Amerykański samolot zwiadowczy podleciał do wybrzeża obwodu murmańskiego

Amerykański samolot zwiadowczy RC-135S podleciał do wybrzeża obwodu murmańskiego – poinformowały zachodnie portale informacyjne śledzące ruch samolotów wojskowych.

23 maja do Ministerstwa Obrony Rosji został wezwany attaché obrony przy ambasadzie USA w związku z incydentem z samolotem zwiadowczym amerykańskich sił powietrznych nad Morzem Japońskim w pobliżu rosyjskiej granicy państwowej.

Rzecznik amerykańskiego dowództwa na Pacyfiku (RACOM) Dave Benham oświadczył, że samolot wywiadowczy RC-135 wykonywał swoją misję nad Morzem Japońskim „bezpiecznie i profesjonalnie”, przestrzegając prawa międzynarodowego.

Wcześniej wielokrotnie informowano o przybliżeniu się do rosyjskiej granicy amerykańskich samolotów zwiadowczych.

http://pl.sputniknews.com/

Śmiertelnie rażona piorunem, znów jeździ po świecie…

Śmiertelnie rażona piorunem, znów jeździ po świecie…

Dr Gloria Polo, lekarz stomatolog, wraz ze swoim siostrzeńcem, zostali śmiertelnie porażeni piorunem, co 8 maja 1995 r., odnotowała kolumbijska gazeta El Espectador…

Tego feralnego piątku, wraz ze swoim siostrzeńcem, szła uczelnianą aleją w deszczu, pod parasolem i nawet nie spostrzegła się, gdy znaleźli się w otoczeniu wysokich drzew.

Niestety, oboje dosięgnął piorun i gdy dopiero po kilku godzinach, można już było do nich podejść (z powodu naelektryzowania ziemi), okazało się że siostrzeniec któremu piorun całkowicie wypalił wnętrze, pozostawiając go niemal nietkniętym na zewnątrz, nie reaguje już na reanimację.

Zaś podłączona do respiratora, niemal całkowicie popalona na zewnątrz, ale także i w środku, Gloria Polo żyła. Jej mózg, po tak długim czasie, który upłynął od porażenia… pracuje.

Lekarze nie dawali jej jednak najmniejszych szans na przeżycie. Jedynie uporowi swojej, wpływowej w tym szpitalu siostry, zawdzięczała, że nie została odłączona od aparatury.

Gloria Polo, jak teraz sama o sobie mówi, była osobą bardzo próżną. Wydawała niewyobrażane pieniądze na utrzymanie w dobrej kondycji, swojego wyjątkowo atrakcyjnego ciała. Swoją nieprzeciętną urodę, akcentowała wyzywającym ubieraniem się w czym była bardzo ostentacyjna.

Była osobą bardzo dobrze wykształconą z wysoką pozycją zawodową, więc stać ją było na te wszystkie ekstrawagancje.

Teraz jednak, to wszystko straciło jakiekolwiek znaczenie.

Leżała w szpitalu w Bogocie w śpiączce i jak się okazało, piorun, który do niej wszedł przez ramię, całkowicie popalił jej wszystko od klatki piersiowej w dół i to zarówno wewnątrz jak i na zewnątrz ciała.

Piersi były całkowicie, spalone, po jednej został nawet tylko wypalony dół. Płuca, nerki, jajniki, wątroba, podbrzusze, nogi także całkowicie były spalone a po stopach pozostały tylko dwa zwęglone jakby kije.

Nadal jednak żyła i ku kolejnemu zaskoczeniu lekarzy, jej zwęglone, spalone płuca i nerki podjęły normalną pracę, mimo że wcześniej, lekarze nie podłączyli jej do sztucznej nerki, bo po prostu… nie było najmniejszego, wg nich, sensu.

Także, niemal na oczach lekarzy, następowała regeneracja skóry. Pod zeskrobywanymi szczątkami ciała widoczne były nowe, żywe tkanki.

Te wszystkie zabiegi, jak wspomina, wykonywane jeszcze gdy była w śpiączce, zadawały jej potworny ból, którego w żaden sposób nie mogła zasygnalizować. Tak samo boleśnie, czuła inne operacje wykonywane w tym czasie na jej ciele.

Po jakimś czasie, ciało Glorii Polo, zaczęło funkcjonować już na tyle normalnie, że… postanowiła uciec przed amputacją stóp, które nadal wyglądały jak te dwa spalone kije.
Próba ta jednak zakończyła się tym, że runęła niemal na podłogę i… została przeniesiona na stosowny oddział chirurgiczny w celu amputacji tych stóp.

Jakież było jednak kolejne zdziwienie, gdy w czasie ostatecznych już przed operacją oględzin okazało się, że spalone do tej pory kikuty, są żywymi zdrowymi stopami…

Gloria Polo jeździ po świecie, była także w Polsce i opowiada o tym wszystkim.

Nie pamiętam, czy w czasie jej pobytu w Polsce, była jakaś informacja o tym w mediach, ale gdyby była, to z całą pewnością ludzi by o tym trąbili!… Dlatego myślę, że warto zapoznać się z materiałem który opowiada o tym wszystkim.

Jest ta opowieść bardzo długo, bo i tematyka jest bardzo rozległa. Ale chyba nie będzie osoby, która nie przyzna, że koniecznie trzeba się z tymi faktami zapoznać. Tutaj jest link:

http://gibson.neon24.pl

Kaczyński nie chce, by 11 lipca Polacy czcili pamięć ofiar UPA

Kaczyński nie chce, by 11 lipca Polacy czcili pamięć ofiar UPA

Pomimo wcześniejszych deklaracji, PiS nie chce, aby na mocy specjalnej ustawy dzień 11 lipca był upamiętnieniem ludobójstwa dokonanego przez ukraińskich nacjonalistów na Polakach na Wołyniu i w Galicji Wschodniej.

Wskazuje na to wywiad udzielony przez prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego, a także to, jak wyglądają prace nad niedoszłą ustawą.

W wywiadzie dla Gazety Polskiej prezes PiS Jarosław Kaczyński odniósł się do kwestii upamiętnienia męczeństwa Kresowian, pomordowanym przez ukraińskich nacjonalistów na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej. Choć podkreślał, że „zbrodnie popełnione na naszych rodakach przez UPA muszą być nazwane ludobójstwem”, a on sam nie dopuszcza „żadnej formy wybielania tego straszliwego czasu naszej wspólnej historii”, to jednak nie chce, żeby pamięć o ludobójstwie popełnionym przez Ukraińców była czczona 11 lipca. Mimo, że wcześniej tak właśnie deklarował PiS.

[Zupełnie jak nieświętej pamięci Jacek Kuroń – był przeciwnikiem aborcji, ale zagłosował za aborcją – admin]

W wywiadzie Jarosław Kaczyński powiedział, że upamiętnienie męczeństwa Kresowian zostanie przesunięte na 17 września.

„Ten dzień łączy w sobie wszystkie zbrodnie popełnione na Polakach na Wschodzie. Jest najbardziej uniwersalny” – powiedział Kaczyński.

Ukraińskie naciski

Wszystko wskazuje na to, że do zmiany daty upamiętnienia doszło pod naciskiem strony ukraińskiej. [Jakież to „naciski” może wywrzeć Ukraina? – admin]

Na zmianę terminu obchodów Ukraińcy nalegali wprost podczas ostatniej wizyty delegacji polskich parlamentarzystów w Kijowie. O naciskach strony ukraińskiej donosił Jerzy Wójcicki, prezes Stowarzyszenia „Kresowiacy” z Winnicy, powołując się na wypowiedź Marcina Święcickiego (PO), który poinformował, że Ukraińcy nie chcieli, żeby był to dzień 11 lipca, nawiązujący do daty apogeum ludobójstwa na Wołyniu. W zamian proponowali właśnie datę 17 września, ku której ostatecznie skłonił się PiS.

Projekt ustawy przygotowywany przez PiS, za który odpowiadał poseł Michał Dworczyk, od początku budził duże kontrowersje w środowiskach Kresowian. Zdecydowana większość z nich radykalnie odcięła się od tej inicjatywy, którą uznano za próbę zagłuszenia pamięci o ludobójstwie, poprzez upamiętnienie jej w kontekście szeregu innych antypolskich zbrodni.

Projekt został ostatecznie zaakceptowany na zasadzie kompromisu jedynie przez część środowisk kresowych, którym bardzo zależało na tym, by upamiętnienie męczeństwa Kresowian miało moc ustawy, a nie uchwały, która jest aktem prawnym niższej rangi.

Ze względu na naciski pojawiła się propozycja odrębnego upamiętnienia ukraińskiego ludobójstwa i przesunięcia Dnia Pamięci Męczeństwa Kresowian na dzień 17 września. Wygląda jednak na to, że PiS próbuje utrącić upamiętnienie ofiar OUN-UPA w dniu 11 lipca.

Zamiast ustawy prawdopodobnie będzie jedynie uchwała, która ma krótki okres trwania i nie jest obowiązującym prawem – inaczej niż w przypadku ustawy. Pojawiają się również głosy, że była to celowa manipulacja ze strony PiS. Zwracano też uwagę, że poseł Dworczyk nie prowadził rzeczowych konsultacji ze środowiskami kresowymi.

Nie można ukrywać jednych zbrodni pod drugimi

Do sprawy odniósł się również ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski:

„Pojawia się pytanie dlaczego dzień 17 września, a nie 11 lipca? Uważam, że powinny zostać przyjęte dwie niezależne od siebie ustawy. Jedna, która ustanawia 17 września dniem męczeństwa kresowian pod okupacją sowiecką oraz druga, która ustanawia 11 lipca dniem pamięci ofiar ludobójstwa dokonanego przez nacjonalistów ukraińskich na polskich obywatelach” – mówi Kresom.pl ks. Isakowicz – Zaleski. „Nie można dowolnie wymieniać tych dwóch świąt i ukrywać jednych zbrodni pod drugimi. Trzeba wyraźnie piętnować ludobójstwo dokonane przez Sowietów oraz ludobójstwo dokonane przez nacjonalistów ukraińskich”.

„Z wypowiedzi prezesa Kaczyńskiego wnioskuję, że ma miejsce próba wrzucenia obu tych spraw to jednego worka. Tymczasem czym innym były zbrodnie sowieckie, które oczywiście trzeba upamiętniać 17 września (co do tego nie ma wątpliwości), a czym innym zbrodnie UPA, SS Galizien i wielu innych kolaboranckich organizacji. Trzeba też zaznaczyć, że dotyczyło to nie tylko Kresów, ale też obecnego terytorium Polski – Lubelszczyzny i Podkarpacia” – zaznacza duchowny.

Kaczyński deprecjonuje ludobójstwo na Polakach

Działania PiS w tej sprawie krytykują również przedstawiciele Kukiz’15, w tym posłowie ze Stowarzyszenia Endecja. „To skandaliczna sytuacja, że Jarosław Kaczyński deprecjonuje ludobójstwo dokonane na polskiej ludności i nie tylko. Próba wrzucenia zbrodni dokonanej przez ukraińskich szowinistów do jednego kotła z wszystkimi zbrodniami dokonanymi przez sowietów jest wyrazem poprawności politycznej i ulegania nastrojom międzynarodowym” – mówi Kresom.pl poseł Tomasz Rzymkowski.

Poseł Rzymkowski podkreśla, że przedstawiciele Kukiz’15 w czerwcu złożą projekt ustawy ustanawiającej datę 11 lipca świętem państwowym jako narodowy dzień pamięci zbrodni ludobójstwa na Wołyniu i w Galicji Wschodniej przez OUN-UPA. Dodaje, że ich plany mają poparcie m.in. przedstawicieli środowiska akademickiego. „Chcemy, żeby dzień 11 lipca był narodowym dniem pamięci ofiar ludobójstwa dokonanego przez ukraińskich nacjonalistów na ludności polskiej” – deklaruje poseł.

Rzymkowski zapowiada też, że Endecja przygotowuje specjalną uchwałę upamiętniającą zbrodnię na Wołyniu i Galicji Wschodniej. Endecja chce również wprowadzić do kodeksu karnego przepisy karzące za podważanie zbrodni dokonanej przez OUN-UPA, analogicznie jak w przypadku stosowania określenia „polskie obozy koncentracyjne”. „Chcemy, żeby Polacy byli szanowani. A deprecjonowanie zbrodni ukraińskich i zapominanie o cywilnych ofiarach, szczególnie o kobietach i dzieciach w ramach poprawności politycznej i pseudo-dobrych relacji polsko-ukraińskich jest próbą kreowania polityki polskiej na modłę czynników zewnętrznych. To próba zakłamywania historii” – mówi Rzymkowski.

Mimo prób, do momentu publikacji nie udało nam się skontantować ani z posłem Michałem Dworczykiem, ani z żadną osobą z PiS, która posiadałaby odpowiednie kompetencje w tym temacie.

mt/tg/KRESY.PL
http://www.kresy.pl

Cud nad urną w Austrii? Kandydat prawicy jednak bez fotela prezydenta.

Cud nad urną w Austrii? Kandydat prawicy jednak bez fotela prezydenta.

Norbert Hofer, kandydat prawicy na urząd prezydenta Austrii przegrał II turę wyborów, mimo zwycięstwa w pierwszej. Austria huczy od pogłosek o fałszerstwie wyników.

Obywatele Austrii są podzieleni. Wielu obserwatorów widzi w zwycięstwie kandydata Zielonych Alexandra Van der Bellena oszustwo wyborcze. Pokonany kandydat prawicy apeluje o spokój i przekonuje, że sam nie dopatrzył się „żadnych znaków fałszerstwa”.

W niedzielny wieczór Hofer miał 51,9 proc. głosów, zaś Van der Bellen 48,1 proc., jednak dzień później okazało się, że zwycięzcą wyborów jest drugi kandydat stosunkiem głosów 50,3 proc. do 49,7 proc.

Prawicowiec przegrał o zaledwie około 31 tysięcy głosów, co jak podsycają portale informacyjne oznacza, że nawet mały błąd bądź oszustwo mogły zadecydować o obsadzie fotela prezydenckiego w Austrii.

Okazało się także, że w kilku komisjach wyborczych odkryto, że po zliczeniu głosów frekwencja znacznie przekroczyła 100%.

Ponadto korespondencyjnie miało nadejść do komisji wyborczych ponad 700 tysięcy głosów. Wygląda więc na to, że Austriacy w lokalach wyborczych głosowali 50:50 z lekką przewagą na Hofera, by korespondencyjnie wszystkie głosy oddać na Van der Bellena. Wydaje się to mało prawdopodobne.

http://parezja.pl

Ławrow: Rosja przeceniła samodzielność UE na arenie międzynarodowej

Ławrow: Rosja przeceniła samodzielność UE na arenie międzynarodowej

Rosja przeceniła samodzielność Unii Europejskiej. Unijna polityka w dużym stopniu zależy od Waszyngtonu – powiedział szef rosyjskiego MSZ Siergiej Ławrow w rozmowie z węgierską gazetą „Magyar Nemzet”.

„Prawda jest taka, że trochę przeceniliśmy samodzielność UE. Ukraiński kryzys pokazał, jak bardzo Unia Europejska jest zależna, z politycznego i gospodarczego punktu widzenia, od Waszyngtonu” — powiedział Ławrow, dodając, że Moskwa jest zainteresowana współpracą z „silną Unią Europejską”.

Minister dodał, że sankcje wobec Rosji szkodzą przede wszystkim krajom członkowskim UE i że zachwieją one stabilnością na kontynencie europejskim oraz „będą przyczyną kolejnych podziałów w Europie”.

„Tym niemniej jestem pewien, że zdołamy przezwyciężyć powstałą negatywną tendencję w naszych relacjach i przejdziemy do współpracy” — powiedział Ławrow. Zaznaczył, że już w najbliższej przyszłości Rosja będzie pierwszorzędnym partnerem Unii Europejskiej w sektorze energetycznym.

16 maja szef niemieckiego MSZ Frank-Walter Steinmeier powiedział, że wzrosła liczba przeciwników antyrosyjskich sankcji. Jego zdaniem Unia Europejska z trudem wypracuje wspólne stanowisko w danej kwestii.

http://pl.sputniknews.com

Od Łucka do Beresteczka

Od Łucka do Beresteczka

W Zahorowie Nowym, Kisielinie i licznych innych wioskach w lipcu 1943 roku ukraińskie bandy OUN-UPA urządziły krwawą rzeźnię ludności polskiej. Do dzisiaj pozostały ruiny wspaniałych kościołów i klasztorów, pośród których kury dziobią trawę, i po których biegają miejscowe dzieci.

Łuck, zamek Lubarta, stolica Rusi Halicko-Wołyńskiej

W Łucku stoi zamek księcia Lubarta, który w 1340 roku przeniósł tu stolicę Rusi Halicko-Wołynskiej (na samo brzmienie słowa „Ruś” dzisiaj niektórzy Ukraińcy wpadają w wściekłość, twierdząc, że nigdy czegoś takiego nie było, a na tych ziemiach „zawsze” była Ukraina, którą na zmianę „okupowali” raz Polacy, a raz Rosjanie).

Na zamku tym w XV wieku, w obliczu zagrożenia ze strony islamskiej Turcji, obradowała europejska elita polityczna. Ołyka niegdyś stanowiła stolicę ordynacji Radziwiłłów, a we wrześniu 1939 na tutejszym zamku (dzisiaj, jak i za czasów radzieckich – szpitalu psychiatrycznym) nocował ewakuujący się z Warszawy prezydent Ignacy Mościcki.

Ostróg z kolei to stary gród ruski (tak, ruski, nie „ukraiński”), gniazdo rodowe książąt Ostrogskich. A pod Beresteczkiem polska jazda, prowadzona osobiście przez księcia Jaremę Michała Korybuta Wiśniowieckiego – zwanego nie bez powodu „Młotem na Kozaków” – rozgromiła zjednoczone siły kozacko-tatarskie, a chan Islam III Gorej z Bohdanem Chmielnickim ratowali się paniczną ucieczką.

Historia, historia, wszędzie historia. A dookoła – pola, lasy, równiny na przemian płaskie jak blat stołu, lub delikatnie pofałdowane, pagórkowate, na których różnobarwne pola przypominają załamujące się morskie fale. To właśnie jest Wołyń – kraina zaczynająca się tuż za obecną polską granicą na Bugu, granicząca na południu z Ziemią Lwowską, a na północy z bagnami i lasami Polesia.

Przejście graniczne Zosin – Ustiług

to prawdziwe zderzenie dwóch światów. Po stronie polskiej – „Europa” (a raczej Unia). Czyli: nowocześnie, szeroko, szklano-blaszane budki pograniczników, koliste objazdy, szlabany, barierki bezpieczeństwa i płoty. Po stronie ukraińskiej: dwa poobijane kontenery z blachy falistej, jakaś rozpadająca się murowana budka. Na dziurawym asfalcie leniwie wylegują się trzy psy, nie reagujące ani na przechodzących nad nimi ludzi, ani na przejeżdżające tuż obok pojazdy. Ale za to ruch dużo mniejszy, niż na głównym przejściu w kierunku lwowskim, w Medyce.

Tuż za miejscowością Ustiług, po lewej stronie od głównej szosy na Łuck i Równe, stoją betonowe bunkry Włodzimiersko-Wołyńskiego Obszaru Umocnionego, jednego z odcinków tzw. Linii Mołotowa – pasu radzieckich umocnień, ciągnącego się wzdłuż wytyczonej po podziale Polski granicy z III Rzeszą.

A obok jednego z nich – także betonowy, ale nieco nowszy, monument z nazwą miejscowości, i dwoma marsowymi obliczami: jednym – średniowiecznego, brodatego ruskiego woja, i drugim – czerwonoarmisty w hełmie z gwiazdą pięcioramienną. Monument ten Ukraińcy pomalowali w całości na niebiesko-żółto. Tylko, o dziwo, gwiazdy radzieckiej nie skuli  – bo w wielu miejscach, na wielu pomnikach, starają się usuwać wszelkie wzmianki o Armii Radzieckiej, o latach II wojny światowej – pozostawiając komiczny i ahistoryczny symbol nie wiadomo kogo i nie wiadomo czego. Ukraińskiej armii walczącej w II wojnie światowej, a noszącej radzieckie hełmy i radzieckie mundury?

A w narodowe barwy maluje się na Ukrainie dosłownie wszystko: płoty i bramy, mosty i przystanki autobusowe, latarnie uliczne, słupy i kosze na śmieci. Z szacunkiem do flagi państwowej ma to jednak niewiele wspólnego.

Żeby dojechać do wsi Zahorów Nowy, trzeba zjechać kilkanaście kilometrów na południe od szosy na Łuck i Równe. Kilkanaście kilometrów po drodze błotnisto-szutrowej, miejscami przypominającej poligon wojsk pancernych, można jechać ponad pół godziny. Na aktualnym herbie wsi widnieje barokowy, XVII-wieczny Monastyr prawosławny, a później katolicki kościół parafialny p.w. Trójcy Świętej. W rzeczywistości z stojącej na wzniesieniu nad wsią świątyni pozostała tylko ruina. W lipcu 1943 roku banda ukraińskich nacjonalistów z OUN-UPA zamordowała w kościele kilkudziesięciu miejscowych Polaków.

Pochowano ich w zbiorowej mogile na przykościelnym cmentarzu. Kilka tygodni później w klasztorze przed Niemcami broniła się tak zwana czota specjalnego przeznaczenia UPA. Choć według historyków w walce brało udział kilkudziesięciu bojowników, którzy po krótkiej, lecz bohaterskiej obronie przed Niemcami, po zbombardowaniu klasztoru z powietrza, opuścili ruiny pod osłoną mgły (faktycznie udać się to miało 12 bojownikom) – ukraińscy nacjonaliści mitologizują to wydarzenie, licząc siły i straty niemieckie w setkach, dodając kolejne kompanie, które bezskutecznie, przy wsparciu lotnictwa i artylerii, miały szturmować ruiny klasztoru. Po 1990 roku Zahorów Nowy stał się miejscem pielgrzymek dla neo-banderowców i nacjonalistów ukraińskich.

Kisielin

Także do Kisielina trzeba zboczyć z głównej trasy kilkanaście kilometrów – tym razem na północ, jadąc wyboistą drogą piaskową przez malownicze lasy i łąki. W jedną z niedziel lipca 1943 roku niemal cała polska ludność wsi zgromadzona była na mszy świętej w przyklasztornym kościele oo. Karmelitów. W tym czasie upowcy otoczyli kościół i klasztor podwójnym kordonem. Gdy wierni zaczęli wychodzić z świątyni, otworzono do nich ogień.

Część ludności polskiej poddała się – wtedy Ukraińcy najpierw rozebrali wszystkich do naga, potem zamordowali strzałami z broni i bagnetami. Tak zginęło 86 do 90 osób. 80 jednak broniło się na poddaszu i piętrze plebanii. Mimo podpalenia parteru, rzucając cegły i kamienie w ukraińskich zbrodniarzy i odrzucając wrzucane na górę granaty, Polacy wytrzymali tak 11 godzin. Wtedy Ukraińcy odstąpili od oblężenia.

Kisielin – kości ofiar UPA

Przy ruinie kościoła jest obecnie polska mogiła, stoją krzyże, są tabliczki z napisami w języku polskim. Wstrząsające wrażenie robią złożone w miejscu ołtarza, otoczone biało-czerwonymi wstążkami, kwiatami i zniczami, ludzkie kości. Tylko trudno dopatrzeć się szacunku dla miejsca zbrodni u obecnych ukraińskich mieszkańców wioski. Nie ma innych kwiatów ani zniczy niż te, przywiezione i pozostawione przez Polaków. A w ruinach kościoła beztrosko biegają i bawią się dzieci – zapewne nie wiedząc nic o tym, co w tym miejscu się wydarzyło.

Łuck

Liczący dzisiaj ponad 200 tysięcy mieszkańców Łuck jest stolicą Wołynia i jednym z najstarszych miast tego regionu. Początkowo należał do Rusi Kijowskiej, a po jej rozpadzie, w 1340 roku, stał się stolicą Rusi Halicko-Wołyńskiej. Znaczenie miasta rosło, rozwijał się handel, i jak to zwykle na Kresach bywało – obok siebie mieszkali Rusini i Polacy, Niemcy i Żydzi, Ormianie, Tatarzy i Karaimi.

Przypuszczalnie najbardziej znaczącym wydarzeniem w dziejach miasta był Kongres Wołyński w roku 1429, czyli trwający 13 tygodni zjazd monarchów europejskich, na którym obecni byli: wielki książę litewski Witold, król Polski Władysław Jagiełło, król niemiecki Zygmunt Luksemburski, król duński Eryk VII, wielki książę moskiewski Wasyl II Wasylewicz, legat papieski, metropolita kijowski, wielki mistrz Zakonu Krzyżackiego, mistrz inflancki, hospodar Wołoszczyzny, chanowie Tatarscy, książęta niemieccy i polscy, przedstawiciele elit austriackich, węgierskich, chorwackich…

Najważniejsze jednak (w kontekście sytuacji aktualnej) jest fakt, że tematem rozmów była współpraca europejskich narodów wobec zagrożenia ze strony ekspansji tureckiej. Dzisiaj z dawnej sławy miasta pozostało niewiele.

W sennym zabytkowym centrum zostało kilka zabytków, w tym najważniejsze: zamek Lubarta, katedra św. ap. Piotra i Pawła oraz sobór Trójcy Świętej, obronna synagoga i kościół ewangelicki.

Na marginesie warto wspomnieć, że w 2010 roku honorowe obywatelstwo Łucka nadano… Stefanowi Banderze, a jedna z głównych ulic miasta – dawniej Czerwonoarmiejska – nosi nazwę „Bohaterów UPA”. Tych „bohaterów”, którzy w 1943 roku w Łucku zamordowali prawie 200 Polaków, paląc ich domy i rabując mienie. Największy napad bandy UPA miał miejsce w wigilię Bożego Narodzenia 1943. Ukraińcy zamordowali wtedy 97 Polaków.

Polska droga z Ołyki

Z dala od głównej trasy Łuck – Równe, pośród bezkresu pól, leży Ołyka – dawna ruska osada i stolica księstwa. Podczas rzezi wołyńskiej osada była schronieniem dla okolicznych Polaków. O tragizmie i barbarzyństwie tamtych dni niech świadczy fakt, że na zamku przed bandami UPA razem bronili się Polacy i Niemcy. Wcześniej Ukraińcy dokonali pogromu miejscowych Żydów, a ukraińska policja razem z siłami SS dokonała masowych mordów na Żydach z ołyckiego getta.

W samym centrum osady stoi wspaniała, barokowa kolegiata Trójcy Świętej – jak niemalże każdy zabytek katolickiej architektury sakralnej mocno zniszczona, zrujnowana i ogołocona za czasów sowieckich. Tuż obok stoi zamek Radziwiłłów, na którym w 1939 roku, podczas ewakuacji w kierunku granicy rumuńskiej, zatrzymał się prezydent Mościcki. Od 1945 roku, w grubych, zimnych murach barokowego zamku, mieści się szpital psychiatryczny. Część rezydencji jest jednak opuszczona, niszczeje i popada w ruinę.

W zupełnej ruinie natomiast znajduje się zamek Czartoryskich z XV-XVI wieku w Klewaniu, do którego dojeżdża się drogami z kocich łbów i betonowo-kamiennych płyt z okresu II RP. Drogi te, nie remontowane od ponad 80 lat, często są w o wiele lepszym stanie, niż wyboiste, pokryte resztkami rozpadającego się asfaltu, drogi powojenne. Ale podobnie przecież było też w Polsce, gdzie do lat 90-tych ubiegłego wieku niemiecka autostrada A4 była jedyną tego typu drogą.

Korzec – zamek Czartoryskich

Także z zamku w Korcu pozostały tylko malownicze ruiny, położone na górującym nad miasteczkiem wzniesieniu. Dzisiaj trudno sobie wyobrazić, że to siedmio tysięczne miasteczko niegdyś było „stolicą polskiej porcelany”, w którym w XVIII wieku powstała pierwsza polska fabryka porcelany. Korzec na początku XX wieku zamieszkiwany był w dużej mierze przez Żydów. Większość z nich zginęła w pogromach i akcjach likwidacyjnych, przeprowadzanych wspólnie przez siły niemieckie, SS, ukraińską policję i zbrodniarzy z UPA.

Równe

Stolica obwodu i największe miasto w okolicy – Równe. Liczy prawie ćwierć miliona mieszkańców, i w przeciwieństwie do wielu miast, miasteczek i wsi Wołynia sprawia wrażenie ruchliwego, tłocznego i żywego miasta. Nie ma tu wprawdzie wspaniałych zabytków, dla których warto specjalnie przyjeżdżać, ale leżącego na głównej trasie Warszawa – Łuck – Kijów miasta ominąć się nie da.

Na cmentarzu przy dawnym polskim kościele garnizonowym są groby żołnierzy poległych w wojnie 1920 roku; podczas okupacji w mieście działał Obwód Równe AK, którego członkowie w 1944 roku weszli w skład 27. Wołyńskiej Dywizji Piechoty AK. Niedaleko miasta w 1941 roku Niemcy wraz z ukraińską policją pomocniczą dokonali masowej zagłady około 15 tysięcy Żydów, a w 1943 roku policja ukraińska razem z Gestapo zamordowała w mieście prawie 2 tysiące ludzi, w tym 100 żołnierzy AK. W 2002 roku w Równem odsłonięto pomnik dowódcy UPA Dmytra Klaczkiwskiego, pułkownika i członka władz OUN, inicjatora i jednego z głównych kierujących akcją Rzezi Wołyńskiej.

Zupełnie inaczej wygląda Ostróg – malowniczo położone, senne historyczne miasteczko położone nad rzeką Wilią. Ostróg był starym grodem ruskim, gniazdem rodowym Ostrogskich, ośrodkiem władzy samozwańczych kniaziów wołyńskich, a jako siedziba Akademii Ostrogskiej i Drukarni Ostrogskiej – w XVI i XVII wieku ważnym ośrodkiem naukowym i kulturowym. Podczas Rzezi Wołyńskiej Ostróg stał się schronieniem dla uciekających z palonych wsi wołyńskich Polaków. Także tutaj względną ochronę przed zbrodniami ukraińskimi zapewniały wojska niemieckie i węgierskie. Po ich wycofaniu, a także wyruszeniu oddziału AK na koncentrację 27. Wołyńskiej Dywizji Piechoty na początku stycznia 1944, bandyci z UPA zaatakowali ponownie.

Polacy skutecznie bronili się w murach klasztoru i więzienia przez dwa tygodnie. Do zajęcia Ostroga przez Armię Czerwoną Ukraińcy zamordowali jednak około 120 Polaków. Polska obrona złożyła broń dopiero, gdy miasto było już w rękach sowietów.

Ojciec Remigiusz Kranc, miejscowy proboszcz i duchowy przywódca Polaków w Ostrogu, ofiarował na początku lutego 1944 okryty chwałą sztandar Armii Polskiej, który w kwietniu został uroczyście przekazany w ręce zastępcy dowódcy Armii Polskiej w ZSRR, gen. Karola Świerczewskiego. Jako wyraz uznania dla patriotycznej i bohaterskiej postawy o. Kranc został mianowany przez władze radzieckie zastępcą przewodniczącego Miejskiej Rady Narodowej. Kilka tygodni później zesłano go do łagrów Kołymy.

Dzisiaj Ostróg, obok Łucka, jest najbogatszym w zabytki miastem Wołynia, w którym podziwiać można zamek, pozostałości po średniowiecznych fortyfikacjach i liczne świątynie.

Dubno

było dawniej rezydencją Ostrogskich. Zamek obronny wzniesiono tu w XVI wieku, przebudowywano go w wieku XVII i XVIII. Dzisiaj stanowi główna atrakcję miasta. Twierdza była jedną z najpotężniejszych na Wołyniu. Nie zdobyli jej ani Kozacy, ani wojska moskiewskie w XVII wieku. Później zamek należał do Lubomirskich; jego ostatni właściciel w XIX wieku sprzedał zamek rosyjskiej armii. W 1941 roku na zamku mieściło się więzienie NKWD – po ataku hitlerowskich Niemiec na ZSRR sowieci dokonali masakry więźniów. Po odkryciu ciał, w ramach odwetu, Ukraińcy wymordowali oskarżanych o sympatyzowanie z komunistami Żydów.

Od 1945 do 1991 roku w twierdzy mieściły się koszary wojsk pancernych. Obecnie zamkowe budowle są wyremontowane i udostępnione do zwiedzania. Nad brama wjazdową powiewa ukraińska flaga, a w zamkowych katakumbach zobaczyć można… figury dumnie stojących husarzy, z lamparcimi skórami, pikami i charakterystycznymi skrzydłami husarskimi.

Objeżdżając miasto obwodnicą, warto zatrzymać się przy pomniku-czołgu radzieckim z II wojny światowej, zwanym IS-2 (inicjały Józefa Stalina). Pomnik stoi na wzniesieniu i góruje nad otoczeniem. Przy nim spotykają się okoliczni mieszkańcy, popijając trunki alkoholowe. Młodzież wdrapuje się na pancerz wozu, dookoła pasą się kozy i konie. Z cokołu pomnika płatami odchodzi farba, odpadają fragmenty betonu. Typowa, wschodnia sceneria. Gdyby nie jeden szczegół: zarówno na cokole pomnika, jak i na wieży czołgu, wymalowano ukraińskie flagi.

Nikomu zdaje się nie przeszkadzać absurd malowania wozu z lat II wojny światowej, czołgu należącego do Armii Czerwonej, w barwy dzisiejszej Ukrainy. Mówi to jednak wiele o dzisiejszych Ukraińcach i ich politykach: historia nie jest ważna, obiektywna prawda nie gra roli. Liczy się ideologia i wiara w własną nieomylność oraz rację.

Ostatnim punktem przed powrotem do Polski jest Beresteczko – miasteczko nie posiadające wprawdzie (poza zdewastowanym, popadającym w ruinę katolickim kościołem) większych zabytków, ale znane nam bardzo dobrze z kart historii.

„Zadrżał Islam-Girej – i nie dotrzymał pola, i pierzchnął, a za nim pierzchnęły bezładnie wszystkie ordy (…) Uciekających dopędził zrozpaczony Chmielnicki chcąc błagać chana, aby do bitwy powrócił – lecz chan ryknął na jego widok z gniewu, wreszcie kazał go Tatarom uchwycić, przywiązać do konia i porwał ze sobą” – tak o polskim zwycięstwie nad Kozakami i Tatarami krymskimi w jednej z największych bitew XVII-wiecznej Europy pisał Henryk Sienkiewicz w „Ogniem i Mieczem”.

I dalej: „Mord napełnił te okropne lasy i zapanował w nich tym straszliwiej, że potężne watahy poczęły się bronić z wściekłością.

Toczyły się bitwy na błotach, w kniejach, na polu. (…) Próżno król rozkazywał powstrzymać żołnierzy. Litość zgasła i rzeź trwała aż do nocy; rzeź taka, jakiej najstarsi nie pamiętali wojownicy, i na której wspomnienie włosy stawały im później na głowach. Gdy wreszcie ciemności okryły ziemię, sami zwycięzcy byli przerażeni swym dziełem. Nie śpiewano Te Deum i nie łzy radości, lecz łzy żalu i smutku płynęły z dostojnych oczu królewskich. Tak rozegrał się akt pierwszy dramatu, którego autorem był Chmielnicki”.

W bitwie po stronie Rzeczypospolitej walczyło 70-kilka tysięcy jazdy, piechoty i pospolitego ruszenia. Straty wyniosły około 700 ludzi. Z około 130 tysięcy zaporożców i Tatarów poległo 30 d0 40 tysięcy.

Jednym z dwóch głównych dowodzących walką był książę Jarema Wiśniowiecki – zwany „Młotem na Kozaków”. Jego szabla przechowywana była w miejscowym kościele katolickim. Zrabowali ją w 1920 roku bolszewicy. Dalszy los szabli pozostaje nieznany.

Natomiast kilka kilometrów przed miasteczkiem, pośród pól i lasów blisko miejsca, w którym rozegrała się bitwa, są tak zwane Kozackie Mogiły. W podziemnej kaplicy leżą czaszki i kości poległych kozaków, a przed przeniesioną tutaj drewniana cerkwią św. Michała tuż przed bitwą w 1651 roku modlić miał się Bohdan Chmielnicki.

Wołyń, jak cała Ukraina Zachodnia, należąca przez wieki do Rzeczpospolitej, na każdym kroku przesiąknięty jest historią.

Na przemian: raz największej potęgi i chwały szlacheckiej Rzeczypospolitej Obojga Narodów, a raz – tragedią XX wiecznych rzezi, ludobójstwa i zagłady. Choć śladów wydarzeń, pomników historii, zabytków, zamków i kościołów wymazać się po prostu nie da, wyraźnie widać jednak, niestety, brak ich poszanowania. Lub nawet fundamentalnej wiedzy na ich temat.

Dzisiejsza Ukraina, jako państwo młode, nie chce lub nie potrafi budować i rozwijać się na fundamentach tak bogatej historii. Zamiast tego wybrała fałszywe mity „bohaterskiej” UPA i kult zbrodniarzy oraz ludobójców. Żadne malowane olejną farbą na sypiących się przystankach autobusowych, betonowych słupach, wiatach i murach ukraińskie flagi nie są jednak w stanie zakryć prawdziwej historii tych ziem.

Michał Soska
fot. Autor
Myśl Polska, nr 21-22 (21-28.05.2016)
http://mysl-polska.pl

Od Romana Dmowskiego do Gdyni

Od Romana Dmowskiego do Gdyni

Opublikowanie w zeszłym roku książki Wojciecha Turka pt. Obóz Narodowy w Gdyni w latach 1920-1939 (Wydawnictwo von borowiecky, Radzymin – Warszawa 2015) zwróciło uwagę czytelnika na niedocenianą jak dotychczas rolę endecji w stolicy morskiej II RP.

Aby jednak zrozumieć dlaczego rola ta była aż tak znacząca trzeba by odwołać się do czasów jeszcze wcześniejszych – z przełomu XIX i XX wieku, kiedy to w szeregach głównych stronnictw politycznych kraju formowały się koncepcje dotyczące odzyskiwania niepodległości.

Tak się bowiem składa, że postulat Polski morskiej wpisywany był do programów odzyskiwania niepodległości polskich polityków i stronnictw przełomu XIX i XX wieku. Już po odzyskaniu niepodległości programy te przekuwały się w rzeczywistość gospodarczą II Rzeczypospolitej, która na prawie dostępu do morza Polski ufundowała zręby własnej niepodległości.

Należy też zwrócić uwagę na dość specyficzną zależność: o ile polskie programy morskie były głównie autorstwa przedstawicieli obozu narodowo-demokratycznego; o tyle ich praktyczne wdrażanie przypadło w udziale przedstawicielom obozu piłsudczykowskiego bądź sanacyjnego.

Takie już były kaprysy historii i losy wzajemnych relacji dwu antagonistycznych, a z drugiej strony zasłużonych dla Polski obozów politycznych, iż o ile na poziomie deklaracji obóz piłsudczykowski znacznie ustępował endecji w dziele formułowania postulatów morskich, a do historii przeszło słynne powiedzenie Piłsudskiego, „że dla dobra koncepcji federalistycznych gotów jest zrezygnować z wątpliwego Gdańska na rzecz Lipawy i Rygi” w praktyce sanacja – zwłaszcza rękoma Eugeniusza Kwiatkowskiego – wiele zrobiła dla gospodarki morskiej, gdyż w przeciwieństwie do endecji była formacją sprawującą władzę.

To endecja była jednak pierwsza w dziedzinie kształtowania idei morskiej i urabiania w jej duchu polskiego społeczeństwa. Rządząca od maja 1926 roku sanacja wdrożyła w życie główne założenia endeckiego programu morskiego.

Podwaliny pod koncepcję państwa morskiego stawiali protoplaści Narodowej Demokracji: Jan Ludwik Popławski i Roman Dmowski. Stąd koncepcja ta wpisana była w tradycyjne postulaty endeckiej geopolityki, postrzegającej w Prusach głównego antagonistę i ciemiężyciela Polski.

Z tych dwu mężów stanu palmę pierwszeństwa należy przypisać Popławskiemu, zwanemu też ojcem polskiej geopolityki. W pismach Popławskiego dominuje wątek konieczności silniejszego powiązania obszarów nadmorskich Rzeczpospolitej będących pod panowaniem pruskim z Macierzą, co dla autora było niezbędnym warunkiem odzyskania niepodległości.

W tym celu autor propagował odejście od dominującej w Polsce „polityki jagiellońskiej”, których istotą było „lądowe” parcie na Wschód (koncepcja Piłsudskiego), a podjęcie trudu cywilizacyjnego związanego z efektywnym zagospodarowaniem naszych rdzennych obszarów – ziem nadmorskich.

Jak pisał Popławski w 1887 roku w artykule „Środki obrony”: „Wolny dostęp do morza, posiadanie całkowicie głównej arterii wodnej kraju – Wisły, to warunki konieczne prawie istnienia naszego. Całe to porzecze Bałtyku od Wisły aż do ujścia Niemna, tak niebezpiecznie niegdyś roztrwonione wraz ze Śląskiem przez państwo polskie, musi być odzyskane przez narodowość polską. Wyrzeczenie się tego przyrodzonego dziedzictwa i nieszczęśliwe majaki podbojów na wschodzie były przyczyną naszego upadku politycznego, i dzisiaj w pracy odrodzenia te błędy przeszłości przygniatają nas swym ciężarem i wstrzymują w pochodzie ku lepszej przyszłości. […] czas już po tylu wiekach błąkania się po manowcach wrócić na starą drogę, którą ku morzu trzebiły krzepkie dłonie wojów piastowskich”.

Jednocześnie Popławski propagował powrót do Polski nie tylko Prus Zachodnich, ale także Wschodnich. Chodziło bowiem o uniknięcie sytuacji, w której polskie wybrzeże byłoby klinem wciśnięte pomiędzy dwa państwa niemieckie.

Tezy programu Popławskiego rozwijał Roman Dmowski w okresie pierwszej Wojny Światowej w swoich pismach, memoriałach oraz działalności dyplomatycznej prowadzonej na dworach zachodnich – głównie wśród państw Ententy.

Na szczególną uwagę zasługuje memoriał Dmowskiego z lipca 1917 roku, w którym postrzegał Polskę za tamę przeciwko ekspansji niemieckiej, która zagrażać może nie tylko państwom słowiańskim, ale także zachodnim. Jednocześnie najważniejszą rolę przypisywał uzyskaniu przez Polskę szerokiego dostępu do morza i likwidacji Prus Wschodnich.

Podkreślał też rolę względów ekonomicznych w prawie przyznania Polsce Gdańska, który stać się może centralnym ośrodkiem handlowym RP. Argumenty te powtarzał i rozwijał Dmowski od sierpnia 1917 roku już jako przewodniczący Komitetu Narodowego Polskiego w swoich notach i memoriałach. Odtąd postulaty te coraz śmielej zaczęły pojawiać się także w deklaracjach władców mocarstw zachodnich – Stanów Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii.

W próbach zjednania przychylności dla polskich postulatów terytorialnych nad Bałtykiem ze strony Stanów Zjednoczonych, główną rolę odgrywał współpracownik Dmowskiego, choć nie powiązany formalnie z endecją – wybitny artysta i polityk Ignacy Paderewski, który miał osobisty dostęp do prezydenta Wilsona. W swoich morskich koncepcjach geopolitycznych Paderewski szedł znacznie dalej niż Dmowski, o czym świadczą jego słowa wygłoszone w 1918 roku:

„Polska nigdy nie zrezygnuje ze swoich pretensji do Gdańska i otaczającego go terytorium, do Gdańska, który jest jej naturalnym i historycznym portem oraz ujściem najbardziej narodowych ze wszystkich wielkich rzek europejskich […]. Potrzebujemy obszaru, potrzebujemy siły, ponieważ my wszyscy – Polacy i Litwini na północy, z Czechosłowakami w centrum i Jugosłowianami oraz Rumunami na południu, musimy przygotować się do wielkiego i chwalebnego zadania. Musimy utworzyć potężny, olbrzymi, nieprzezwyciężalny wał siedemdziesięciu pięciu milionów od Bałtyku do Adriatyku i Morza Czarnego, od Gdańska i Kłajpedy do Konstancy i Fiume. Musimy bronić Rosję i Azję Mniejszą, Bliski i Daleki Wschód. Musimy bronić prowincje bałtyckie przeciw germanizacji, zapobiec przekształceniu Morza Bałtyckiego w jezioro germańskie”.

Ignacy Paderewski głosi tu ideę międzymorza, w którym Polska miała spełniać rolę swoistego Przedmurza broniącego świat przed ekspansjonizmem niemieckim.

Paderewski powiela poglądy geografa Eugeniusza Romera, który głosił koncepcję Polski jako pomostu między Bałtykiem a Morzem Czarnym. Stąd – jak pisał Romer – już w czasach piastowskich kierowała ona swą ekspansję zarówno ku Bałtykowi poprzez pradoliny Odry, Warty i Noteci, jak i na południowy zachód.

Co ciekawe zarówno Romer, jak i jego antagonista geograf Wacław Nałkowski za najważniejsze dla Polski obszary uznawali ziemie ulokowane w dorzeczu Odry i Wisły, usytuowane między Bałtykiem i Karpatami, stanowiące etniczną, historyczną i polityczną jedność.

Trudno nie dostrzec związku tych poglądów z tradycyjnymi endeckimi koncepcjami geopolitycznymi. Praktycznym przypieczętowaniem tych poglądów była ofensywa dyplomatyczna Romana Dmowskiego w trakcie traktatu wersalskiego zakończona przyznaniem odrodzonej Polsce – choć okrojonego to jednak – Pomorza Gdańskiego z krótkim odcinkiem brzegu morskiego, na którym wybudowano polski port.

To ostatnie (czyli budowa Gdyni) było już jednak zasługą nie endecji, lecz sanacji, która po zamachu majowym miała stworzone dogodne warunki polityczne dla realizacji programu morskiego, którego rodowód był paradoksalnie endecki.

W efekcie wybudowano nowoczesny port morski traktowany jako centrum handlu zamorskiego RP, a za pośrednictwem magistrali węglowej zbudowanej w latach 1926–1933, zintegrowano port z kopalniami ulokowanymi na Śląsku. W ten sposób dzięki inicjatywie wicepremiera Eugeniusza Kwiatkowskiego przeformułowano kierunki naszego handlu zagranicznego ze Wschód-Zachód na przyszłościowy i perspektywiczny Północ-Południe. Polski węgiel eksportowany był do Skandynawii, a artykuły rolne i żywnościowe do Wielkiej Brytanii i innych państw świata. Stworzono podwaliny polskiej gospodarki morskiej, która dynamicznie się rozwijała także w okresie powojennym.

Środowiska endeckie, choć nie miały bezpośredniego wpływu na rządzenie, prowadziły jednak ożywioną działalność na rzecz rozwoju idei i gospodarki morskiej w niepodległej Polsce. W tym duchu wypowiadali się m. in. Stanisław Grabski, Stanisław Kozicki, Roman Rybarski.

Wytężoną działalność prowadziły powiązane z endecją organizacje takie jak: Związek Obrony Kresów Zachodnich (ZOKZ), Polski Związek Zachodni czy Towarzystwo Gimnastyczne „Sokół”. Wydatnie wspierały one aktywność organizacji piłsudczykowskich na rzecz popularyzacji spraw morskich takich jak: Liga Morska i Kolonialna.

Należy też zwrócić uwagę na wybitną rolę powołanego z inicjatywy ZOKZ w 1925 roku w Toruniu Instytutu Bałtyckiego prowadzonego przez Józefa Borowika. Instytut stał się nieformalnym ośrodkiem i koordynującym wysiłki polskiego świata akademickiego interesującego się zagadnieniami bałtyckimi i pomorskimi.

Przejdźmy teraz do krótkiej charakterystyki politycznej roli środowiska Narodowej Demokracji na Pomorzu, a zwłaszcza w Gdyni – stolicy morskiej II RP. Zacznijmy od konstatacji, iż na całym Pomorzu już od drugiej połowy XIX wieku silna była tradycja walki ludności polskiej z germanizacją co doprowadziło do konsolidacji narodowej na ziemiach polskich zaboru pruskiego oraz wyczulenia na sprawy narodowe. Ważną rolę w tej walce odgrywało duchowieństwo, a także partie polityczne o charakterze prawicowym – w pierwszym rzędzie endecja. Powstały pod jej przewodnictwem w 1919 r. Związek Ludowo-Narodowy w krótkim czasie stał się jednym z najsilniejszych stronnictw na Pomorzu.

Jeżeli chodzi o Gdynię to warto podkreślić, iż endecja utrzymywała silną pozycję w tym mieście (czego potwierdzeniem były wyniki kolejnych wyborów samorządowych) prowadząc akcję wymierzoną w rządzącą sanację, którą oskarżano o oportunizm i serwilizm. Wyjątkiem w tej postawie była jednak osoba Eugeniusza Kwiatkowskiego, który cieszył się w mieście powszechnym uznaniem i także przez narodowców uznawany był za patrona Gdyni.

Endecja utrzymała wysokie poparcie wśród ludności kaszubskiej, w szczególności na terenie powiatu morskiego. Dla przykładu endekiem był pierwszy kaszubski wójt Gdyni Jan Radtke. Jednak Kaszubi stanowili pod koniec lat 30. niewielki odsetek działaczy Obozu Narodowego, co należy przypisać bierności ludności zasiedziałej oraz jej niechęci do angażowania się w jakiekolwiek inicjatywy polityczne.

Wojciech Turek w artykule opublikowanym w „Polityce Polskiej” zwraca uwagę na wzajemne zależności pomiędzy przyjezdnymi a ludnością osiadłą w kontekście „narodowej Gdyni”: „W rzeczywistości, miasto Gdynię budowali spontanicznie jej mieszkańcy oraz ci, którzy tłumnie napływali do Gdyni z miast Pomorza i Wielkopolski. Dzięki temu, że w dynamicznie rozwijającej się Gdyni większość mieszkańców stanowili Polacy, wywodzący się z zaboru pruskiego – najlepiej rozwiniętego gospodarczo, posiadającego najlepszą infrastrukturę, gdzie praktycznie nie występował analfabetyzm – miasto nabrało charakteru zachodniego. Zważywszy, że obóz narodowy Dmowskiego cieszył się największym poparciem na terenach dawnego zaboru pruskiego: w Gdyni przewagę zdobyli zwolennicy endecji. Dokładniej: zwolennikami endecji byli zarówno miejscowi Polacy-Kaszubi oraz nowi Gdynianie-Wielkopolanie i Gdynianie-Pomorzanie”.

Warto też zwrócić uwagę, iż pod koniec lat 30., w obliczu coraz bardziej narastającego konfliktu polsko-niemieckiego, endecja eksponowała w swojej działalności w jeszcze większym stopniu niż dotychczas prawa Polski do wybrzeża bałtyckiego (m. in. w ramach organizowanych „Dni Morza”), w zdecydowany sposób odpowiadając na niemiecki rewizjonizm.

Kres funkcjonowaniu gdyńskiej placówki obozu narodowego przyniósł wybuch wojny. Niemiecki terror obejmujący swym działaniem przede wszystkim polskie elity w dużej mierze skupił się także na działaczach pomorskiej endecji.

Reasumując, należy skłonić się ku tezie, że popularność myśli morskiej w endeckich koncepcjach geopolitycznych przełomu XIX i XX wieku oraz tradycja walki z germanizacją zaboru pruskiego przełożyły się na silną pozycję polityczną endecji na Pomorzu, a w tym i w Gdyni w okresie międzywojennym. Pozycja ta nie przełożyła się jednak na sprawowanie realnej władzy – ani w kraju, ani w Gdyni.

Władza ta przypadła w udziale środowiskom sanacyjnym, a zwłaszcza Eugeniuszowi Kwiatkowskiemu – zdolnemu ministrowi Przemysłu i Handlu, który miał „dobrą rękę” do gospodarki morskiej. Kwiatkowski nie tylko, że zbudował Gdynię traktowaną jako wielki pełnomorski port handlowy, ale także magistralę węglową – wpisującą się w południkowy przebieg szlaków handlowych Rzeczypospolitej oraz propagowany przez E. Romera „pomostowy” charakter terytorium Polski. W latach trzydziestych zaangażowany był także w budowę Centralnego Okręgu Przemysłowego. Jego zasługi dla modernizacji i uprzemysłowienia Polski są trudne do przecenienia.

W tym samym czasie endecja nie miała się już czym pochwalić w dziedzinie realnych osiągnięć, a jej inicjatywa koncentrowała się raczej na akcji politycznej, propagandowej, odczytowej i organizacyjnej. Zamiast spraw wielkich i ambitnych skupiono się na mało chwalebnej akcji antyżydowskiej, która zwłaszcza w Gdyni przyjmowała w latach 30-tych szeroki obrót. Zamiast dobra wspólnego zwyciężył zatem partykularyzm.

Jest ironią historii, iż to niezwykle zasłużone dla Polski i Pomorza ugrupowanie polityczne powoli dryfowało w kierunku haseł demagogicznych i szowinistycznych. Przez powyższą myśl przebija być może głębsza refleksja, dotycząca powodów dla których endecja nigdy nie odzyskała już raz utraconej pozycji politycznej, a w dniu dzisiejszym potrzeba nie lada wysiłków popularyzatorskich aby przypominać zdezorientowanemu społeczeństwu jej rzeczywistą rolę w dziejach, w tym sferze polityki morskiej i geopolityki.

Pośmiertnie może jednak endecja odczuwać pewną satysfakcję – to ona jako pierwsza formułowała śmiały program polityki morskiej oraz geopolityczną reorientację Polski z kierunku lądowego wschód-zachód na kierunek morski północ-południe. Jeżeli prześledzimy zmiany granic Polski w XX wieku, to znów podążały one za endecką myślą geopolityczną w kierunku zwartego terytorium piastowskiego z szerokim dostępem do morza, który pozyskaliśmy w następstwie II Wojny Światowej. I paradoksalnie znów Eugeniuszowi Kwiatkowskiemu dane było prowadzić działania na rzecz zagospodarowania tego brzegu morskiego w ramach kierowanej przez niego Delegatury Rządu dla Spraw Wybrzeża, której Kwiatkowski przewodził w latach 1945-1947.

Michał Graban
Myśl Polska, nr 21-22 (21-28.05.2016)
http://mysl-polska.pl