Dlaczego w Polsce lepiej pracować „na czarno”?

Dlaczego w Polsce lepiej pracować „na czarno”?

… Pełen entuzjazmu i chęci do realizacji swojego pomysłu zabrał się za zdobywanie informacji. Udał się do Powiatowego Urzędu Pracy w Parzymiechach, jednak po wizycie i uzyskaniu upragnionej wiedzy ochota i zapał, które tliły się w nim do tej pory prysnęły jak bańka mydlana…

Co się stało, że Waldkowi tak nagle się odechciało działania?
Ano usłyszał magiczne słowo-klucz: ZUS. Dowiedział się bowiem tego, że od nastepnego miesiąca będzie musiał zacząć regularnie opłacać składki społeczne w wysokości 337,70 zł. Gdy usłyszał od urzędnika tę kwotę zapytał:

– Ale, jak to? To ZUS od przedsiębiorców nie jest powiązany z dochodem tak jak ZUS od pracownika?

– Nie, proszę Pana. ZUS od przedsiębiorców jest stałą składką, którą obowiązek ma pan uiścić bez względu na wysokość dochodów.

– Ależ to przecież spora kwota. Mój przyjaciel w Irlandii założył firmę i mówił, że ubezpieczenie kosztuje go w tej chwili 175 Euro na rok. A ja mam miesięcznie tyle płacić?

– Niech się Pan tak nie denerwuje. Dobrą informacją jest to, że to jest tak naprawdę stawka obniżona, którą będzie Pan płacił przez pierwsze 2 lata. Taka rządowa promocja.

– Co mam przez to rozumieć?

– Tzn. po dwóch latach składka wzrośnie do kwoty podstawowej, czyli ok. 850zł w tej chwili.

– Ile? 850zł składki miesięcznie? A jeśli nic nie zarobię? To idę z torbami?

– Może Pan zawiesić działalność i wtedy nie płaci Pan składek, ale również nie może Pan podejmować działalności związanej z Pańską firmą. Firma istnieje ale jest zawieszona.

– No to mnie teraz wcale nie dziwi, że w Polsce lepiej pobierać zasiłki pracując na lewo.

– Przykro mi proszę Pana, ale taka jest w tej chwili rzeczywistość. My tutaj nic nie możemy zrobić, jedynie Ci u góry, rząd, posłowie, Sejm, Senat, to w ich rękach są możliwości zmiany takowego stanu rzeczy.

– Proszę Pana mnie też przykro gdy tego słucham. Bo na tym prostym przykładzie widać, co dla naszego państwa, które szczyci się konstytucyjną ochroną praw obywatela jest na pierwszym miejscu. Najpierw trzeba zarobić na ZUS, by myśleć o wyżywieniu siebie i rodziny. Ja w takim razie dziękuję.

A jak być powinno?

Znajdzie się pewnie kilka mądrych głów, które powiedzą – no ale jak nie zarobisz na ZUS to znaczy, że jesteś kiepskim przedsiębiorcą. Inni dodają – przecież to niewiele te 340 zł na początek. A czy ktoś zapyta – Dlaczego lepiej dla państwa jest gdy mi daje zasiłek zamiast dawać możliwości zarobku?

Bo powiedzmy sobie szczerze – jeśli chcesz zacząć od kompletnego zera, nie masz szans. W Polsce amerykański sen „od pucybuta do biznesmena” jest niemożliwy do zrealizowania. Niemożliwe bo w chwili obecnej, gdy ludzie żyją za 800zł miesięcznie, a chcieliby uczciwie, zgodnie z prawem zarabiać na własną rękę, nie zarabiając jeszcze ani grosza, muszą już mieć na ZUS bo wyciąga do nich łapę po 850zł.

Takiej patologii nie ma chyba nigdzie na świecie. Rządzącym udaje się dokonać zbrodni doskonałej na własnym narodzie. Przecież to wszystko odbywa się w świetle polskiego prawa i podobno zgodnie z konstytucją. Ta zaś gwarantuje nam poszanowanie własności i równość wobec prawa.

A co to za równość wobec prawa, skoro właściciel korporacji, której obroty są gigantyczne, płaci taką samą musową składkę, jak szary Kowalski, który założył jednoosobową działalność gospodarczą i usługowo strzyże trawniki za 1500 miesięcznie? Gdzie ta ochrona własności, skoro ZUS bezkarnie rujnuje drobnych przedsiębiorców, skutecznie likwidując klasę średnią w społeczeństwie?

Powyższy rysunek oddaje istotę tego, za kogo mają nas elity polityczne: najważniejsze jest państwo – najpierw oddajesz jemu, potem możesz sobie żyć za to co Ci zostanie!

Bo nie może być tak, żeby fryzjer musiał ostrzyc 50 głów żeby mieć na ZUS! Trochę powagi ludzie i szacunku dla cudzej pracy!

Kto może to zmienić i kto jest za to odpowiedzialny?

Zastanówmy się, czym teraz zajmuje się rząd? Tłumaczy się kryzysem, który dla większości Polaków trwa od parunastu lat? Ogląda sondaże pokątnie szykując się do następnej kampanii (do parlamentu europejskiego), by dokopać opozycji? Forsuje w Sejmowych korytarzach kolejny pomysł będący zagrywka pod publikę (czyt. poparcie)?

No gdzie te niskie podatki Panie Premierze? Pół Polski oglądało Pańskie wystąpienie na konwencji PO w 2007 roku. Niemal cała Polska wsłuchiwała się w to osławione już exposé, gdzie nie raz, nie dwa jako wzór stawiał Pan Irlandię.
Rzućmy zatem okiem na warunki dla przedsiębiorczość w Irlandii…

na stronie bankier.pl znajdujemy informacje:

Irlandzkie rozwiązania podatkowe w połączeniu z minimalną ilością formalności i ułatwieniami dla małego biznesu stanowią ciekawą alternatywę zwłaszcza dla firm jednoosobowych. Są one zwolnione z podatku VAT, a prowadzący je przedsiębiorcy płacą zaledwie 175 euro (ok. 650 zł) rocznie za ubezpieczenie społeczne. A firmę na Zielonej Wyspie założyć można… przez Internet.

Ważne informacje:

– podstawowa stawka podatkowa to 20%, istnieje jednak wiele ulg;
– podstawowa stawka VAT wynosi 21%, zwolnione są firmy do 55 tys. euro obrotu przy dostarczaniu towarów i do 27,5 tys. euro przy świadczeniu usług;
– rozliczenia podatkowego dokonuje się raz na 2 miesiące;
– podstawowa składka na ubezpieczenie wynosi 175 euro na rok, opłacane na koniec roku – jednak ubezpieczeniem jest się objętym już od dnia rejestracji firmy;
– dodatkowa składka na ubezpieczenie społeczne (PRSI – Pay Related Social Insurance) wynosi 5% od dochodów po pierwszym roku działalności.

Oj daleko nam w takim razie do takich standardów. No ale wierzyć się nie chce, że ludzie po prostu tak się z tym godzą, zaciskają zęby i płacą, myśląc, że jakoś to będzie. Czy o to chodziło w walce o wolną Polskę, w walce o wolny rynek?

Rzućmy jeszcze okiem na wyniki światowego rankingu systemów podatkowych.

Ranking  Paying Taxes 2009

Dominującą cechą w tabeli jest prostota systemu podatkowego (Ease of paying taxes). Po  jednokrotnym kliknięciu w pierwszą kolumnę pod nazwą „Ease of paying taxes” otrzymujemy zatrważającą statystykę, według której znajdujemy się w ogonie świata  systemów podatkowych.  142 miejsce, nawet Burkina Faso (najbiedniejsze państwo świata)  jest przed  Polską.

Czy to jest śmieszne? Raczej wymaga natychmiastowej interwencji i zintensyfikowania prac nad upraszczaniem przepisów . Ale czy nasi wybrani, reprezentanci  narodu, którego wołania słyszą, którego pragnienia znają, mają na to czas i ochotę? A Wy kochani, mielibyście na to czas i ochotę gdybyście mieli zagwarantowane ustawowo 10tys zł diety + 10 tys. zł na biuro poselskie + premie + odprawy + darmowe komórki + przejazdy + immunitet? Marna motywacja mości panowie.

Konkluzja

Czy tylko ja mam wrażenie, że w Polsce uczciwość się nie kalkuluje? Pozostaje tylko zauważyć, że to nie wyłącznie wina naszych wybrańców. Również nasza, bo jesteśmy bezsilni. Nie reagujemy, nie działamy razem, nie współpracujemy. Istnieją realne alternatywy, które zamiast być forsowane giną w czeluściach internetowych. Sprawiamy wrażenie obojętnych i niewzruszonych. Świat nam ucieka, lata lecą, a my jesteśmy zaściankiem podatkowym świata. Kolejne ekipy rządzące boją się przemian, boją się o siebie i własne posadki. W dniu kampani każdy zna lekarstwo na sukces a potem jakby zbiorowa amnezja wszystkich dopada.

Władzo, obudź się wreszcie! My naprawdę wolimy zakładać firmy w Polsce! Ale zimne kalkulacje i żelazna logika podpowiadają nam:

– Zakładajcie firmy na Wyspach
– Uciekajcie stąd i sami zadbajcie o własne emerytury w innych „cywilizowanych” krajach
– Nie dajcie się okradać niewydajnemu systemowi
– Pracujcie na czarno
– Bierzcie zasiłki

Ludzie na prawde nie mają tutaj po co wracać Panie Premierze. Do czego? Do pracy za 1500brutto? Do antyprzedsiębiorczego systemu podatkowo-składkowego? Do ZUSu, który nam nie gwarantuje emerytur? Przepełnionych szpitali i zapchanych gabinetów lekarskich?

Jest Pan człowiekiem odpowiedzialnym to niech Pan sobie z młodych ludzi jaj nie robi.

Czy PIS, czy PO, czy SLD, PSL, to wciąż Ci sami ludzie, którzy swoją nieudolnością już niejedną kadencję się popisywali. A My jak błazny ciągle im ufamy…

Źródło: CTTTRLKOQ –>[url=http://www.eioba.pl” onclick=”window.open(this.href);return false;]www.eioba.pl[/url]

Reklamy

Niemiecka lewica przerażona: Polska zakaże zabijania dzieci?

Niemiecka lewica przerażona: Polska zakaże zabijania dzieci?

Rząd Prawa i Sprawiedliwości coraz bardziej uwiera Niemców, a zwłaszcza: niemiecką lewicę. To już nie tylko ataki na obłędną politykę imigracyjną, na niemieckie banki wyzyskujące Polaków. Teraz rząd PiS zapowiada zmianę, która uderza w absolutne podstawy tożsamości europejskiej lewicy: w mordowanie nienarodzonych dzieci.

<aWypowiedź premier Beaty Szydło, która opowiedziała się za inicjatywą obywatelską całkowicie zakazującą zabijania dzieci w łonach matek, bardzo szybko podchwyciły niemieckie lewicowe media. Choć sprawa teoretycznie nie powinna ich obchodzić, to już portal Zeit Online, naczelny niemiecki organ medialny walki z rządem PiS, podaje słowa pani premier jako najważniejszą informację. Dla lewaków, jak widać, to już z byt wiele. Są bardzo zaniepokojeni, bo w Europie wyrasta państwo, które na poważnie chce zabrać się za szkodliwe dogmaty liberalnej lewicy.

Mamy nadzieję, że zdumieniu niemieckich lewaków nie będzie końca, a Polska rzeczywiście zakaże mordowania dzieci nienarodzonych. Realizując politykę prorodzinną, uruchamiając program 500+ i wzmacniając chrześcijańską tożsamość kraju rząd zwalcza już przyczyny mordowania dzieci. Trzeba jednak dać wyraźny sygnał całemu liberalnemu światu, że jego przekonanie o rzekomym prawie kobiety do mordowania to dziecinny mit.

Brawo dla rządu Prawa i Sprawiedliwości i czekamy na piękny gest, jakim będzie – mamy nadzieję – całkowity zakaz zabijania dzieci.

wbw

Fronda.pl

Spojrzenie na Wschód

Spojrzenie na Wschód

Ludzie w Polsce do tego stopnia są przyzwyczajeni do przedstawiania Rosji jako kraju wrogiego, agresywnego i zbójeckiego, że aby przyciągnąć ich uwagę do tematu, trzeba z wielkim nagłośnieniem powiedzieć, że Polska jest od 1939 r. ofiarą rosyjskiego terroryzmu państwowego, że katastrofa smoleńska była aktem tego terroryzmu, podobnie jak wojna z Gruzją i konflikt na Ukrainie, i trzeba jeszcze dodać, że fale emigrantów destabilizujące kontynent europejski są także spowodowane rosyjskim terroryzmem państwowym.

To właśnie wygłosił najważniejszy minister polskiego rządu, będący też drugą osobą w hierarchii partii rządzącej. A może pierwszą, to nie jest jasne.

Czym się różni ta wypowiedź od wizji Rosji, jaką przedstawiają od lat 20 polskie media oraz występujący w nich pracownicy, „naukowcy” najrozmaitszych instytutów do spraw wschodnich z Centrum Polsko-Rosyjskiego Dialogu i Porozumienia włącznie? Owi „badacze” Wschodu muszą dla przyzwoitości naśladować styl rzeczowego opisu, podczas gdy minister rządzący wojskiem nie musi nikogo się wstydzić, może dać nieskrępowany wyraz swojej osobowości i daje. Merytorycznie niczego niezwykłego nie powiedział.

Nasi wschodni sąsiedzi – podobnie jak zachodni z innych względów – muszą znajdować się w kręgu naszego żywego zainteresowania, co znaczy, że powinniśmy znać fakty, wiedzieć, co się naprawdę dzieje w Rosji i na Ukrainie. Nie wiemy tego jednak. Zarówno funkcjonariusze instytutów do spraw wschodnich, jak też dziennikarze dobierają tylko ilustracje do prawdy kanonicznej, ustanowionej ćwierć wieku temu: Rosja jest z natury imperialistyczna, zaledwie się rozpadła, już znowu myśli tylko o tym, jak się odbudować w granicach radzieckich i przywłaszczyć sobie znowu utracone strefy wpływów. Najlepszy dowód na „terrorystyczną” naturę Rosji to zabór Krymu, skądinąd rosyjskiego.

Nie czekali jednak liderzy Unii Wolności i innych partii solidarnościowych na Anschluss Krymu, gdy ustanawiali swoją rusofobiczną prawdę kanoniczną. Wieloletni korespondent przysyłał z Rosji wiadomości mające świadczyć, że w tym kraju nie ma wolności słowa, wszystkie media są kremlowskie, dziennikarzom nie wolno głosić poglądów odmiennych od nakazanych. Wszystko w tonie oskarżycielskim albo prześmiewczym. Putin to oczywiście albo bandyta, albo miernota, tak że czytelnik polski zupełnie nie może zrozumieć, jak to możliwe, że taki osobnik jest celebrytą numer jeden globu ziemskiego i gdzie się pokaże, kamery odwracają się od innych obiektów i kierują w jego stronę.

W dyplomatycznym odwecie za wyrzucenie z Polski rosyjskiego korespondenta Rosjanie wyrzucili z Moskwy korespondenta polskiego. Rzecz normalna. I wtedy dopiero polski czytelnik mógł się dowiedzieć czegoś ścis­łego o swobodzie słowa w Polsce i w Rosji. W Rosji znaleźli się liczni dziennikarze, którzy głośno ujęli się za korespondentem „Wyborczej”, bronili go w gazecie, urządzili mu godzinną audycję radiową, gdzie mógł mówić, co chciał, i spierać się jak równy z równym z rzeczniczką Ministerstwa Spraw Zagranicznych. Wyrzuconego z Polski rosyjskiego korespondenta nie broniła żadna gazeta; żeby mógł w godzinnej audycji przedstawiać swoje racje, to się nikomu w naszym wolnym kraju w głowie nie mieści. I również to o czymś świadczy, że polskiemu korespondentowi nie postawiono – jak rosyjskiemu w Polsce – zarzutu uprawiania szpiegostwa, co można było zrobić i co jest utartym zwyczajem w reżimach tyrańskich.

Rosyjskie media znam w bardzo szczupłym zakresie, ale już to, co widzę, wystarczy, by stwierdzić, że rozmaitość poglądów w Rosji jest większa niż w Polsce. W telewizji podobno kontrolowanej przez Kreml (nawet na pewno kontrolowanej) pozwala się wygłaszać poglądy w sprawie przyłączenia Krymu całkowicie sprzeczne z polityką państwa i pod takimi hasłami demonstrować na ulicy.

Czy ktoś sobie wyobraża, że w Polsce poglądów sprzecznych z polityką rządu w sprawach Rosji, Ukrainy i Krymu nie uświadczy się w telewizji i prasie, dlatego że wszyscy zgadzają się z rządową polityką? Gdy PiS umocni się u władzy, niewątpliwie weźmie za twarz rozszczebiotaną brać dziennikarską, a różnica między państwowymi i prywatnymi mediami raczej się nie umocni. Jeśli jednak chodzi o politykę wschodnią, to dziennikarze zostali już wystarczająco wzięci za twarz pod rządami Tuska i można uznać, że w tym zakresie sprawa jest już załatwiona.

W miesięczniku „Polityka Polska” (2016/2) prof. Stanisław Bieleń pisze o stanie badań nad Rosją uprawianych w polskich ośrodkach do tego powołanych. Obraz, jaki rysuje, jest przygnębiający i pokrywa się z tym, czym media zamulają umysły swoich odbiorców.

Do czego służy Centrum Polsko-Rosyjskiego Dialogu i Porozumienia?

„Na przykładzie tego ośrodka, stworzonego w zaciszu gabinetów i wpływowych doradców, bez transparentnego naboru kadry naukowej, widać wyraźnie, że istnieje tendencja do zamykania się we własnym gronie ludzi »piszących na zamówienie«, pozbawionych nie tylko krytycyzmu, ale i kompetencji”.

„Uwiarygodnić się” może ten ośrodek już tylko w jeden sposób: gdy PiS przetrzebi kadrę i wprowadzi tam jeszcze bardziej swoich ludzi. Ja tak to widzę. Obok stronniczości politycznej i konformizmu na działalności instytutów do spraw wschodnich ciąży błędna, nieuczciwa intelektualnie metodologia: „Interesują je bardziej stany pożądane aniżeli istniejące. Rozprawia się o tym, co powinno być, a nie o tym, co jest naprawdę”. Obowiązują podwójne kryteria oceny: „Nie ma wyrozumiałości wobec Rosji czy Białorusi”, ale takie same zjawiska w Gruzji czy na Ukrainie nie budzą ani dezaprobaty, ani zainteresowania. „Wiele prac o polskiej polityce wschodniej nie ma żadnej wartości teoretycznej, są to raczej materiały propagandowe, tworzone na zamówienie aktualnie obowiązującej doktryny”.

„W badaniach akademickich polityki wschodniej – pisze Stanisław Bieleń – szczególnie uderza jakaś nadzwyczajna »poprawność polityczna«, »ujednostajnienie opinii«, brak odwagi w obalaniu mitów. (…) Występuje też osobliwa »kolektywizacja myślenia« nakazująca wszystkim myśleć »patriotycznie«, kierować się emocjami i podporządkowywać narracji formułowanej przez myślenie »stadne« mobilizujące do powszechnej akceptacji tego, co dyktują aktualnie rządzący i wspierające ich media”.

W bloku materiałów „Polityki Polskiej” dotyczących spraw wschodnich szczególnie zainteresował mnie artykuł dr. Andrzeja Zapałowskiego „Ukraina w szarej strefie bezpieczeństwa europejskiego”. Nieformalna cenzura nałożyła ścisłe embargo na wszystkie znaczące informacje dotyczące Ukrainy.

Autor omawia przyczyny, dla których integracja tego kraju z Unią Europejską jest wykluczona w przewidywalnym terminie. Pisał ten artykuł jeszcze przed głośnymi oświadczeniami Jeana-Claude’a Junckera potwierdzającymi ten pogląd. Społeczeństwo Ukrainy „jest targane pytaniami o bilans Euromajdanu dla państwa ukraińskiego”. Wojna domowa w Donbasie podzieliła społeczeństwo i przedtem niejednolite. Jedyną szansą stabilizacji Ukrainy jest federalizacja tego państwa odzwierciedlająca jego realną różnorodność.

Nawiasem dodam, że dla tych z nas, którzy poważnie traktują polskie interesy państwowe, byłoby to również rozwiązanie najbardziej pożądane. Problem integracji Kijowa z Unią jest wtórny wobec rywalizacji USA i Rosji o ten obszar. Integracja z Unią miałaby być tylko etapem tej rywalizacji, po którym nastąpiłaby intensyfikacja działań.

„Należy zadać sobie pytanie – pisze Andrzej Zapałowski – czy realny stan możliwości integracji Ukrainy z Unią Europejską nie był do zdefiniowania już kilka lat temu i czy cały proces wpływania na społeczeństwo [ukraińskie] w sposób deklaratywny nie jest cyniczną grą Brukseli i Waszyngtonu?”.

Przypominam sobie rozmowę kuluarową ze Stanisławem Stommą (lata 90.), w której on twierdził, że łatwiejsza byłaby integracja Białorusi z Unią, bo mniejsza od Ukrainy i nie tak nędzna. Według Zapałowskiego, Białoruś posiadała w 2009 r. dochód per capita dwa razy większy niż Ukraina, a od tego czasu różnica jeszcze się zwiększyła na korzyść Białorusi. W rolnictwie ukraińskim w przedziwny sposób odrodziły się stosunki feudalne. Oligarcha Kołomojski posiada 120 tys. ha ziemi, Petro Poroszenko tylko 96 tys.

Oligarchowie snują plany uczynienia z Ukrainy „żywnościowej Arabii Saudyjskiej”, „światowego spichrza”, co mimo czarnoziemu wydaje się mrzonką, chyba że gospodarkę tego kraju weźmie w swoje posiadanie „międzynarodowa kanalia”, jak przewidywał Dmowski.

W centrum uwagi znajduje się separatyzm donbaski, ale istnieje jeszcze silniejszy separatyzm zachodnioukraiński na razie przejawiający się w opanowywaniu całej Ukrainy.

Szczególnie mnie zainteresowała hipoteza Zapałowskiego: „Problem, o którym obecnie z powodów politycznych się nie dyskutuje, to jest kwestia (…) wyłonienia się państwa »zachodnioukraińskiego«, którego społeczność jest tradycyjnie zorientowana progermańsko. W takim wypadku Niemcy mogą podjąć decyzję, iż tylko ten obszar stanie się częścią Wspólnoty, gdyż kilkumilionowy kraj położony na niemieckim obszarze wpływów byłby dla nich istotnym nabytkiem, zwłaszcza iż nie wchodziłby w obszar rosyjskiej strefy wpływów”.

Prof. Bronisław Łagowski
http://www.tygodnikprzeglad.pl

Jest oczywiste, że jedynym sposobem przekonania maniakalnych rusofobów jest kilka gramów ołowiu, na które w pełni zasługują jako sabotażyści interesów narodowych Polski.
Admin

Bitwa pod Moskwą 31 III 1611

Bitwa pod Moskwą 31 III 1611

„Lecz nazajutrz, to jest w Wielki Czwartek, iż była wiadomość o wojsku z kniaziem Dymitrem Trubeckim i z kniaziem Wasylem Massalskim, z inszymi bojary, którzy spieszyli, ale tak prędko nie mogli pospieszyć, żeby swoich ratować, pan starosta chmielnicki [Mikołaj Struś] i pan Zborowski, przebrawszy z pułku swego część ludzi, poszli przeciwko nim. W mili tylko już od miasta było wojsko moskiewskie, zwiedli z nim nasi bitwę i pogromili ono wszystko ich wojsko.”

Bitwa pod Domanami[1] nie była ani jedyną, ani pierwszą, w której szarżujący po śniegu husarze rozbili moskiewskich pikinierów. Podobny epizod miał miejsce pod Moskwą, 31 marca 1611 roku. Kawaleria polska rozbiła tam kilkunastokrotnie liczniejszego przeciwnika, osłaniającego się nie tylko pikami, ale i hulajgorodami.

Rosyjska odsiecz dla Moskwy

29 marca 1611 roku rozpoczął się pożar Moskwy i rzeź jej mieszkańców[2]. Stacjonujący w niej polsko-litewski garnizon spacyfikował miasto dosłownie w ostatniej chwili przed przybyciem  rosyjskiego pospolitego ruszenia. To maszerowało z kilku stron, w kilku ugrupowaniach. Jego liczebność polska załoga stolicy szacowała na 100 – 145 tys.[3]. Przy czym wielkości te obejmują nie tylko żołnierzy, ale także masy ciągnącej z wojskiem ludności o zróżnicowanej wartości bojowej[4].

31 marca, najbliżej Moskwy, bo w odległości około 7 – 10 km od niej, znalazła się armia Andrieja Zacharowicza Proszowieckiego, kniazia Wasyla Fiedorowicza Masalskiego i Artemija Izmaiłowa. Wojska te maszerowały na stolicę od wschodu, z Włodzimierza. Różnie szacowano ich liczebność, na co z pewnością wpływ miało to, czy uwzględniano samych żołnierzy, czy też wszystkich ludzi. I tak na przykład rotmistrz Józef Budziło, który nie należał w owym czasie do garnizonu Moskwy, notował:

„Będąc Lapunow [Prokop Lepunow, wojewoda riazański] z wojski w kilku mil [mila polska = 7143 m] [od Moskwy], widział dobrze kurzące się miasto w nocy ogień, porozumiał wielką potrzebę [bitwę] z naszymi w Moskwie doszła, posłał zaraz Moskwie na posiłek Prosowickiego [z] kilku tysięcy wojska.”[5]

Budziło tak przy tej, jak i innych okazjach, operował liczbami samych żołnierzy. Inaczej postępował Samuel Maskiewicz, ówczesny porucznik roty husarskiej księcia Janusza Poryckiego. Ten zwykle podawał całkowitą ilość ludzi w wojsku przeciwnika, co znacząco podnosiło jego wielkość. Pisał zaś:

„W poniedziałek po Kwietniej Niedzieli [czyli 28 marca 1611 roku] dadzą szpiegowie znać, że Lepunow z rzezami [z Riazania] idzie w 80 000 wojska, i już [jest] w mil 20. [od Moskwy]. Drugi [szpieg] przybywszy [powiedział], że Zarucki od Kaługi w 50 000 wojska idzie, i już też niedaleko; trzeci [zaś] o Proszowieckim, w którym 15 000 wojska idącym ku stolicy powiada.”[6]

Później jeszcze raz powtarza:

„dano znać, że Proszewicki idzie w 15 000 wojska.”[7]

Maskiewicz jest tu o tyle ważnym źródłem informacji, że przebywał w owym czasie w Moskwie. To znacząco podnosi wiarygodność jego danych, choć obniża je fakt, że swoje wspomnienia spisał dopiero kilkanaście lat później, więc jego relacja nie jest wolna od pomyłek. Na przykład błędnie określił datę tej bitwy.

Najwyżej liczebność przeciwnika ocenił rotmistrz husarski, Mikołaj Ścibor Marchocki. Pisał:

„W Piątek Wielki [błąd; powinno być w czwartek] przyszła nam wieść, że Proszowiecki ze trzydziestą tysięcy idzie i już jest blisko miasta.”[8]

Marchocki, tak jak i Maskiewicz, wchodził w skład polskiego garnizonu Moskwy. Choć i on spisał swoje wspomnienia dopiero po kilkunastu latach.

Armia Proszowieckiego liczyła więc zapewne około 15 000 ludzi, z czego kilka tysięcy żołnierzy. Była ona najmniejsza z trzech ugrupowań, które zbliżały się do Moskwy. Właśnie ją 31 marca rozbiło wojsko polskie.

Ciekawostką jest fakt używania przez część żołnierzy rosyjskich, którzy brali udział w tej bitwie, spis, czyli pik. Chodzi o długą broń drzewcową, którą na grunt rosyjski właśnie w tych latach przeszczepiano z armii zachodnioeuropejskich[9]. Piechota próbowała w ten sposób zwiększyć swoje szanse w obliczu ataków kawalerii polskiej.

Oprócz pik, piechurzy Proszowieckiego wykorzystali hulajgorody. Te akurat nie były niczym nowym dla wojsk moskiewskich.

hulajgorody

Armia polska

Skład armii polskiej (i krótki przebieg walk) podał Aleksander Korwin Gosiewski, czyli dowódca polsko-litewskiego garnizonu Moskwy:

„W czwartek [31 marca] do południa mieliśmy pokój. Potem Prusowiecki, Kniaź Wasil Massalski, Arain Izmaiłów, Kniaź Repnin i inni od Włodzimierza z wielkiem wojskiem przyszedłszy, stanęli werst 7 [około 7 km] od Moskwy. Na tę posługę W.[aszej] K.[rólewskiej] M.[ości] użyłem J.[ego] M.[ość] P.[ana] Starostę Chmielnickiego [Mikołaja Strusia], P.[ana] Zborowskiego, z rycerstwem pułków Ich M.[ość] P.[ana] Berkowskiego z piechotą niemiecką, przydawszy z pułku swego P.[ana] Hreczynę i P.[ana] Hłuskiego z rotami ich. Naleźli nieprzyjaciela pilno ostróg budującego. I tam Pan Bóg błogosławił za szczęściem W. K. M., że nieprzyjaciel pogromiony, obóz z armatami wzięty, piechoty nieprzyjacielskiej niemało poległo, jazda niemal wszystka uszła, noc na pomocy sobie mieli; nam się też dnia dla tego, aby się nieprzyjaciel w ostrogu nie ufortyfikował, czekać nie zdało.”[10]

Inne źródła potwierdzają udział wymienionych powyżej jednostek, dodając czasem interesujące szczegóły. Na ich podstawie można odtworzyć i skład, i liczebność armii polskiej.

  • Pułk kawalerii Mikołaja Strusia (w nim to była rota husarska starosty bracławskiego Walentego Aleksandra Kalinowskiego, której porucznikiem był Wojciech Dobromirski) – 500 koni[11]
  • Dwie chorągwie pułku Aleksandra Zborowskiego[12] – 200 koni[13]
  • Chorągiew jazdy lekkiej (kozackiej) Jana Hreczyny, należąca do pułku Aleksandra Korwina Gosiewskiego – 114 koni[14]
  • Chorągiew lekkiej (kozackiej) Hluskiego, należąca do pułku Aleksandra Korwina Gosiewskiego – 92 konie[15]
  • Piechota niemiecka Jana Borkowskiego – 200 żołnierzy[16]

Łącznie daje to około 1100 żołnierzy, z czego 900 kawalerzystów. W znanych mi źródłach nie ma wzmianek o uczestniczeniu luźnej czeladzi w bitwie, czy choćby towarzyszeniu w niej żołnierzom. Najpewniej została ona w oddalonej o kilka kilometrów Moskwie. To by oznaczało, że przewaga liczebna strony rosyjskiej sięgała kilkunastu ludzi (lub też kilku żołnierzy) na jednego żołnierza polskiego. Dodać trzeba, że tak duża dysproporcja sił nie była dla Polaków żadną nowością. Większość z nich brała wcześniej udział w bitwie pod Kłuszynem[17], gdzie stosunek sił prezentował się podobnie, a armia przeciwnika, z uwagi na obecność komponentu wojsk zachodnioeuropejskich, była znacznie wyższej jakości niż pod Moskwą.

Przebieg bitwy w relacjach polskich

Walki opisuje kilka relacji polskich. Najwartościowsze z nich to cytowany powyżej list Gosiewskiego do króla Zygmunta III Wazy oraz relacja jednego z żołnierzy pułku Mikołaja Strusia, czyli Jakuba Głoskowskiego:

„We czwartek [31 marca], jeśli co było zostało [w Moskwie do spalenia], kończyli i plądrowali, paleli. Dowiedzieli się, że Mosalski posłany od Lepona następuje ku Moskwie z Pasondorkiem [Proszowieckim], mając na saniach deski i spissy, którymi się obstawiać w taborze i z nich strzelać chcieli, i już się byli poczęli obstawiać, ale pan Strusz z połkiem swym, pan Zborowski z dwiema chorągwiami i inszych kielka chorągwi poszli z panem Struszem przeciniem tegoż dnia. O nieszpornych godzinach [wieczorową porą] zastali Mosalskiego jeszc[z]e nie gotowanego do końca się był obstawiał. Uszykowawszy wojsko pan Strusz, pan Zborowski skoczył zaraz i kredensował [szedł przodem] naszym dobrze, uderzył się o strzelce i on grodek. Tam nie mogąc strzymać wielki[ej] ich mocy i strzelby ręcznej, zgubieł chorągiew, aż go naszy drudzy posiłkowali. Tam pan Dobromierski przywodząc rotę pana Kalinowskiego, zabit zaraz. Moskwa konna zatym uchodzić poczęła, naszy je długo w wielkim śniegu gonieli, nie mogąc ich daleko gonić, wrócieli się potym znowu do onegoż taborku i tam strzelców, którzy się byli w jedny cerkwi tamże zawarli, znieśli, spaleli i tabor z grodku im wzięli i inszą Moskwę, co tam była została. Kładą [szacują], że ich tam zginęło do piąci tysięcy jedni, drudzy [szacują] mni[ej]. Już wracają się z tej pogoni. Zatym przyszło dwieście niemiecki piechoty [Borkowskiego] na pomoc przeciw strzelcom, którzy do zostałego tego grodku naszym i tym, co się tam w cerkwi zaparli, palić pomogli.”[18]

Jak widać obie relacje są ze sobą całkowicie zgodne, uzupełniając się wzajemnie.

W pełni zgodna z opisami Gosiewskiego i Głoskowskiego jest również relacja Budziły, w której  można znaleźć kilka dodatkowych szczegółów:

„Tegoż roku i miesiąca 31, przeciwko temu wojsku wyszedł pan Strus z Możajskim [z Możajska][19], który tam [w Możajsku] był z pułkiem hetmańskim [Stanisława Żółkiewskiego], prawie do tej potrzeby [bitwy] przyszedł, do którego przyłączono kilka chorągwi pana Zborowskiego. Potkał tedy [nieprzyjaciela] w półtora mil [ok. 10 km] od Moskwy, który postrzegłszy wojsko nasze, począł się obstawiać hulaj-grody, gotowe mając i spisy na nich stawiąc, ale pan Strus, nie dając im się dobrze rozpostrzec i opatrzyć, choć nierówno było, a do tego i nie sporo [niedogodnie] w śniegach, jednak się z nim mężnie potkał, hulaj-grody nie bez szkody swej przełomił, Moskwę [Rosjan] wybił, a na ostatek z Prosowickim z nie bardzo pocieszną nowiną do Lepunowa pobiegli. Nasi tabory rozgromiwszy, z korzyścią i zwycięstwem do zamku się wrócili.”[20]

Zgodny z wyżej wymienionymi jest też opis hetmana polnego koronnego Stanisława Żółkiewskiego, który choć nieobecny pod Moskwą, był jak widać nieźle poinformowany o mających tam miejsce wydarzeniach:

„Lecz nazajutrz, to jest w Wielki Czwartek, iż była wiadomość o wojsku z kniaziem Dymitrem Trubeckim i z kniaziem Wasylem Massalskim, z inszymi bojary, którzy spieszyli, ale tak prędko nie mogli pospieszyć, żeby swoich ratować, pan starosta chmielnicki [Mikołaj Struś] i pan Zborowski, przebrawszy z pułku swego część ludzi, poszli przeciwko nim. W mili [mila polska = 7143 m] tylko już od miasta było wojsko moskiewskie, zwiedli z nim nasi bitwę i pogromili ono wszystko ich wojsko.”[21]

Stosunkowo nieźle, choć nie bezbłędnie, wydarzenia te opisał Maskiewicz:

„Die 4 aprila, w Poniedziałek Wielkanocny [błąd; powinno być 31 marca], dano znać, że Proszewicki idzie w 15 000 wojska. Pan Struś ze swoim się pułkiem wymknął, aby szedł przeciwko niemu, a nie miał, jeno 500 koni w pułku. I tam przydawszy mu koni 200 pan Gąsiewski wyprawił go w imię Pańskie nań. Potkał pan Struś Proszewickiego w mil 4 od stolicy, który hulajgorodami szedł, to jest na saniach wielkich wrota na kołowrocie stały, mając dziur kilka w sobie dla strzelania z samopałów. Do tych sań każdych po 10 strzelców przystawiono, ci i sanie przed sobą pchną, i strzelają stanąwszy jak z zamurza. A takich sań tak wiele, jako tabor tego potrzebował, że wszędzie tak na zadzie, bokach, jako i na przodzie taboru wkoło podle siebie były prowadzone. Nie mając nigdzie dziury od taboru, nie lza [nie można] było naszemu kopijnikowi, jeno spieszyć się z koni a rozerwać tabor; i tak uczynili. Wpadłszy za tym 700 człowieka, za pomocą Najwyższego pobili i pogromili nieprzyjaciela znacznie; więźniów nie kazał mieć, co się nawinęło ścinać, siec. Sam Proszewicki uciekł za czasu, a i dobrze poradził, bo i każdy niczym, jeno nogami ochronił zdrowie swoje. W tej potrzebie z naszych bardzo mało zginęło. Ze znaczniejszych jeno porucznik starosty bracławskiego Kalinowskiego, gdzie brat [mój] pan Daniel służył, Wojciech Dobromirski zabity. Nazad się wrócił [Mikołaj Struś] z wiktorią, za łaską Najwyższego, z niewymowną radością naszą.”[22]

Zdecydowanie najsłabiej, bo zmieniając wynik bitwy, opisał ją Marchocki:

„W Piątek Wielki [błąd; powinno być w czwartek] przyszła nam wieść, że Proszowiecki ze trzydziestą tysięcy idzie i już jest blisko miasta.

Wyprawił pan Gąsiowski przeciwko niemu pana Zborowskiego i pana Strusia z częścią wojska. Potkali się z nim w półtora mil [około 10 km] od stolicy. Potarł się zrazu komunikiem nieźle z naszymi, ale jak go wsparto [odparto] i ubito mu ludzi ze dwieście, ustąpił w hulajgrody, które miał z sobą. Nasi nie mieli z to [na tyle] siły natrzeć na hulajgrody [i] wrócili się na noc do miasta. A Proszowiecki z wojskiem swoim odciągnął kilka mil nazad, i tam doczekał Leponowa i inszych z większą potęgą.”[23]

Wnioski

Pomimo, że Moskwa (jak wówczas zwano Rosjan), dysponowała długimi spisami „niemieckiego wzoru”, hulajgorodami i dużą przewagą liczebną; pomimo, że Polacy musieli szarżować po śniegu, to jednak udało im się pokonać przeciwnika. Dokonali tego, gdyż uderzyli na Rosjan, „nie dając im się dobrze rozpostrzec i opatrzyć”, to znaczy nie pozwalając im się odpowiednio uszykować i przygotować do walki. To był kluczowy dla wyniku starcia, czynnik.

Bitwa ta dowodzi również banalnej prawdy, którą można streścić słowami „nec Hercules contra plures”. Pierwsza szarża 200 kawalerzystów Aleksandra Zborowskiego załamała się przecież w wyniku olbrzymiej przewagi liczebnej przeciwnika.

Sam Gosiewski wyciągnął z tej bitwy jeszcze jeden, mało odkrywczy wniosek, który zapisał w liście do króla – w głębokim śniegu lepiej jest używać piechoty i lekką kawalerię niż husarzy[24].

Dr Radosław Sikora

 

Przypisy:

 


[3]     Samuel Maskiewicz, Dyjariusz Samuela Maskiewicza. W: Moskwa w rękach Polaków. Pamiętniki dowódców i oficerów garnizonu polskiego w Moskwie w latach 1610-1612. Opr. Marek Kubala, Tomasz Ściężor. Kryspinów 1995. s. 186; Mikołaj Ścibor Marchocki, Historia moskiewskiej wojny prawdziwa. W: Moskwa w rękach Polaków. Pamiętniki dowódców i oficerów garnizonu polskiego w Moskwie w latach 1610-1612. Opr. Marek Kubala, Tomasz Ściężor. Kryspinów 1995. s. 89 – 90.

[4]     O różnych kategoriach ludzi obecnych w wojsku rosyjskim: Radosław Sikora, Armia rosyjska w bitwie pod Newlem 1562 roku.

[5]     Józef Budziło, Historia Dmitra fałszywego. W: Moskwa w rękach Polaków. Pamiętniki dowódców i oficerów garnizonu polskiego w Moskwie w latach 1610-1612. Opr. Marek Kubala, Tomasz Ściężor. Kryspinów 1995. s. 458.

[6]     Maskiewicz, Dyjariusz, s. 186.

[7]     Tamże, s. 189.

[8]     Marchocki, Historia, 89.

[9]     O tym, że były to spisy „niemieckiego wzoru”, czyli długie piki piechoty w: Олег Александрович Курбатов, Нидерландскаявоенная система в России в начале XVII века.

[10]    Aleksander Gosiewski do Zygmunta III Wazy, Moskwa 6 IV 1611, Biblioteka Czartoryskich rkps 106, bez paginacji. Przedruk w: Opis powstania w Moskwie 1611 roku przeciw wojskom polskim, przez naocznego świadka, niejakiego Głoskowskiego. „Przyjaciel Ludu” R 9, tom II, nr 33. Leszno 1843. s. 259.

[11]    „Pan Struś ze swoim się pułkiem wymknął, aby szedł przeciwko niemu, a nie miał, jeno 500 koni w pułku” (Maskiewicz,Dyjariusz, s. 189).

[12]    „[…] pan Zborowski z dwiema chorągwiami” (Pana Głoskowskiego, towarzysza pana Strussa relatia taka, Biblioteka Raczyńskich, rps 139, k. 345r – 348r. Przedruk w: Diariusz drogi Króla JMci Zygmunta III od szczęśliwego wyjazdu z Wilna pod Smoleńsk w roku 1609 a die 18 Augusta i fortunnego powodzenia przez lat dwie do wzięcia zamku Smoleńska w roku 1611. Opr. Janusz Byliński. Wrocław 1999. s. 261); „[…] do którego przyłączono kilka chorągwi pana Zborowskiego” (Budziło, Historia, s. 458); „[…] pan starosta chmielnicki [Mikołaj Struś] i pan Zborowski, przebrawszy z pułku swego część ludzi, poszli przeciwko nim” (Stanisław Żółkiewski, Początek i progres wojny moskiewskiej. Opr. Andrzej Borowski. Kraków 1998. s. 115).

[13]    „[…] przydawszy mu koni 200 pan Gąsiewski wyprawił go w imię Pańskie nań” (Maskiewicz, Dyjariusz, s. 189).

[14]    Jest to wielkość etatowa w kwietniu 1611 roku (Федор Вержбовский, Материалы к истории Московскаго государства в XVI и XVII столетиях. t. II. Warszawa 1898. s. 9).

[15]    Jest to wielkość etatowa w kwietniu 1611 roku (Федор Вержбовский, Материалы к истории Московскаго государства в XVI и XVII столетиях. t. II. Warszawa 1898. s. 9).

[16]    „przyszło dwieście niemiecki piechoty na pomoc przeciw strzelcom” (Pana Głoskowskiego, s. 262).

[18]    Pana Głoskowskiego, s. 261 – 262.

[19]    Pułk Strusia wkroczył do Moskwy dopiero 30 marca 1611 roku. Wcześniej stacjonował w Możajsku.

[20]    Budziło, Historia, s. 458.

[21]    Żółkiewski, Początek, s. 115.

[22]    Maskiewicz, Dyjariusz, s. 189 – 190.

[23]    Marchocki, Historia, s. 89.

[24]    Aleksander Gosiewski do Zygmunta III Wazy, Moskwa 6 IV 1611.

Kresy.pl

Jak zlikwidować skorumpowany rząd, instrukcja z Islandii?

Jak zlikwidować skorumpowany rząd, instrukcja z Islandii?

.

Islandczycy sprawili, że rząd, który aprobował pod dyktando światowej finansjery zubożyć islandzki naród zgodnie ze scenariuszem aktualnie „przerabianym” przez Grecję, podał się w komplecie do dymisji! Główne banki w Islandii zostały znacjonalizowane i mieszkańcy zdecydowali jednogłośnie zadeklarować niewypłacalność długu, który został zaciągnięty przez prywatne banki w Wielkiej Brytanii i Holandii.

Doprowadzono też do powołania Zgromadzenia Narodowego w celu ponownego spisania konstytucji. I to wszystko w pokojowy sposób. To prawdziwa rewolucja przeciw władzy, która doprowadziła Islandię do aktualnego załamania.

Na pewno zastanawiacie się, dlaczego te wydarzenia nie zostały szeroko nagłośnione? Odpowiedź na to pytanie prowadzi do kolejnego pytania: Co by się stało, gdyby reszta europejskich narodów wzięła przykład z Islandii?

Oto krótka chronologia faktów:

• Wrzesień 2008 roku: nacjonalizacja najważniejszego banku w Islandii, Glitnir Banku, w wyniku czego giełd zawiesza swoje działanie i zostaje ogłoszone bankructwo kraju.

• Styczeń 2009 roku: protesty mieszkańców przed parlamentem powodują dymisję premiera Geira Haarde oraz całego socjaldemokratycznego rządu, a następnie przedterminowe wybory.
Sytuacja ekonomiczna wciąż jest zła i parlament przedstawia ustawę, która ma prywatnym długiem prywatnych banków (wobec brytyjskich i holenderskich banków) wynoszącym 3,5 miliarda euro obarczyć islandzkie rodziny na 15 lat ze stopą procentową 5,5 procent.

W odpowiedzi na to następuje drugi etap pokojowej rewolucji.

• Początek 2010 roku: mieszkańcy zajmują ponownie place i ulice, żądając ogłoszenia referendum w powyższej sprawie.

• Luty 2010 roku: prezydent Olafur Grimsson wetuje proponowaną przez parlament ustawę i ogłasza ogólnonarodowe referendum, w którym 93 procent głosujących opowiada się za niespłacaniem tego długu.
W międzyczasie rząd zarządził sądowe dochodzenia mające ustalić winnych doprowadzenia do zaistniałego kryzysu. Zostają wydane pierwsze nakazy aresztowania bankowców, którzy przezornie odpowiednio wcześniej uciekli z Islandii.

W tym kryzysowym momencie zostaje powołane zgromadzenie mające spisać nową konstytucję uwzględniającą nauki z dopiero co „przerobionej lekcji”. W tym celu zostaje wybranych 25 obywateli wolnych od przynależności partyjnej spośród 522, którzy stawili się na głosowanie (kryterium wyboru tej „25″ – poza nieposiadaniem żadnej książeczki partyjnej – była pełnoletniość oraz przedstawienie 30 podpisów popierających ich osób). Ta nowa rada konstytucyjna rozpoczęła w lutym pracę, która ma się zakończyć przedstawieniem i poddaniem pod głosowanie w najbliższych wyborach przygotowanej przez nią „Magna Carty”.

Czy ktoś słyszał o tym wszystkim w europejskich środkach przekazu? Czy widzieliśmy, choćby jedno zdjęcie z tych wydarzeń w którymkolwiek programie telewizyjnym? Oczywiście – NIE!

W ten oto sposób Islandczycy dali lekcję bezpośredniej demokracji oraz niezależności narodowej i monetarnej całej Europie pokojowo sprzeciwiając się Systemowi.

Minimum tego, co możemy zrobić, to mieć świadomość tego, co się stało, i uczynić z tego „legendę” przekazywaną z ust do ust.

Póki co wciąż mamy możliwość obejścia manipulacji medialno informacyjnej służącej interesom ekonomicznym banków i wielkich ponadnarodowych korporacji. Nie straćmy tej szansy i informujmy o tym innych, aby w przyszłości móc podjąć podobne działania, jeśli zajdzie taka potrzeba.

http://ukrytawladza.wordpress.com/

Za: prawdaxlxpl

WK

 

Rosja: Otwarto pierwszy bank oparty o islamskie zasady

Rosja: Otwarto pierwszy bank oparty o islamskie zasady

W rosyjskim Kazaniu otwarto pierwszy w tym kraju bank, którzy przestrzega zasad związanych z założeniami islamu. Oferuje on pożyczki nie zawierające odsetek, a także umowy nie posiadające żadnych ukrytych haczyków.

Placówkę w Kazaniu, będącym stolicą republiki Tatarstanu, otworzyła firma Centrum Partnerskiej Bankowości, która postanowiła skorzystać z uchwalonego w styczniu prawa zezwalającego na działalność placówek bankowych opartych o muzułmańskie zasady.

Centrum planuje koncentrację na usługach bankowych dla klientów indywidualnych, firm oraz zagranicznych inwestorów. Prezydent Tatarstanu Rustam Minnichanow komentując otwarcie banku stwierdził, że do jego powstania przyczyniła się trudna sytuacja na świecie, zmuszająca do poszukiwania nowych zasobów finansowych.

Zgodnie z zasadami islamskiej bankowości, placówka w Kazaniu oferuje pożyczki bez odsetek, a także nie stosuje haczyków w zawieranych przez siebie umowach, nie zawierając jednocześnie umów wysokiego ryzyka i wystrzegając się niepewnych transakcji. Bank finansuje się więc głównie z przekazywania środków na produkcję i usługi, przez co nie tworzy sztucznego pieniądza.

Minister finansów Tatarstanu Artem Zdunov stwierdził, że w związku z brakiem akcji kredytowej dla Rosji ze strony zachodnich instytucji finansowych, jego kraj szuka innych źródeł finansowania, także tych związanych z państwami muzułmańskimi. Ich bankowość ma bowiem dynamicznie rozwijać się o blisko 15-20 proc. aktywów rocznie.

Wyznawcy sunnickiego islamu stanowią blisko 30 proc. społeczeństwa Tatarstanu wchodzącego w skład Federacji Rosyjskiej, jednak usługi w nowym banku mają być dostępne dla każdego rosyjskiego obywatela. Obecne ustawodawstwo nie zezwala na wprowadzenie wszystkich muzułmańskich zasad w bankowości, ale obecnie prowadzona jest dyskusja na temat zmiany prawa.

Na podstawie: forsal.pl, rt.com.
http://autonom.pl

Weterynarz ukarany za pomoc bezdomnym zwierzętom.

Weterynarz ukarany za pomoc bezdomnym zwierzętom. Teraz walczy o zmianę przepisów.

Weterynarz z Brzegu Dolnego (Dolnośląskie) Artur Różycki walczy o zmiany w systemie opieki nad zwierzętami. Za pomoc bezdomnym czworonogom i umożliwienie ich adopcji grozi mu grzywna.

W obronie weterynarza pod petycją do wojewody podpisało się 42,5 tys. osób.

O sprawie weterynarza stało się głośno pod koniec 2015 r., gdy sąd ukarał go zaocznie grzywną 700 zł za popełnienie wykroczenia. Za takie przewinienie uznano „niezgłoszenie faktu prowadzenia schroniska dla zwierząt oraz brak zgłoszenia pojazdu do transportu zwierząt”.

Problem w tym, że ja nie prowadzę schroniska ani też nie zajmuję się transportem zwierząt. Po prostu reaguję na zgłoszenia o rannych zwierzętach w terenie i zdarza się, że swoim autem przywożę je do swojej lecznicy. Prawo na to zezwala — powiedział Różycki.

Wniosek do sądu skierowała policja, która działała w efekcie doniesienia złożonego przez powiatowego lekarza weterynarii. Na 11 kwietnia br. wyznaczono rozprawę odwoławczą, ponieważ Różycki nie zgadza się z oceną, że popełnił wykroczenie, za które sąd ukarał go w tzw. trybie nakazowym, bez poinformowania o rozpatrywaniu sprawy.

Weterynarz podkreślił, że od piętnastu lat prowadzi swoją lecznicę i ma podpisane umowy z kilkoma gminami na opiekę ambulatoryjną nad zwierzętami z tego terenu.

Taka pomoc dotyczy też zwierząt bezdomnych, gdy np. zwierzę jest ranne lub staje się zagrożeniem dla mieszkańców. Reaguję, jadę, bo uważam, że to mój obowiązek jak każdego lekarza. Mamy opracowany system pomocy od A do Z, dlatego poprzez internet szukamy dla takiego zwierzęcia miejsca do adopcji — wyjaśnił Różycki.

Jak ocenił, teraz ma być „ukarany za udostępnianie postów w internecie na temat zwierząt, które można adoptować”.

Nie ukrywam, że część moich kolegów po fachu uważa moje działanie za „niegodne lekarza w białym kitlu”. W ich ocenie wzięcie rannego zwierzęcia z ulicy, by mu pomóc, to działanie w stylu hycla. Ja się z tym nie zgadzam, bo uważam, że lekarz powinien pomagać w każdej sytuacji — powiedział Różycki.

Dzięki ogłoszeniom zamieszczanym w internecie i prasie weterynarz doprowadził do ponad 140 adopcji zwierząt, co uważa za sukces i podkreśla, że adopcjami zajmuje się jako wolontariusz fundacji Help Animals.

Jak zaznaczył, by zmienić tę sytuację, trzeba ustawowo zmienić system opieki nad zwierzętami w Polsce, dlatego przyjął zaproszenie parlamentarnego zespołu przyjaciół zwierząt, który działa w Sejmie.

Obecnie obowiązująca ustawa o ochronie zwierząt została tak napisana, by zmonopolizować rynek schronisk w Polsce, dzięki czemu stały się one świetnym, dochodowym interesem. Tymczasem schronisko powinno być ostatecznością — ocenił Różycki.

W obronie weterynarza pod internetową petycją do wojewody dolnośląskiego podpisało się ponad 42,5 tys. osób. W sprawie lekarza interweniował też Rzecznik Praw Obywatelskich, który zaskarżył do NSA decyzję powiatowego lekarza weterynarii, zakazującą Różyckiemu przyjmowania bezdomnych zwierząt w swej lecznicy.

bzm/PAP
http://wpolityce.pl

Kurewska to władza, która chce karać za dobre uczynki. Niedługo lekarz nie będzie mógł pomóc osobie, która straciła przytomność na ulicy.
Admin

Ile kosztują podatki

Ile kosztują podatki

Brunner wpadł w szał, jak zawsze, kiedy zbliża się termin płacenia podatków.  Na początku roku z tym nie ma problemów, bo firma generuje straty, ale pod koniec roku zyski zaczynają przeważać i do płacenia podatków rad nie rad trzeba wrócić. W sumie szał Brunnera dość dobrze zgrywał się z ponurą pogodą i krótkimi dniami, podnosił ludziom adrenalinę, obniżał spożycie kawy w firmie i zapobiegał depresjom;-) Palarnia znowu stawała się wtedy centrum zapobiegania kryzysowego i przepływu informacji.
Nastrój Brunnera zaczął powoli udzielać się i mi. Zawsze zastanawiałem się, na cóż to idą podatki. Z analizy danych ministerstwa prawdy, tfu, finansów, wynika, że znaczna ich część znika w kieszeniach urzędników. A kwoty nie są małe! Zasada taniości państwa wymusza potrzebę dbania o możliwie jak najniższe koszty poboru podatków. Absolutnie niedopuszczalna jest sytuacja, w której koszty poboru podatków zbliżają się do dochodów z nich uzyskiwanych. Tymczasem wiele podatków i danin, szczególnie lokalnych, właśnie oscyluje wokół opłacalności. Taka opłatą jest opłata parkingowa, której koszt poboru dla sporej części miast zbliża się do 80%, a jak uwzględnić nakłady na straż miejską, której zapewne 1/3 zadań polega na sprawdzaniu poprawności opłat parkingowych, to śmiało założyć można, że lokalna społeczność (za wyjątkiem urzędników i „zaprzyjaźnionych” firm) w znikomym stopniu korzysta na owych opłatach. Podobnie ma się rzecz z podatkiem od posiadania psów. Maksymalna stawka roczna wynosi obecnie nieco ponad 30 złotych, i w części gmin koszty poboru podatku są wyższe od dochodu z niego uzyskiwanego.Wszystko to każe zastanowić się nad strukturą podatków w Polsce.

Wg Andrzeja Blikle, koszty poboru podatku CIT sięgają 40%, PIT ok 30% a VAT prawie 20%. Z opłat granicznych i ceł zostaje w Polsce 15%, reszta wędruje do budżetu Unii, a koszt poboru cła w zasadzie pochłania wszystko to, co zostaje w kraju. W sumie ponad 35% podatków pochłania system ich poboru, a koszty bezwzględne sięgają 80 mld złotych.  Koszty te nie uwzględniają tego, co na obliczanie zobowiązań podatkowych i na unikanie podatków wydają firmy i osoby fizyczne. A wystarczyłoby uprościć podatki, no ale co potem z robić z tysiącami niepotrzebnych urzędników i firm żerujących na skomplikowanym systemie podatkowym.

Sołtys twierdzi, że zmiana systemu podatkowego wywołała by rewolucję. Wystarczy przecież zlikwidować CIT, a na to miejsce wprowadzić podatek od obrotów. No ale wtedy nikt nie uniknie opodatkowania, no to z czego będzie się płacić łapówki? – Albo weźmy taki PIT. – w głowie szumiały mi słowa Sołtysa – Ponad 85% podatników składa deklaracje podatkowe, a w firmach całe działy liczą ile z tego należy się dla urzędu skarbowego, ile dla ZUS, a ile na utrzymanie służby zdrowia. No, ale wystarczyłoby, ustawowo zwolnić przelewy do urzędów skarbowych i ZUS od opłat, ludziom płacić to, co jest na umowach, a niech ludzie sami co miesiąc płacą te 10% do skarbówki i 20% do ZUS. Po co te ulgi i zwolnienia? Przecież wystarczy jak urząd raz do roku, na przykład w styczniu, czy lutym, zwróci dla każdego podatnika, który ma żonę po tysiąc złotych, bo kobieta kosztuje;-) i po tysiąc, półtora tysiaca złotych na każde dziecko, które pozostaje na utrzymaniu podatnika, no bo dzieci też kosztują. I już! – zakończył. -No ale to oznacza rewolucję. Już widzę te miliony wkur.. ludzi, którzy co miesiąc z zaciśniętymi zębami oddają pieniądze państwu – zaoponowałem – Rewolucji nie można kupić, rewolucją trzeba się stać i musi ona trwać każdego dnia, albo przynajmniej raz na miesiąc. – zaśmiał się Sołtys, a następnie wykrzyknął – Za ojczyznę! – i wypił szklankę bimbru do dna, po czym poszedł nadzorować pracę drożdży winnych, które nie patrząc na system podatkowy z lubością przerabiały śliwkową breję na śliwowicowy zacier.

Źródło: http://hansklos.blogspot.co.uk/2010/11/ile-kosztuja-podatki.html?m=1

Zobacz na:
Liczba urzędników w Polsce

Unia dała, unia na to dała…

ZUS rozdaje nagrody. Miliony zł na premie dla pracowników. Rekord sprzed dwóch lat niemal pobity

ZUS rozdaje nagrody. Miliony zł na premie dla pracowników. Rekord sprzed dwóch lat niemal pobity

19.06.2015

W 2012 roku ZUS na extra-premie dla pracowników przeznaczył 212,5 mln zł. Otrzymało je 46 800 osób, więc średnio na jedną osobę przypadło ponad 4500 zł. 2013 rok okazał się rokiem oszczędności (o zgrozo!), bowiem na nagrody wydano tylko 150 mln zł. Lata chude jak widać minęły, ponieważ w 2014 roku rozdano 210 mln zł.

Czym kierowało się szefostwo ZUS w przyznawaniu premii?

Cytuj

„Nagrody przyznawane są w drodze uznania za wyróżniające wyniki pracy, sumienność, jakość i terminowość pracy, realizację dodatkowych zadań oraz szczególne zaangażowanie w wykonywane zadania” –  czytamy w uzasadnieniu zestawienia przygotowanego i podpisanego przez wiceministra pracy i polityki społecznej Marka Buciora.

Patrząc na wysokość pracowniczych bonusów, można byłoby przypuszczać, że to ZUS właśnie jest „najlepszą, najbardziej wydajną, terminową i zaangażowaną w wykonywanie swoich zadań instytucją w kraju” – pisze zus.pox.pl przypominając „dokonania” tej instytucji w ostatnim roku.

W ubiegłym roku ZUS dokonał skoku na kasę OFE. „Przeprowadzono, największą od czasów Bolesława Bieruta, operację nacjonalizacji prywatnego majątku. Majątku zgromadzonego przez Polaków na prywatnych kontach w OFE. I to właśnie ZUS był głównym wykonawcą całej tej operacji” – zaznacza serwis.

W związku z tym Otwarte Fundusze Emerytalne musiały przekazać do ZUS wszystkie posiadane obligacje o wartości 153 mld zł. Konfiskata mienia przeprowadzona wzorcowo, należy się nagroda.

Jednym z rezultatów reformy emerytalnej są również dodatkowe wpływy do ZUS. OFE zostało zmarginalizowane, bowiem trafiać tam będzie mniej pieniędzy. Składka emerytalna wynosi 19,52 proc. pensji. W 2011 roku sytuacja wyglądała następująco: 12,22 proc. pensji trafiało do ZUS, 7,3 proc. do OFE. Po reformie ZUS otrzymuje 16,6 proc, OFE 2,92 proc.

Łatwo wiec policzyć, że na konto OFE przed reformą trafiało 58,6 mld zł rocznie (jest 16,5 mln osób ubezpieczonych, średnia pensja wynosi 4054,84 zł brutto, do OFE było odprowadzane 7,3 proc. dochodu).

4054,84 x 7,3% x 16,5 mln x 12 miesięcy = 58,6 mld zł

Obecnie na OFE zdecydowało się 2,5 mln ubezpieczonych, a trafia tam już tylko 2,92 proc. pensji. Daje to około 3,6 mld zł rocznie.

4054,84 x 2,92% x 2,5 mln x 12 miesięcy = 3,6 mld zł

Gołym okiem widać, że na konta OFE trafia rocznie 55 mld zł mniej. Są to pieniądze które dodatkowo zasilają kasę ZUS.

Źródło: http://niezalezna.pl/68159-zus-rozdaje-nagrody-miliony-zl-na-premie-dla-pracownikow-rekord-sprzed-dwoch-lat-niemal-pobity