Tymczasem zmarł na atak serca podczas wspinaczki górskiej w wieku 84 lat. To oczywiście jedynie anegdota, ale potwierdziły ją badania przeprowadzone z udziałem 24 ochotników, którzy przez prawie dwa lata codziennie połykali 35 mg DDT i którym nie wyrządziło ono szkody.

Przede wszystkim zaś ten środek owadobójczy uratował miliony ludzkich istnień. Począwszy od II wojny światowej, gdy zastosowano go m.in. u oswobadzanych więźniów obozów koncentracyjnych, ratując ich przed tyfusem. Ale największe zasługi DDT miało w przypadku malarii.

W 1970 r. prestiżowa amerykańska National Academy of Sciences uznała, że ludzkość tylko kilku substancjom chemicznym zawdzięcza tak wiele jak DDT, które uratowało 500 mln osób w ciągu dwóch dekad. Zaś w latach 1949–69 około miliarda ludzi zostało uwolnionych od malarii dzięki opryskom budynków. DDT miało bowiem tę ogromną zaletę i przewagę nad innymi pestycydami, że działało jako bardzo skuteczny repelent zabijający tylko te owady, których nie zdołał odstraszyć.

Tymczasem panika wywołana „Milczącą wiosną” doprowadziła do zakazania stosowania DDT w USA począwszy od 1972 r. Za przykładem Ameryki poszły inne kraje. Pomoc dla Afryki i Azji zaczęła być uzależniana od rezygnacji z wykorzystywania DDT do zwalczania komarów przenoszących zarodźca malarii. Ponadto wiele fabryk przestało go produkować, co podniosło cenę i utrudniło dostęp biednym krajom, chcącym go nadal używać. Zachorowalność i umieralność na malarię znów poszybowały w górę. A próby zastąpienia DDT innymi substancjami czy moskitierami okazały się mało udane. Dlatego Światowa Organizacja Zdrowia WHO w 2006 r. zrewidowała swoją politykę i dopuściła używanie DDT do opryskiwania domów w krajach, gdzie występuje malaria.

To właśnie z powyższych powodów na Rachel Carson posypały się najcięższe oskarżenia o doprowadzenie do śmierci milionów ludzi, którym odebrano możliwość skutecznej walki z roznoszącymi chorobę komarami. Jednak są to zarzuty nie fair. Carson w swojej książce nigdzie nie domagała się zakazania stosowania DDT, a tylko ograniczenia jego użycia. Ponadto nie mogła odpowiadać za to, jak ludzie interpretowali jej książkę i co zrobili po jej śmierci.

Wszystkie grzechy Carson

Nie zmienia to jednak faktu, że autorka „Milczącej wiosny” ma sporo win na swoim sumieniu. Już w 1962 r. na łamach tygodnika „Science”, jednego z dwóch najbardziej prestiżowych czasopism naukowych na świecie, ukazała się obszerna recenzja książki napisana w bardzo spokojnym tonie przez znanego biologa prof. Ira L. Baldwina z University of Wisconsin. Jego podstawowy zarzut dotyczył bardzo wyraźnej jednostronności „Milczącej wiosny” i wyolbrzymiania skutków użycia pestycydów, choć autorka mogła sięgnąć np. po raporty przygotowane na ten temat przez National Academy of Sciences. Gdyby to zrobiła, to być może powstałaby publikacja pokazująca również to, ile dobrego osiągnięto dzięki pestycydom.

Zarzut braku racjonalnego ważenia racji i odmalowywania rzeczywistości tylko w dwóch barwach istotnie trudno byłoby Carson odeprzeć. „Milcząca wiosna” jest bowiem niezwykle sprawnie i sugestywnie napisana, ale momentami wręcz histeryczna. Jednostronność wynika zaś z ewidentnego naginania lub pomijania faktów przez autorkę. Np. dotyczących zachorowań na raka, jak i spadku populacji ptaków. A Carson była przecież członkiem National Audubon Society, słynnego stowarzyszenia ochrony przyrody zajmującego się m.in. oceną liczebności ptaków. Gdy pisała „Milczącą wiosnę”, jego raporty wyraźnie pokazywały, że populacje rudzików czy orłów amerykańskich wcale nie spadają, tylko powoli rosną. Carson nie miała natomiast wpływu na rozpowszechnianie wyników badań, według których DDT miało powodować powstawanie cieńszych skorupek w jajach ptaków. Takie informacje pojawiły się już po jej śmierci i okazały nieprawdziwe – nie udowodniono jednoznacznego związku przyczynowo-skutkowego między DDT a grubością skorupek.

Carson myliła się także w kwestii nowotworów – biorąc pod uwagę wzrost długości życia i liczby mieszkańców USA, wcale nie odnotowywano więcej zachorowań. A przede wszystkim amerykańska pisarka niemal w ogóle (sic!) nie wzięła pod uwagę wpływu palenia papierosów, choć gdy pisała swoją książkę, przez prasę przewinęły się setki tekstów na ten temat. Ona zaś marginalnie wspomniała o tytoniu, ale jego negatywny wpływ miał wynikać z faktu, że uprawy tej rośliny spryskiwano pestycydami…

Mają też, ale znów tylko częściowo, rację krytycy przypisujący Carson wywołanie chemofobii – powszechnego przekonania, że wszystkie sztuczne substancje chemiczne są złe, a te naturalne dobre. Być może Carson zmieniłaby swoje negatywne zdanie o pestycydach i sztucznej chemii, gdyby dożyła 2000 r., kiedy ukazała się ogromnie ważna publikacja dwojga uczonych z University of California – Bruce’a Amesa i Louis Gold. Opisali oni wnioski płynące z badań ogromnej liczby różnych substancji chemicznych. Okazało się, że człowiek zjada w żywności 5–10 tys. naturalnych pestycydów, którymi rośliny bronią się przed szkodnikami, w ilościach 10 tys. razy większych od zawartych w jedzeniu pestycydów sztucznych. Tymczasem te naturalne substancje są potencjalnie równie rakotwórcze, jak te sztuczne. Ale nie powinniśmy się tym specjalnie martwić, bo są to małe ilości, a nasz organizm potrafi dość skutecznie się bronić przed kancerogenami. „To, co przede wszystkim odpowiada za nowotwory, to palenie, zła dieta i otyłość” – stwierdził prof. Ames w rozmowie z Johnem Tierneyem, dziennikarzem „The New York Timesa”.

I wreszcie ostatni zarzut: czy Rachel Carson odpowiada za działalność ruchów określających siebie jako ekologiczne, które popadły w dogmatyzm, irracjonalizm i stosują antynaukową retorykę? Za to, że bardzo często używają histerycznego języka, straszą, są na bakier z faktami? Tak widzą tę sytuację krytycy amerykańskiej pisarki. Ale znów – czy można ją winić za niektóre dzisiejsze kampanie Greenpeace’u? Jak stwierdził jeden z amerykańskich naukowych blogerów, Carson nie byłaby wcale zadowolona z dzisiejszego antyracjonalizmu i radykalizmu ruchów zielonych.

Jedno jest pewne – „Milcząca wiosna” nawet pół wieku po jej publikacji wzbudza ogromne emocje i nie poddaje się jednoznacznym ocenom. Jak by powiedział klasyk: ma plusy dodatnie i plusy ujemne.

Źródło: http://www.polityka.pl/tygodnikpolityka/nauka/1530401,2,niezwykla-historia-rachel-carson.read

Komentarze pod tekstem:
W kółko to samo, czyli dziennikarskie ble, ble. Szybko łapiemy temat „cośtam, cośtam” przeczytamy i wierszówka leci. Aby tylko walnąć z grubej rury typu porównanie Carlson do Hitlera, lub namaścić ją prekursorkę pseudoekologów. No brawo! Związków DDT jest przynajmniej kilkadziesiąt i są one zróżnicowane pod względem toksyczności, bioakumulacji i biomagnifikacji (kumulacji w łąńcuchu troficznym) i jeszcze różnie działają na rózne organizmy. Carlson zaczęła tylko badania nad toksycznością DDT i od jej czasów postęp w chromatografii pozwolił na róznicowanie tych związków i ich oddziaływania. Ale przeceż zapomniałem, że współczesne dziennikarstwo polega na zszokowaniu czytelnika, a dociekanie prawdy, obiektywizm, dyskusyjne przedstawianie sprawy, to nudy. Tylko, ze można być też znudzony takim powierzchownym i durnowatym dziennikarstwem. Tu ziewnąłem…

Bardzo proszę autora artykułu o podanie źródła testu na ludziach którzy spożywali ddt przez tak długi okres czasu i nic im się nie stało. Jeżeli ta informacja jest wiarogodna to oznacza że muchozol można używać jako odswierzacz do ust. I jeszcze jedno pytanie. Czy autor czytał książkę pani Carson i przestudiowal historię zakazu i stopnia zakazu użycia ddt czy tylko bazowal na kilku tendencyjnych tekstach które ukazały sie w sieci w ciągu ostatniej dekady?

Zobacz na:
Reklama dźwignią handlu

Produkty sojowe – obietnice i zagrożenia

Wpływ ksenoestrogenów na męski układ płciowy

Jak szybko i tanio usunąć pestycydy z warzyw i owoców

Ludwik Tomiałojć: GMO – spojrzenie biologa

Świat Wedlug Monsanto

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s