Re: Metody dezinformacji

***********************
— Nasza doktryna, wyłożona w Vademecum, zawiera się w trzech ar­chetypach, chociaż słowa archetyp nie ma w naszym słowniku. Powiedzmy więc — w trzech elementach, w trzech obrazach. Obrazy te są zarazem tak tajne, że nie powinienem ich przed panem ujawnić, i tak wspaniałe, że nie mogę się przed tym powstrzymać. Mimo wszystkich różnic, są rzeczy, które nas łączą: Rosja, poglądy polityczne… Wiemy obaj, że to czerwona Rosja zbawi świat. A poza tym jest coś jeszcze: ten prosty fakt, że tego popołudnia stoimy tu, razem, oglądając ten sam widok, odczuwając ten sam zachwyt i to samo poczucie oddalenia od ojczyzny. Płyniemy w jednej łodzi i było to nam pisane od samego zarania dziejów.
(…)
— Od biedy mogę jeszcze dać panu pewne ogólne pojęcie o tych trzech archetypach, ale potem trzeba będzie — jestem pewien, że człowiek tak pozbawiony małostkowości jak pan to zrozumie — będzie pan musiał wyrazić zgodę, dać mi słowo… Byłby to bardzo właściwy dzień, żeby to zrobić.
Aleksander skierował spontanicznie wzrok na południe, ku Sainte Gene­viève, ku temu grobowi, tej trumnie, temu ciału…
— Trzy archetypy, to… — zaczął Pitman.
I rzecz wydala mu się tak piękna, tak ożywcza, że przymknął oczy i na sekundę zawiesił głos, tym razem nie z wyrachowanie, ale raczej przez szacunek i swoistą zmysłową rozkosz. … Dźwignia, Trójkąt i Drut.
Aleksander zdziwił się. Te trzy symbole wydały mu się bardzo pospolite.
— Wyjaśnię to panu nieco szerzej — powiedział Pitman, poruszony głęboko własną ewangelią.
W dole przelatywały gołębie. W Sekwanie odbijały się płynące w niebie obłoki. Stragany okalające plac przed katedrą szykowały się do snu.
— Pierwszy archetyp, to Dźwignia. Im większa jest odległość między punktem podparcia a punktem przyłożenia siły, tym większy ciężar można unieść przy zastosowaniu tej samej siły. Trzeba dobrze wbić sobie do głowy, że to właśnie odległość jest ramieniem dźwigni, a co za tym idzie — trzeba zawsze starać się ją zwiększyć, nigdy — zmniejszyć. Wynika z tego, że nigdy nie należy wywierać wpływu bezpośrednio samemu lecz zawsze poprzez pośrednika, albo jeszcze lepiej — cały łańcuch pośredników. Przytoczę panu przykład z historii dlatego że wielcy ludzie w przeszłości intuicyjnie stosowali czasem nasze metody, chociaż nigdy nie ujęli ich w spójną doktrynę. Filip Macedoński chce zawładnąć Atenami. Czy ucieknie się do jawnej propagandy: „Ateńczycy, będzie się wam lepiej żyło pod moim panowaniem”? Nie. Opanowuje przez swoich ludzi pacyfistyczne stronnictwo Eubulidesa i Ateny wpadają mu w ręce jak dojrzały owoc. Stronnictwo to było dźwignią Filipa. Wykorzystywanie pacyfistów należy zresztą do klasycznych środków, nauczy się pan tego, jeśli przejdzie pan u nas przeszkolenie: kiedy chce się opanować jakiś kraj, tworzy się w nim stronnictwo pokojowe, starając się uczynić je popularnym oraz stronnic­two wojownicze, które zdyskredytuje się samo przez się, bo mało kto naprawdę pragnie wojny.

— Kiedy byłem mały, wielu francuskich rodziców nie dawało swym chłopcom militarnych zabawek. Biedacy wyrastali bez karabinów, pistoletów i ołowianych żołnierzyków.
— Propaganda pacyfistyczna we Francji była operacją wpływu, prowadzo­ną przez Hitlera, który jednocześnie w Niemczech uprawiał kult wojska.

Rezultat: przesławne lanie w 1939 roku.
— A my jesteśmy w trakcie robienia tego samego na większą skalę, za pomocą Apelu Sztokholmskiego?
Pitman parsknął śmiechem.
— Widział pan ten plakat przedstawiający matkę z dzieckiem w ramionach i z napisem: „Walczmy o pokój”?
— Oczywiście.
— To pomysł naszego Wydziału. W Związku Radzieckim na poparcie akcji zbierania podpisów pod tym samym „Apelem” mamy plakat z tym samym podpisem, ale wie pan, co przedstawia? Żołnierza Armii Czerwonej z pistoletem Maszynowym.
— I ten plakat jest dźwignią?
— Nie. Dźwignią jest naiwniak, który kontempluje plakat i powtarza jego Przesłanie, na przykład dziennikarz, który w dobrej wierze, przekonany
o wartości pokoju, bezkrytycznie wierzy w dobre intencje każdego, kto się go domaga. Wie pan doskonale, że można głośno mówić jedno, a robić coś wręcz przeciwnego; wystarczy mówić dostatecznie głośno, zwłaszcza jeśli opinia publiczna została odpowiednio urobiona, żeby usłyszano tylko słowa, a czyny przeszły niezauważone. Oto dlaczego idealną dźwignią jest prasa, a wkrótce będą nią i inne środki masowego przekazu. Wystarczy przygotować teren, a potem nie trzeba już nawet ukierunkowywać informacji; wystarczy, że będzie „rezonatorem”. Przykład: postanowił pan stworzyć w określonym społeczeństwie psychozę terroru. Dokonuje więc pan pojedyńczego aktu terrorystycznego. Prasa konserwatywna natychmiast gwałtownie potępia ten czyn, ale im bardziej go potępia, tym większe nadaje mu znaczenie i rozgłos i w ten sposób, w ostatecznym rozrachunku, pracuje dla pana.
Aż do tego dnia Aleksander uważał się za przyszłego wielkiego pisarza. Nie tylko zresztą przyszłego: pisał wiersze, opowiadania, napisał dwie powieści, z których był zadowolony. Ale Pitman otworzył przed nim nowy świat, który wydał mu się bez porównania bardziej pociągający. Jakże ubogi jest teatr cieni wyimaginowanych postaci, jeśli można wyreżyserować prawdziwe morderstwa i prawdziwe namiętności! Czy jest królestwo bardziej upajające niż rząd dusz i woli? Cóż wspanialszego niż wzięcie fujarki Gildensterna, żeby zmusić do zatańczenia Hamleta i wszystkich Duńczyków?
— Krótko mówiąc — powiedział Aleksander usiłując bezskutecznie ude­rzyć w ironiczny ton — szczurołap z Hamelin był z pańskiego Wydziału.
— Tyle, że my mamy większe ambicje niż uwolnienie świata od szczurów. Niech pan tylko pomyśli, jakie to szczęście, że tę melodię na czarodziejski flet odkryliśmy my, a nie kapitaliści. Wie pan, Aleksandrze, nie myślę, żeby to był przypadek. W gruncie rzeczy, czy determinizm historyczny i Opatrzność, to nie jest w jakimś sensie to samo?
— Powiedział mi pan, że aby podobne posunięcia się powiodły, trzeba urobić opinię publiczną. Jak urabiacie opinię, Jakowie Mojsiejewiczu?
Pitman westchnął. Uznał, że może uchylić jeszcze trochę rąbka tajemnicy.
— Za pomocą tendencyjnych informacji. W tym celu trzeba zdobyć kontrolę nad jakimś pismem cieszącym się zaufaniem społecznym. Jeśli tylko nie skompromituje się go w sposób oczywisty, cała prasa pójdzie za nim i powieli podsunięte przez pana informacje w nieskończoność.
— A na czym polega ta tendencyjna informacja?
Aleksander starał się mówić obojętnie. Wydawało się, że Pitman wpadł w pułapkę.
— Vademecum podaje dziesiąć przepisów na sporządzenie tendencyjnych informacji. Chce pan poznać te dziesięć przepisów?
— To by mnie interesowało.
— Nieprawda nie do stwierdzenia, mieszanina prawdy z kłamstwem, zniekształcenie prawdy, modyfikacja kontekstu, rozmycie, z jego warian­tem — selekcjonowaniem faktów, tendencyjny komentarz, ilustracja, uogólnienie, zachowane proporcje, równe proporcje.
— Może mi pan podać kilka przykładów?
— Spróbuję panu powtórzyć to, co mówił mój instruktor na szkoleniu. ,,Wyobraźcie sobie — mówił — niepodważalny fakt: Iwanow znajduje swoją żonę w łóżku Piętrowa.”
Aleksander zesztywniał; nie lubił pieprznych anegdotek. Francuzi nie potrafią się bez nich obejść, zgoda, ale miał nadzieję, że w rozmowie z Rosjaninem ich uniknie; najwyraźniej jednak się mylił — Pitman uśmiechnął się lubieżnie.
..Pokażę wam teraz co możecie zrobić z tym faktem, jeśli z określonych przyczyn chcecie go przedstawić w sposób tendencyjny.
Pierwszy przypadek: nie ma świadków.

Nikt nie wie, jak było i nic ma żadnego sposobu, żeby się dowiedzieć. Ogłaszacie więc wszem i wobec, że to Pietrow znalazł swoją żonę w łóżku Iwanowa. To właśnie nazywamy nieprawdą nie do stwierdzenia.
Drugi przypadek: są świadkowie. Piszecie, że w małżeństwie Iwanowów już od pewnego czasu coś się popsuło i przyznajecie, iż w ostatnią sobotę Iwanow zaskoczył swą żonę z Pietrowem. Co prawda, dodajecie, tydzień wcześniej Iwanowa zaskoczyła swego męża z Piętrową. Jest to metoda mieszania prawdy z kłamstwem. Proporcje mogą być oczywiście różne. Faceci z intoksykacji, kiedy chcą „wrobić” przeciwnika, podsuwają mu aż do 80% prawdy i 20% — kłamstwa, bo z ich punktu widzeniu najważniejsze jest, żeby ściśle określony, nieprawdziwy fakt uznano za prawdziwy. My natomiast, agenci dezinformacji i wpływu, idziemy na ilość i, przeciwnie, uważamy, że za pomocą jednego prawdziwego i sprawdzalnego faktu możemy przemycić wiele, które nie są ani jednym ani drugim.”
— Analogicznie jak ludwisarze, których niedawno oglądaliśmy, odlewając wielki dzwon domieszali trochę złota do brązu.
— Właśnie. Trzeci sposób. Przyznajecie, że obywatelka Iwanowa znajdowała się ubiegłej soboty w mieszkaniu Piętrowa, ale ironizujecie na temat łóżka. Meble, mówicie, nie mają tu nic do rzeczy. Najprawdopodobniej Iwanowa siedziała po prostu na krześle, albo w fotelu, ale to bardzo w stylu tego pijaka Iwanowa, oszkalować swą nieszczęsną żonę. A co miała robić? Dać się pokornie bić przez pijanego męża? Gdzie się miała schronić, jak nie u Pietrowów, i najprawdopodobniej uciekła tam razem ze swoimi małymi dziećmi, dlatego że trudno sobie wyobrazić, by pozostawiła ic na pastwę tego brutala. Nic zresztą nie wskazuje na to, że nie było przy tym obywatelki Pietrowej. Przeciwnie, wydaje się to wielce prawdopodobne, gdyż rzecz działa się w pokoju, jaki Pietrowowie zajmują we wspólnym mieszkaniu, które dzielą z Iwanowymi. Jest to metoda zniekształcenia prawdy.
Czwarty sposób — Pitman liczył na palcach Uciekacie się do modyfikacji kontekstu. To prawda, powiadacie, że Iwanow znalazł swoją żonę w łóżku Piętrowa, ale któż nie zna Piętrowa. To prawdziwy potwór seksualny. Już z tuzin razy był sądzony o gwałt. Tego dnia spotkał Iwanową na korytarzu, rzucił się na nią, zaciągnął do siebie i miał właśnie ją zgwałcić, kiedy czcigodny obywatel Iwanow, wracając z fabryki, gdzie jak zwykle przekroczył normę wkręcania śrub, wyłamał drzwi i uratował swą cnotliwą małżonkę przed losem gorszym od śmierci. A dowodem tego może być — i na to połóżcie nacisk — że w pierwszych informacjach na ten temat nic się nie wspomina, żeby Iwanow miał jakieś pretensje do Iwanowej.
Piąty sposób: rozmycie. Rozmywacie istotny fakt w całej masie innych informacji. Pietrow — mówicie — jest stachanowcem, wybornym graczem na organkach i w warcaby, urodził się w Niżnym Nowogrodzie, podczas wojny był w artylerii, ofiarował swojej matce na 60 urodziny kanarka, ma kochanki, między innymi niejaką Iwanową, lubi kiełbasę czosnkową, świetnie pływa stylem grzbietowym, umie robić pielmienie itp.
Stosujemy też metodę będącą odwrotnością rozmycia: selekcja faktów.
Wybieracie z wydarzenia, które macie zrelacjonować, szczegóły prawdziwe, ale niekompletne. Opowiadacie na przykład, że Iwanow wszedł do Piętrowa bez pukania, że Iwanowa zerwała się na to, bo jest nerwowa, że Pietrow był zgorszony brakiem manier Iwanowa i że po wymianie uwag na temat rozwiązłości obyczajów jako pozostałości starego reżimu, małżonkowie Iwa­now poszli do siebie.
Szósta metoda: tendencyjny komentarz. W niczym nie modyfikujecie samego faktu, ale na jego podstawie dokonujecie krytyki wspólnych mieszkań, w których dochodzi do spotkań między mężami a kochankami znacznie częściej niż to przewiduje plan pięcioletni. Opisujecie następnie nowoczesne osiedle, gdzie każda parka ma swój własny pokój z kuchnią i może robić, co się jej żywnie podoba, i rysujecie idylliczny obraz godnego pozazdroszczenia losu, jaki czeka tam Iwanowów.
Siódmy sposób jest wariantem szóstego, to ilustracja, polegająca na zobrazowaniu uogólnień jednostkowym przykładem, a nie — jak poprzednio — uogólnieniu jednostkowego faktu.
Możecie rozwijać ten sam temat: szczęś­liwe życie rodzinne w nowych osiedlach zbudowanych dzięki ustrojowi sowiec­kiemu, ale zakończycie takim oto zdaniem: Co za postęp w porównaniu z dawnymi wspólnymi mieszkaniami, gdzie dochodziło do dramatycznych zajść, jak na przykład kiedy to Iwanow znalazł swoją żonę u sąsiada!
Ósma metoda, to uogólnienie. Wyciągacie na przykład z zachowania Iwanowej kategoryczne wnioski na temat niewierności, niewdzięczności i lubieżności kobiet, nie wspominając ani słowem o współwinie Piętrowa. Albo, przeciwnie, obciążacie całą winą Piętrowa, podłego uwodziciela, i uwal­niacie od winy i kary nieszczęsną przedstawicielkę tak haniebnie uciskanej płci.
Dziewiąta metoda nosi nazwę „nierówne proporcje”. Zwracacie się do czytelników o skomentowanie incydentu, po czym publikujecie jeden list potępiający Iwanową, nawet jeśli przyszło takich listów sto i dziesięć popierają­cych ją, nawet jeśli otrzymaliście takich listów właśnie tylko te dziesięć.
I wreszcie, dziesiąta metoda — równych proporcji. Zamawiacie u profesora uniwersytetu, fachowego polemisty, cieszącego się uznaniem czytelników, dwustronicową wypowiedź w obronie kochanków oraz u pierwszego z brzegu idioty ich potępienie, także na dwóch stronach, co dobitnie świadczy o waszej bezstronności.”Oto, co powinno dać panu Aleksandrze Dmitrijewiczu, pewne pojęcie, czym jest tendencyjna informacja oraz o tym jakie ćwiczenia będzie pan odbywać podczas szkolenia, oczywiście na nieco poważniejsze tematy.
(…)
Przytoczyłem tylko panu przykładowo dziesięć dziecinnie prostych sposobów. Wypracowaliśmy setki metod, które możemy stosować kompleksowo lub oddzielnie, całą interpretację historii, cały okreś­lony światopogląd wpływu, rzekłbym niemal — kosmogonię…
— Czy mógłby więc pan wytłumaczyć mi na czym polega Trójkąt? Nic więcej.
— A więc krótko. I w tym wypadku chodzi o stosowanie podstawowej zasady: nic bezpośrednio, zawsze przekaźniki, nigdy nie walczyć na własnym terenie ani na terenie przeciwnika lecz rozprawiać się z nim gdzie indziej, w innym kraju, w innym kontekście społecznym, na innej płaszczyźnie intektualnej niż ta, na której rzeczywiście istnieje konflikt. Koncepcja taka zakłada istnienie trzech uczestników rozgrywki: my, przeciwnik i przekaźnik, czyli element odbijający nasz manewr. Powiedzmy, że chcę osłabić wielkie imperium: nie zaatakuję go bezpośrednio, lecz zdyskredytuję wśród sojusz­ników, klientów, tych wszystkich, na których opiera się jego światowa potęga. Zobaczy pan, że już wkrótce samo istnienie krajów nierozwiniętych stworzy nam okazję do wywierania bardzo skutecznych wpływów antyamerykańskich. Załóżmy teraz, że chcę zniszczyć jakiś kraj: będę mu demonstracyjnie okazywał swoją przyjaźń, a jednocześnie rozkładał od środka aż do chwili, kiedy jego szkielet zostanie tak osłabiony, że sam się zawali.
— W jaki sposób rozłoży go pan od środka?
— Za pomocą metod, których można się nauczyć, Aleksandrze Dmit­rijewiczu. Przede wszystkim trzeba doskonale znać społeczeństwo, będące przedmiotem naszych działań. Oto dlaczego metody, które odkryliśmy i które nasi wrogowie odkryją po nas, na nic się im nie przydadzą; kapitaliści są zbyt leniwi intelektualnie i zadufani w sobie, żeby nauczyć się „czuć się jak ryba w wodzie” w obcym środowisku. Trzeba bowiem zdobyć się na wysiłek poznania społeczeństwa-celu lepiej niż znają je jego właśni członkowie. Dys­ponujemy w tym celu technikami, których dzisiaj nie będę panu wyjaśniać, a które obejmujemy wspólną nazwą infiltracji.
Załóżmy, że postanowiłem rozciągnąć mój wpływ na pewien kraj. Trójkąt będzie się składać ze mnie, władz tego kraju i jego społeczeństwa. Nie będę traktował tego społeczeństwa jako przeciwnika lecz jako przekaźnik. Postawię sobie trzy cele: po pierwsze — dezintegracja tradycyjnych grup odniesienia,
które mogłyby chronić społeczeństwo przed moimi działaniami; po drugie
— zdyskredytowanie mojego przeciwnika, władz, opierając się na przekaźniku, społeczeństwie; po trzecie, zneutralizowanie samego społeczeństwa. W każdym z tych trzech etapów mojego działania zastosuję inne metody. Aby zdezintegrować tradycyjne grupy, postaram się podważać ich rację bytu od wewnątrz i z zewnątrz; z jednej strony postaram się wmówić reszcie społeczeństwa i najsłabszym członkom tych grup, że odegrały one w przeszłości szkodliwą rolę i nadal ją odgrywają: z drugiej — nie przejmując się sprzecznością — będę dowodził, że są one niepotrzebne, pasożytnicze, że to iluzje, nie realia. W ten sposób wykopię przepaść między rodzicami a dziećmi, pracodawcami a pracow­nikami, masami a przywódcami.
Moi agenci będą działać w dobrej „wierze, w imię słusznej sprawy! zgodnie ze zdrowym rozsądkiem. Z tych właśnie pozycji będą atakować władze, obarczając je odpowiedzialnością za wszystkie rzeczywi­ste bolączki występujące w społeczeństwie-celu, nie mówiąc o wyimaginowa­nych. Społeczeństwo naprawdę autorytarne znajdzie środki represjonowania takich działań, które dostarczą mi męczenników i pozwolą odwołać się do światowej opinii publicznej. Społeczeństwo liberalne wpadnie w pułapkę jeszcze szybciej, gdyż wykazawszy, że można je bezkarnie atakować — co jest zasadniczym celem inteligentnie rozumianego terroryzmu — przejdę do trzecie­go etapu moich działań. Po drodze zrobię trochę propagandy projekcyjnej, to znaczy oskarżę przeciwnika o stosowanie metod, do których sam zamierzam się uciec; w ten sposób będzie wyglądało, że działam w sytuacji obrony koniecznej. Niech pan nie zapomina, Aleksandrze, że w przeciwieństwie do rewolucji w przeszłości, współczesne rewolucje są dokonywane przeciw większości, a nie mniejszości. Otóż zapanujemy nad tą większością, kiedy ją sparaliżujemy.
Można tego dokonać na różne sposoby. Czasem udaje się przekształcić
większość w gigantyczne towarzystwo gimnastyczne: „unieść lewą nogę” i wszyscy unoszą; „unieść obie” i wszyscy lądują na tyłku. Czasem, przeciwnie, trzeba rozbić ludność na miliony jednostek, bo każdy obywatel stając w pojedy­nkę wobec maski Gorgony, którą mu się podsuwa, czuje się bezbronny i gotów do kapitulacji. Tworzy się tę milczącą panikę poprzez legendę o wyższości przeciwnika, trochę terroryzmu, przez tę fascynację, jaką odczuwa żaba na widok węża. Czasem dorzuca się do tego cały pseudonadprzyrodzony sztafaż: proroctwa, wizje czy inne horoskopy. W każdym razie kiedy mówi się o „mobilizacji” mas, robi się to w jednym tylko celu — zdemobilizować je.
Kiedy to już się powiedzie, to znaczy kiedy przekaźnik jest sparaliżowany, rzeczywisty przeciwnik wpada wam w ręce jak dojrzała śliwka. Oto, w skrócie, teoria Trójkąta.
— Macie też doktrynę Drutu.
Tym razem Pitman zawahał się na dobre. Zrobił kilka kroków tam i z powrotem. Przewodnik patrzył na zegarek. Autokary, wchłonąwszy na nowo Barbarzyńców, oddalały się w kierunku Opery. Światło zmieniało barwę w miarę, jak słońce chyliło się ku zachodowi. Nie było już białe, ale jeszcze nie złote; wydawało się, że pada na potężną bryłę Notre Dame przez jakąś niewidzialną lekko zabarwioną szybę.
Trzy zasady z Vademecum. wyłożone bez metod praktycznego ich za­stosowania. nie stanowiły żadnego wtajemniczenia, najwyżej jego zalążek. Ale zawsze zalążek. Aleksander Psar, chociaż obywatel sowiecki, pochodził z reak­cyjnej rodziny, został wychowany we Francji, mógł więc mieć ukryte powiązania z wrogiem, których nie ujawniło żadne śledztwo. Któregoś dnia doktryna wpływania stanie się znana całemu światu, ale na razie była to jedna z największych tajemnic reżimu. Od Jakowa Mojsiejewicza Pitmana zależało, czy ujawni ostatni jej aspekt, ryzykując że może on zostać zdradzony, czy też zatai go, ryzykując że jego rozmówca wycofa się, być może definitywnie.
—Niech pan posłucha — powiedział, opierając się znowu o balustradę obok Aleksandra. — Naprawdę mogę tylko musnąć ten temat, porównanie z drutem bierze się stąd, że aby przerwać drut, trzeba go wyginać w przeciwne strony. Dotykamy tu samego sedna naszej sztuki, przy czym świadomie używam słowa — sztuka. Agent wpływu jest przeciwieństwem propagandysty, a raczej — to propagandysta absolutny; ten, który uprawia propagandę w stanie czystym — nigdy za, nigdy przeciw — tylko po to, żeby wszystko poluzować, rozdzielić., rozbić., zdemontować. Jeśli nadal interesuje pana to, co robimy, pożyczę panu książkę chińskiego myśliciela Sun Tsu, który żył 25 wieków temu. Był to ówczesny Clausewitz. Między innymi uderzającymi celnością myślami wypowiedział też taką. która dotyczy uszykowania wojsk w obliczu nie­przyjaciela, ale doskonale nas charakteryzuje:. „Szczytem doskonałości jest sformowanie szyku, którego nie da się wyraźnie określić. W takim wypadku bowiem zabezpieczycie się przed wścibstwem najbardziej nawet przenikliwych szpiegów i najtęższe umysły nie zdołają wypracować żadnego planu przeciw wam.”
Przykład: sowiecki agent wpływu nigdy nie będzie występował jako komunista. Raz z lewa, raz z prawa, będzie systematycznie podkopywały istniejący porządek. To wszystko, czego się od niego wymaga, i w tej roli cieszy , się całkowitą bezkarnością. Żadne prawo, Aleksandrze Dmitnjewiczu, chciałem , powiedzieć — żadne prawo zachodnie nie zabrania destabilizowania społeczeń­stwa, w którym się żyje. Wystarczy stawiać raz na czerwone, raz na czarne; raz na parzyste, raz na nieparzyste.
Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s