Młodociany alzheimer, pożyteczni idioci, starcza niemoc i orientalne mądrości.

Oczywistym jest, a przynajmniej powinno być, że to Okcydent winien być źródłem pożądanych wzorców dla pogańskich ludów. Historia zresztą dowodzi, że na przestrzeni dziejów tak było, czego czołowym przykładem jest Japonia, obiekt westchnień specyficznej grupy śmieszków (dla niektórych może to być ciężkie do strawienia, ale w obrębie śmieszkizmu istnieją stopnie okurwienia, a „otaku” dzierżą jeden z wyższych). Niemniej jednak, w obliczu postępującego upadku naszej niegdyś wspaniałej Cywilizacji można, a może nawet trzeba, czerpać naukę z Orientu. Rzecz jasna nie chodzi o popierdolony kraj, gdzie w automatach mają zużytą damską bieliznę, tylko o kraj ciemiężony latami przez ten pierwszy – Koreę Południową. Nie chodzi tutaj o to, że to państwo jest przykładem na to, co wielu lewaków uważa (jak na rasowych ignorantów i imbecyli przystało) za prawicowy mit, a mianowicie, że możliwym jest kapitalizm bez demokracji, a także o to, że w tamtejszym parlamencie jest ciekawie, bo z ważkich powodów nie dochodzi do żenujących pyskówek tylko regularnych rękoczynów. To o czym mowa miało miejsce we wrześniu 2005 roku w mieście Inczhon. Stoi w nim relatywnie skromny pomnik Douglasa MacArthura upamiętniający „zapomnianą wojnę”. Południowokoreańskie śmieszki i zwykłe czerwoni podludzie wybrali sobie datę 9 września (jakby ktoś miał jakimś cudem wątpliwości odnośnie ich bezczelności i podłości, czyli poziomu skurwysyństwa, to już nie powinien mieć) na anty-amerykańską demonstrację, której celem był ten pomnik. Celem dosłownym, bo ta swołocz chciała monument zniszczyć jako, a jakżeby inaczej, „symbol amerykańskiego imperializmu”. Podkreślmy, w demonstracji nie chodziło o zwykły antyamerykanizm (który też jest głupotą i mentalnym spierdoleniem, ale już się obył) czy nawet cokolwiek zasadne pretensje do amerykańskich baz w Korei (wyjętych w dużej mierze spod jurysdykcji lokalnych władz) tylko o zburzenie pomnika upamiętniającego „mit założycielski” tego państwa, czyli negację historii, prawa do suwerenności
i prawa do nie-bycia przerażającym komunistycznym tworem jak jest sąsiad z północy. Pomnik być może by i runął, ale w jego obronie stanęli ci sami ludzi, którzy 55 lat wcześniej, w tym samym miejscu stawili czoła komunistycznej niegodziwości. Weterani korpusu piechoty morskiej i zwykli obywatele oraz policjanci stanęli w obronie pomnika i spuścili tęgi wpierdol czerwonej zarazie. Wpierdol był tak srogi, że potrzebna była interwencja służb medycznych, interwencja bardzo trudna, bo ambulansy były blokowane przez weteranów i ich zwolenników, a sanitariuszy przekonywano,
że „komuniści nie zasługują na to żeby żyć” (widać, nie jest to dla wszystkich oczywiste).
Takich wspaniałych obrazów obywatelskiej postawy na próżno szukać na naszym umierającym kontynencie. Namiastką tego są manifestacje wymierzone w islamizację, które prasa gani jako ksenofobiczne i rasistowskie (bo nietolerancyjne to one akurat są – uczestnicy nie tolerują zła
i głupoty i dają temu wyraz). W tym tkwi zresztą problem. Okcydent upada, to wiemy wszyscy, ale o ile w niektórych dziedzinach nie upadł do końca, ba ma szansę się nawet podnieść, to pod pewnymi względami już od dawna leży i już nawet nie robi pod siebie tylko gnije jako pożałowania godna padlina, o której pozytywnie może wyrazić się tylko śmieszek zafascynowany turpizmem.
Zaznaczyć trzeba, że ów upadek dotyczy głównie europejskiej części Okcydentu. Tutaj powszechna staje się ta sama choroba, która stała za wydarzeniami z Inczhonu sprzed niemal 10 lat. Choroba sprawiająca, że w Korei Południowej ludzie jedzący normalne jedzenie chcą żeby kraje się zjednoczyły, tak żeby trawę i powietrze jedli nie tylko nieboracy z północy i mają pretensje do swoich dziadków, że bronili kraju przed takimi atrakcjami. Nie dziwota, że wojna koreańska jest nazywana „zapomnianą”, ale dotychczas dotyczyło to wiedzy o niej wśród ludzi Zachodu… W Europie objawem tego podłego choróbska jest robienie z mieszkańców III Rzeszy i Cesarstwa Japonii ofiar totalnej
i bestialskiej wojny jaką one rozpętały. Zarażony gotów jest twierdzić (i często tak właśnie robi), że bombardowania strategiczne, w wyniku których puszczano z dymem nazistowskie i japońskie zasoby (w tym ludzkie) to były zbrodnie, podobnie jak zrzucenie dwóch prymitywnych bomb atomowych na Japonię. Nie, to nie były zbrodnie i trzeba nie mieć za grosz ludzkiej godności żeby twierdzić inaczej. Pominąć tutaj można fakt, że bombardowania strategiczne nie były nawet w połowie tak przerażające i niszczycielskie jakby chcieli brytyjscy i amerykańscy generałowie, bo w przeciwnym razie wojna skończyłaby się szybciej i D-Day nie byłby potrzebny, a standardowe naloty na Japonię zabiły więcej ludzi niż Fat Man i Little Boy, a dzięki nim ocalono miliony ludzi, które pochłonęłaby inwazja. Rzecz w tym, że ani Hiroszima, ani Nagasaki, ani Hamburg, ani Drezno nie były „straszne”. Straszne były obozy zagłady, straszna była rzeź Nankinu, jednostka 731 i bezlik innych zbrodni wyrządzonych przez Oś milionom ludzi w Europie i Azji. O ile jeszcze Niemcy posypały łepetynę popiołem (może nawet przesadnie pod pewnymi względami) to w Japonii oficjele ośmielają się robić sobie pielgrzymki do miejsca pochówku przydupasów Tojo. Czy w odpowiedzi na to płyną do Japonii z dawnych krajów alianckich noty protestacyjne? Nie, czyli choroba już zakaziła nie tylko szeregowych lemingów, alei i ich reprezentantów. W tym momencie zjeby w postaci otaku mogą mieć poważny problem natury poznawczej, bo ich wiedza na temat tego co działo się w Azji w latach 1937 – 1945 pochodzi z „Grobowca świetlików” czy innego anime, w którym biednym Japończykom sypią się na głowy bomby zapalające. Zgadza się, sypały się i miały się sypać, bo była to sprawiedliwa odpowiedź na niewyobrażalną kaźń jaką milionom Chińczyków, Koreańczyków, Filipińczyków i tysiącom alianckich jeńców, którzy poddali się naiwnie zakładając, że mają do czynienia z ludźmi, a nie barbarzyńcami, którzy za nic mają pisane i niepisane zasady wojenne – tyle w kwestii „honoru samurajów”. Swoją drogą to zabawne, że kraj, który wycierał sobie mordę „honorem” przy każdej okazji zaczął wojnę od ataku z zaskoczenia, bez uprzedniego wypowiedzenia wojny, ale to tak na marginesie. Do przypadku III Rzeszy można odnieść się podobnie, ale na szczęście trawiąca umysły choroba (mieszanka zaników pamięci i wypaczania wartości oraz faktów) ma w tym przypadku łagodniejszy przebieg, pewnie ze względu na bliskość geograficzną tragicznych zdarzeń sprzed dekad. Okrucieństwa nie sposób skwantyfikować, ale gdyby się dało to nie ma wątpliwości,
że „skurwysyństwo per capita” byłoby wyższe w przypadku Cesarstw Japonii aniżeli III Rzeszy. Ironią jest to, że głośno kwestionowanie alianckiej racji piętnowała osoba z ostatniego kraju, który by można było o to posądzić – Oriana Fallaci, która oburzała się na kretynów uważających, że nawet wojna przeciwko Osi nie była sprawiedliwa. W Polsce chorobliwa niepamięć obejmuje z kolei ostatnią fazę drugiej wojny i lata powojenne – Żołnierze Wyklęci równie dobrze mogliby się zwać Zapomnianymi w przypadku większości społeczeństwa.
Pokłosiem tego jest nowa generacja pożytecznych idiotów. Przypomnijmy: pożytecznymi idiotami nazywano w ZSRR ludzi pokroju Jane Fondy czy członków Greenpeace (jak to napisał Suworow: „są jak arbuzy, zieloni na zewnątrz, czerwoni w środku”), którzy aktywnie szkodzili Zachodowi będąc jego mieszkańcami korzystającymi z uroków życia w wonnym świecie. Dzisiejsza odmiana swoim patologicznym „antyimperializmem” (sprowadzającym się do naiwnego antyamerykanizmu) przyczynia się do upadku Okcydentu. Ich idiotyzm przejawia się poparciem dla wszelkich nieprzychylnych USA i ich sojusznikom sił: dżihadystów różnego typu, komunistycznych partyzantek oraz bandyckich krajów takich jak Kuba czy Wenezuela.
Innym aspektem omawianej dolegliwości (choć niewykluczone, że jest to zjawisko oddzielne) jest wspomniany wcześniej totalny upadek Europy w zakresie znaczenia polityczno-militarnego. Biorąc pod uwagę (też topniejący w tempie godnym Usaina Bolta) potencjał ekonomiczny tej części świata to jej „potęga militarna” na jego tle jest bardziej niż żałosna. W tym festiwalu nędzy i rozpaczy pierwsze skrzypce grają Niemcy, które jeszcze do niedawna pozbywały się swoich (całkiem dobrych) czołgów i rozbrajającą szczerością przyznały, że choć są 4 potęgą gospodarczą (już niedługo) to są tak słabe militarnie, że nie są w stanie wywiązać się z obowiązków jakie mają w ramach członkostwa w NATO. Trudno uwierzyć, że to państwo w paręnaście lat po swoim powstaniu było światową potęgą, a 60 lat temu przyjmowano ją do NATO z pocałowaniem ręki. W XIX wieku prymitywne ludy na całym globie trzęsły portkami przed potężnymi armiami kolonialnymi, które były niedoścignionym wzorem, który każdy chciał naśladować (odsyłam do wzmianki o Japonii na początku). Potężne armie i floty szły w parze z prężnymi gospodarkami, a dzisiaj? Armie europejskie są mizerne, a gospodarki toczy rak socjalizmu. Schlieffen, Ludendorff, Rommel się w grobach przewracają (Bonaparte, Nelson i Montgomery mają nieco mniej powodów ku temu).
Ta impotencja bawi (i trochę przeraża) szczególnie teraz, w dobie kryzysu na Ukrainie. UE, zapomniała na chwilę, że chuja znaczy i nic nie może (choćby chciało, a prawie zawsze nie chce)
i spróbowała bawić się w krupiera jakim od kilkudziesięciu lat jest USA. Talia była skromna, bo chodziło o Ukrainę, a UE i tak, zgodnie z przewidywaniami, zjebało rozdanie. Podjudziło „Majdanowców” i ich bieda-rewolucję (sprowadzającą się do wymiany oligarchów przy władzy), która obaliła bandycką, ale legalną władzę. No i git – „teraz jest nasz sukinsyn” (parafrazując Roosevelta), problem w tym, że UE zapomniało nie tylko o tym, że jest zwykłym nieporadnym dziadem, ale też o tym, że Ukraina leży w strefie wpływów lokalnego mocarstwa regionalnego, które nie jest „demokratycznym państwem prawa”, tylko autokratyczną banditierką. Niespełniony agent KGB, najwyżej postawiony gangster na świecie i car/Stalin wanna-be Władimir Władimirowicz Putin nie lubi jak się mu na obrzeżach piaskownicy bruździ. W związku z czym zaczął robić tak jak robi typowy mafioso, czyli ostentacyjnie jebał normy (bo może, a w sumie UE i Majdan zaczęły), twierdząc przy tym, że te ręce co trzymają ofiarę to nie jego. W tym momencie UE przypomniała sobie o swojej żałosności i zamiast działać na zasadzie „wet za wet” wróciła do sprawdzonych metod jakimi jest częste wyrażanie głębokiego zaniepokojenia i potępianie. O czymś bardziej zdecydowanym nie ma mowy, bo przecież to pogwałciłoby postanowienia i umowy i… bylibyśmy jak ten łotr Putin! Chciałbym widzieć Churchilla przemawiającego do rodaków w 1940 roku, że RAF nie zrzuci ani jednej bomby na niemieckie miasto – do jego charakterystycznego cylindra by go spakowali. Podsumujmy: jak podjudzanie nic nie kosztowało, to Merkel klepała Majdan po plecach, a jak zaczęły się kłopoty to najostrzej za interesem Zachodu opowiedział się krypto-socjalista zza Atlantyku, którego ta przepychanka w ogóle początkowo nie interesowała. Nawet tak lubiane przez UE sankcje są wprowadzane z licznymi „ale”, zresztą już jest jęczenie, żeby popuścić, bo się ojro musi zgadzać.
Skoro o finansach mowa – Grecja, jak przystało na zakałę Okcydentu jaką są współczesne ludy zamieszkujące południe Europy, wybrała sobie czerwonych do sprawowania władzy i stwierdziła, jak przed nią Islandia, że ma długi gdzieś. W sumie racja – skoro nikt nie jest w stanie długów ściągnąć, to ktoś kto nie ma pacta sunt servanda wbitego w świadomość je oleje. W czasach nowożytnej świetności Okcydentu za niespłacone długi robiło się inwazję – kto nie wierzy niech doczyta dlaczego Wielka Brytania i Hiszpania przyłączyły się do Francji w czasie inwazji na Meksyk w 1861 roku.
Wracając do współczesności: to o czym bieda-car Putin mówił, że zajęcie Warszawy to dla jego sił bułka z masłem, jest niestety smutną pół-prawdą. Pół-prawdą, bo rosyjską inwazję na Europę powstrzymałyby względy logistyczne – Federacja nie byłaby w stanie utrzymać tak rozciągniętych linii zaopatrzeniowych. Jeśli jednak chodzi o same siły zbrojne to podbój Europy byłby dla Rosjan spacerkiem. Nie chodzi tutaj nawet o rzeczy podstawowe takie jak liczebność i technologia,
a o czynnik, który wszelkie przewagi w ludziach i sprzęcie może skutecznie zanegować. Europejskie morale nie jest złe, go po prostu nie ma. Konfrontacja z przeciwnikiem skorym do toczenia pełnowymiarowej wojny, który ma też do tego środki skończyłaby się zanimby się na dobre zaczęła. Pełne gacie, histeria, błaganie na kolanach – tak by wyglądała reakcja europejskich „żołnierzy” na rosyjskie natarcie. Dobrym obrazem ile są warte europejskie siły jest „obrona” Srebrenicy przez holenderskie siły. Dawniej, w szeregach szwajcarskich pikinierów, uchodzących za jednych
z najlepszych żołnierzy w Europie, wyłamanie się z szeregu i tym samym zaburzenie koherencji formacji było uznawane za dezercję i karane przez oficera śmiercią. Pseudo-żołnierze z Holandii, którzy mieli chronić mieszkańców Srebrenicy nawet nie popełnili tego kardynalnego żołnierskiego grzechu, oni de facto wzięli współudział w masakrze jak ostatnie skurwysyny. Czy spotkała ich za to (a przynajmniej ich tchórzliwego dowódcę) zasłużona kara, czyli stryczek, ewentualnie rozszerzalnie (w drodze łaski)? Nie, dostali za to medale.
Pewnie wielu z Was kręci przecząco głowami mówiąc sobie, że to wszystko dekadencka „stara Europa”, a dzielne polskie chłopaki dałyby odpór kacapom, bo w końcu nawet na drzwiach od stodoły potrafią latać. Niestety, polska armia jest słaba i w sumie żadna to tajemnica. Ciekawym jest, że każdy emerytowany (czyli nieskrępowany lojalnością wobec „firmy”) generał czy pułkownik z chęcią opowiada o licznych niedomaganiach naszych sił zbrojnych, które pieką w odbyt pożałowania godnych domorosłych wojowników. Wojownicy ci (bardzo często zaangażowani w śmieszkowe lajfstail wokół ASG) wszelkie doniesienia o tym, że w polska armia ma problemy, że za mało szeregowych, a za dużo generałów, że słaba organizacja i źle wydatkowany budżet kontrują fapingiem na cześć GORMu. Tak, GROM to elitarna jednostka, więc podobnie jak inne elitarne jednostki z różnych państw, jest bardzo skuteczną formacją, ale reszty sił zbrojnych nie pociągnie.
Do tego rodzimi bieda-wojownicy lubią pisać i mówić o GROMie tak, że aż dziw bierze, że członkowie SFOD-D (tzw. Delta Force), Navy SEALs i SAS nie jeżdżą na regularne pielgrzymki do Polski żeby się tylko przez chwilę wykąpać w blasku naszych orłów. Wojownicy ci są też ekspertami taktycznymi i można się z ich wypocin dowiedzieć, że polska partyzantka rozpierdalała by całe dywizje okupanta (czyli Rosji) za pomocą jednego mołotwa i karabinu maszynowego. Jakkolwiek prawo do posiadania broni jest normalnym prawem, to argumentacja ze strony „wojowników” za nim jest wyjątkowo tandetna – Glock czy Mossberg w domu jest po to żeby jakiś rzezimieszek nie mógł lokatorów ograbić, przeciwko batalionom piechoty z bronią automatyczną i ciężką, czołgom, śmigłowcom i artylerii na niewiele się zdadzą.
Dobrym obrazem tego jak byle jaka jest nasza armia jest niesławny raport z Afganistanu, w którym amerykańscy dowódcy krytykowali polskiego sojusznika, głównie za złą organizację. Polskie władze oburzyły się (w końcu to one nakręcały narrację o tym, że Polski żołnierz nie ma sobie równych), więc cofnięto oficjalną publikację raportu, ale jego treści nie zdementowano.
W ten sposób dochodzimy do smutnej konkluzji. Otóż: państwo powstało po to żeby chronić tych co je założyli przed jakimś wrogiem. Wszelkie inne działania są drugorzędnymi, nie podstawowymi. W UE obecnie te drugorzędne cele (czyli , spójrzmy prawdzie w kaprawe ślepia: sprowadza się to do socjalu) mają priorytet i wszyscy uważają to za normalne, natomiast cel podstawowy jest obecnie zepchnięty na głęboki margines. Skurwiele (i kurwy) z ISIS kursują sobie między swoimi melinami w Syrii i Iraku a państwami UE jak chcą, bo przecież założyć czarny wór na łeb i wywieźć podejrzanego o gruby terroryzm to domena Amerykanów, a Europejczycy są przecież lepsi, najwyżej wyjedziemy na ulicę i będziemy twierdzić, że wszyscy zmieniliśmy imiona na „Karol” (bynajmniej nie Młot, a szkoda). Stany Zjednoczone wydając olbrzymie pieniądze na zbrojenia robią to co jest psim obowiązkiem państwa, niestety, świat się już tak zdążył spierdolić, że norma jest patologią i na odwrót.
Europa powinna być niezmiernie wdzięczna, że Wujek Sam uważa ją za kumpelę. W zasadzie to powinna codziennie robić mu gałę w podzięce za te miliardy dolarów amerykańskiego podatnika wydane co roku na siły zbrojne. Gdyby nie one to Europę już dawno zgwałciłby Muhammad wraz ze Wschodnim Niedźwiedziem (ku uciesze obserwującego to Fu Manchu). Oczywiście, Europa głośno by protestowała i była oburzona, że tak jest traktowana, w końcu ma prawo nosić się wyzywająco. Po skończonym ruchańsku Muhammad poszedłby zająć dom Europy, Fu Manchu wyciąłby co ciekawsze organy na cele badawcze i na handel, a niedźwiedź wpierdoliłby resztę (nie ze smakiem, bo truchło byłoby zgniłe od środka) i wysrał to na Ukrainę.

https://www.facebook.com/UpadekOkcydentu/posts/370726373109302:0

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s