My tu sobie gadu gadu o Bolku i innych Kolaborantach Kiszczaka, a tymczasem…

My tu sobie gadu gadu o Bolku i innych Kolaborantach Kiszczaka, a tymczasem KE chce wymusić na Polsce przyjęcie nawet 200 tys. imigrantów!

Posted by Włodek Kuliński – Wirtualna Polonia w dniu 2016-02-27

200 tys. imigrantów.

Jak dowiedział się portal Prawy.pl, Komisja Europejska naciska, aby rząd Beaty Szydło przyjął nie 100 tysięcy muzułmańskich imigrantów, o czym mówiło się wcześniej, ale dwukrotnie więcej – takie jest rzeczywiste zobowiązanie poprzedniego rządu PO-PSL.
.

– Pojawia się pytanie, czy zostaniemy zmuszeni do tego, żeby przyjmować imigrantów z Bliskiego Wschodu, grozi nam 100 tys. do 200 tysięcy? – zastanawiał się Jakub Skiba, sekretarz stanu w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych i Administracji podczas środowej konferencji zorganizowanej przez Związek Przedsiębiorców i Pracodawców. – Rząd nie uważa tego za korzystne dla Polski – dodał.

.

skiba_jakub

– Jednym z argumentów, który jest do nas kierowany jest „i tak się przed tym nie obronicie” – wyznał, zauważając, iż jeżeli chodzi o Bliski Wschód nie ma perspektywy rozwiązania tego problemu.

W rozmowie z portalem Prawy.pl nie krył obaw co do dalszego przebiegu rozmów z europejskimi partnerami. – Niestety są to poważne naciski. Jesteśmy otaczani pewnym ostracyzmem i musimy czynić wiele zabiegów, żeby przedstawiać nasze działania o interesy Polski i krajów regionu jako działania w pełni europejskie – relacjonował.

Jakub Skiba przyznaje, iż działania KE to nie tylko próba dokonania ostracyzmu politycznego, lecz także silne zakulisowe naciski. – W ten sposób wygląda dyplomacja – uspakajał.

– Głównym argumentem, jaki pojawia się w tej dyskusji „jest zawieszenie strefy Schengen i stworzenie strefy mini-Schengen, jeżeli nie będziemy skłonni przyjąć tych imigrantów – stwierdził. Na pytanie, czy warto walczyć o strefę Schengen w sytuacji, kiedy Polakom grozi tak wielkie niebezpieczeństwo, oświadczył: „To należy do wyboru przez naród, przez obywateli Polski”.

Jego prywatnym zdaniem „kwestia interesu jest zdecydowanie ważniejsza niż nawet zawieszenie strefy Schengen”. Zaznaczył przy tym, iż on sam nie może się wypowiadać w imieniu wszystkich.

 

Tekst i fot. Anna Wiejak. Prawy.pl

Czasu zostało niewiele?

Nie od dzisiaj wiadomo, że ludzie, którzy na co dzień kochają zamordyzm, lubią śpiewać o wolności.  Doskonale stan ten oddaje sowiecki szlagier radia Moskwa:  Sziroka strana maja rodnaja. / Mnogo w niej liesow, poliej i riek. / Ja drugoj takoj strany nie znaju / Gdie tak wolno dyszyt czełowiek…

Ach, pięknie Sowieci śpiewali.

Tymczasem jeśli tak dalej pójdzie, to my również będziemy mieli okazję zaznać wolnościowego „dyszenia”. Gdzie? Tutaj, w stronie radnoj… Dzierżymordzie ma to do siebie, że najłatwiej zaprowadza się je pod sztandarami wolności i liberalizmu. Tendencję zaś widać gołym okiem.

 

Na razie są to tylko dzwoneczki alarmowe; na razie wśród naszych „liesow, poliej i riek” nie słychać warkotu pił i stuku młotów „ochotników budujących nową linię kolejową”, jak miało to na przykład miejsce w szczęśliwej Albanii pod rządami Enwera Hodży. Na razie. Za to już możemy się poszczycić budową zrębów systemu, który może je kiedyś zapełni. Systemu „ośrodków deradykalizacyjnych”, „dyrektoriatów ds. walki z rasizmem” i tym podobnych.
Samo nazewnictwo jest znamienne, z jednej strony, kojarząc się z XX-wieczną literaturą political fiction, a z drugiej, ze schyłkowym okresem rewolucyjnego terroru. Jak podaje Wikipedia, dyrektoriat – organ rządowej egzekutywy  rewolucji francuskiej i innych „egzekutyw” w czasach rewolucyjnego tumultu i zamieszania.

Na razie wydaje nam się, że to nie do pomyślenia. Ale  w tym pięknym kraju licznych rzek i jezior, jeszcze 20 lat temu nie do pomyślenia było mnóstwo rzeczy, które dzisiaj przyjmujemy za naturalne i oczywiste.

Cóż więc stoi na przeszkodzie, by „deradykalizować”, czy też leczyć z rasizmu pięknem kanadyjskiej przyrody w odległych zakątkach? Pomysł sam się narzuca, tym bardziej że izolacja pozbawi element zradykalizowany czy to na tle rasistowskim, czy homofobicznym zgubnego wpływu na otoczenie i zahamuje rozprzestrzenianie się takich postaw. Gdyby więc ktoś kiedyś pytał, to proszę pamiętać, że pierwszy poddałem ten sprawdzony pomysł socjalnej przebudowy i przeczyszczenia.

Do tego etapu jeszcze nie doszliśmy, choć na drodze do „świetlanej przyszłości wolnych ludzi” mamy już wiele za sobą.

W przyszłość kroczymy wielkimi krokami, o czym może świadczyć i to, że nasza miłościwie panująca partia – a jakże, liberalna, ergo wolnościowa –  postanowiła, w głosowaniu nad nową ustawą zezwalającą na wspomagane samobójstwo, czytaj dobijanie, w kanadyjskich szpitalach wprowadzić dyscyplinę, żeby tam żaden mięczak nie wyłamywał się z szeregu, zasłaniając sumieniem (to chyba jakiś zabobon). Nasz seksowny szef  oznajmił, że jest to „sprawa wolności zagwarantowanych przez konstytucję”, a więc nie ma przeproś. Jak mus, to mus, równym krokiem pójdziemy w awangardzie świata: „Dawnej niewoli już się kończy czas! Chorągiew wznieś! Szeregi mocno zwarte!”.

Zresztą posłowie liberalni wiedzą, co to jest wolność sumienia, ponieważ zanim Partia Liberalna zgłosiła ich kandydatury, od każdego odebrała proaborcyjną deklarację. Aborcja, eutanazja… wsio ryba.

Od jakiegoś czasu równie rewolucyjnie zaczyna wyglądać sytuacja tzw.  wolności prasy. Co prawda jacyś tam wolterianie twierdzili kiedyś, że bez swobody głoszenia opinii nie ma mowy o wolności, ale to było dawno, a więc może było, a może się już zbyło. Nasi obecni „wolnomyśliciele”  idą prekursorskim tropem kolegi prokuratora z rady rejsu (patrz film „Rejs”), cytuję: „Każdy może, prawda, krytykować, a mam wrażenie, że dopuszczanie do krytyki panie to nikomu… Mmmm… Tak nie… Nie podoba się. Więc dlatego z punktu mając na uwadze, że ewentualna krytyka może być, tak musimy zrobić, żeby tej krytyki nie było. Tylko aplauz i zaakceptowanie. Tych naszych prawda punktów, które stworzymy”.

Wtedy, w latach 70., wzbudzało to wesołość nawet wśród uciskanego żelazną kurtyną ludu miast i wsi.

Dzisiaj, w Kanadzie, śmiech zastyga na ustach, bo oto pewien aparatczik rządu albertańskiej bojowniczki o sprawiedliwość społeczną, premier Racheli Notley z NDP, postanowił umieścić w rozpisce rubrykę „tych klientów nie obsługujemy” i wywalił z konferencji prasowych dziennikarzy prawicowego portalu The Rebel kanadyjskiego Żyda Ezry Lewanta. Dlaczego? No bo się głupio naśmiewali… „Krytyka może być, ale tak musimy zrobić, żeby tej krytyki nie było…”.

Szczęśliwie, na razie jeszcze było to o jeden most za daleko i podniósł się klangor. Na razie, bo już w przyszłym pokoleniu sześciopłciowe społeczeństwo kanadyjskie, jak młode pelikany będzie łykać takie szmoncesy.

Kierownicy systemu wiedzą, że najbardziej skuteczna zmiana polega na małych krokach. Polityka małych kroków w ciągu pół wieku odmieniła nie do poznania ludzi i kraj. Można jednak odnieść wrażenie, że ostatnio proces zaczął jakby przyspieszać. Czyżby czasu było niewiele?

Andrzej Kumor

Integracja nauczania

Integracja nauczania

Źródło: http://autonom.edu.pl

Mazur Marian, 1967, Integracja nauczania. Argumenty, nr 12 (458), rok XI, 19 marca, Warszawa, s. 1 i 6. Z cyklu „O szkole cybernetycznie”.
Przepisał: Mirosław Rusek mirrusek@poczta.onet.pl

Nawet gdyby uczeń, kończący szkołę, zapomniał wszystkiego, czego go w niej nauczono, to przecież jeden nawyk pozostałby mu na pewno: przeświadczenie, że wiedza dzieli się na przedmioty. Jest to nawyk tak silnie wkorzeniony, że gdy nauczyciel fizyki wytyka uczniowi błąd rachunkowy w zadaniu, to uczeń odczuwa to bez mała jak nadużycie – przecież to błąd matematyczny, a nie fizyczny. Gdyby tenże nauczyciel wytknął uczniowi ponadto błąd ortograficzny, to uczeń byłby wprost oburzony, że nauczyciel miesza się do nie swoich spraw.

Do dzielenia wiedzy na szufladki przyczyniają się nauczyciele, autorzy programów nauczania, a także ci, co kształcą nauczycieli. Co nauczyciel – to przedmiot (a właściwie dwa przedmioty, ale ten drugi ma służyć do zatykania dziur w etatowym obciążaniu nauczycieli godzinami lekcyjnymi). Na lekcji fizyki nauczyciela nie obchodzi, że rewolucja francuska obaliła ustrój feudalny. Na lekcji historii innego nauczyciela nie obchodzi, że rewolucja francuska wprowadziła system metryczny jednostek miary. Nic dziwnego, że i uczeń nie widzi związku między jednym z tych faktów a drugim (a związek istnieje – Anglię będzie teraz wiele kosztować przejście na system walutowy, w którym funt szterling będzie się dzielił na sto części).

Skutki są takie, że przechodząc do świata dorosłych młody człowiek ani się nie oburza ani nawet nie dziwi, że żyją oni według wskazówki Brodzińskiego:
Czyń każdy w swym kółku, jak każe duch boży, a całość sama się ułoży.
W praktyce wynikają stąd postawy: ja wykonuję mój zawód, reszta do mnie nie należy; ja spełniam moje obowiązki, a inni niech spełniają swoje; mnie obowiązują określone przepisy, a czy te przepisy są właściwe, niech się o to martwią ci, co je ułożyli; ja jestem w porządku, bo wykonywałem dane mi rozkazy i nie mogę odpowiadać za moich rozkazodawców.
Do niedawna wszyscy myśleli, że tak powinno być. Pierwszym głośnym wyłomem w tym poglądzie był proces norymberski, na którym odrzucono argument zbrodniarzy, że popełniali zbrodnie na rozkaz. Coraz bardziej wzrasta zrozumienie, że życie nie jest zbiorem kratek, w którym każdy mógłby się ograniczyć tylko do „swojej” kratki. Przed paru laty powszechne oburzenie wywołała daremność wysiłków przechodnia, który szukał pomocy dla człowieka umierającego na warszawskiej ulicy. Nie udzielił mu jej pobliski szpital, bo wypadki na ulicy należą do pogotowia. Nie zajął się sprawą przejeżdżający na motocyklu milicjant, bo i do niego to nie należało. Człowiek umarł, ponieważ wszyscy pełnili swoje obowiązki.

Konieczność rewizji poglądów znalazła mocne oparcie naukowe w cybernetyce, dzięki uwydatnieniu powszechności sprzężeń zwrotnych i matematycznemu ich ujęciu. Konsekwencją takiego ujęcia jest optymalizacja, tj. poszukiwanie najlepszego stanu całego układu wszystkich sprzężonych ze sobą czynników, zamiast zajmowania się każdym z nich oddzielnie. Dzięki cybernetyce stało się jasne, że zachowanie się wszelkich organizmów, od jednokomórkowca do człowieka, i wszelkich społeczności, od rodziny do światowych organizacji, jest nieustannym rozwiązywaniem problemów optymalizacyjnych.
Nic dziwnego, że w ostatnich latach nastąpił niebywały rozwój metod optymalizacji, zwanych ogólnie badaniem operacyjnym lub teorią podejmowania decyzji, obejmujących programowanie liniowe, programowanie dynamiczne, teorię gier itp. Pomimo ogromnych osiągnięć w tym zakresie, zwłaszcza dzięki zastosowaniu maszyn matematycznych, daleko jest jeszcze do możliwości zoptymalizowania wszystkiego; byłby to jeden jedyny problem optymalizacji świata. Na razie jeszcze musimy wydzielać wiele mniejszych problemów optymalizacji, jak np. optymalizacja przemysłu, optymalizacja transportu, optymalizacja budowy miast itp. Bez względu jednak na trudności wiadomo, że w tym kierunku pójdzie rozwój społeczeństw.

Gdyby zapytać uczniów, dlaczego uczą się tego wszystkiego, co im szkoła wtłacza do głowy, to prawdopodobnie mniej inteligentni odpowiedzieliby, że uczą się, bo się od nich tego wymaga, inteligentniejsi zaś, że nabyte w szkole wiadomości mogą im się przydać w przyszłości, ale już chyba nie potrafiliby powiedzieć do czego. Obawiam się, że na to ostatnie pytanie również nie potrafiłoby odpowiedzieć wielu nauczycieli. Odpowiedzi w rodzaju: uczymy się historii, aby poznać dzieje naszego kraju, albo uczymy się matematyki, aby umieć rozwiązywać zadania matematyczne, są tyle warte co np. zdanie, że w kraju, w którym jest bezrobocie, wielu ludzi pozostaje bez pracy.
A tymczasem odpowiedź jest prosta: uczymy się, aby skuteczniej rozwiązywać problemy optymalizacyjne. Jakże jednak oczekiwać takiej odpowiedzi, jeżeli ani uczeń, ani nauczyciel nie mają pojęcia, że takie problemy istnieją i na czym polega ich rozwiązywanie, czemu o tyle trudno się dziwić, że zazwyczaj wykraczają one poza ramy jednej specjalności zawodowej.

Na przykład budowa fabryki chemicznej to sprawa techniki, ale ścieki z tej fabryki wytrują ryby w pobliskiej rzece, do której ścieki spływają, a to już jest zagadnienie, w którym do głosu powinien dojść przyrodnik. Powstaje problem optymalizacyjny, którego rozwiązanie może polegać na ochronie pewnych rzek, a poświęceniu innych. Można też chronić rzeki oczyszczając ścieki, ale to pociąga za sobą dodatkowe koszty, w czym głos mają również ekonomiści.
Budowa elektrowni wodnej wymaga zbudowania zapory wodnej w celu uniezależnienia pracy elektrowni od klimatycznych wahań ilości wody przepływającej w rzece. Utworzony przy tym zbiornik wody zapewni nie tylko produkcję wymaganych ilości energii elektrycznej, ale i zapobiegnie powodziom, co ma znaczenie ekonomiczne i socjologiczne. Ponadto budowa zapory spowoduje zmiany krajobrazu i okolicznej przyrody. Projekt zapory czorsztyńskiej został początkowo opracowany wyłącznie z technicznego punktu widzenia. Wskutek słusznych sprzeciwów ze strony przyrodników, obawiających się, że zapora zniweczy walory przyrodnicze Pienin, upłynęło wiele lat, zanim wreszcie projekt zapory został prawidłowo opracowany. Strat wynikających z opóźnienia eksploatacji elektrownii i jej działania przeciwpowodziowego można było uniknąć, gdyby wcześniej spostrzeżono, że jest to problem optymalizacyjny, obejmujący czynniki techniczne, przyrodnicze, turystyczne i inne.

Z podobnych przyczyn błędnie rozegrano u nas sprawę produkcji telewizorów. Przede wszystkim nie zdawano sobie sprawy z zapotrzebowania na telewizory, sądząc, że ich nabywcami będą świetlice, a nie prywatne mieszkania, i rozwijano produkcję za wolno. Nie przygotowano kadry „literatów telewizyjnych”, wskutek czego jeszcze dziś telewizja różni się u nas od radiofonii nieraz tylko tym, że widać mówiącego. Nie przygotowano socjologów na okoliczność, że w odróżnieniu od radiofonii śledzenie widowisk telewizyjnych uniemożliwia zajmowanie się czym innym, a to spowoduje zmiany w trybie życia rodzinnego (skupienie się rodziny przy telewizorze). Nie przygotowano pedagogów na to, że widowiska telewizyjne będą oglądane głównie przez dzieci i że wskutek tego szkoła przestanie być głównym źródłem wiedzy dla uczniów, a w zakresie wiadomości o sprawach najświeższych stanie się przybytkiem rażącego zacofania. Przez wiele lat nie wykorzystywano telewizji do celów kształcenia młodzieży, a to co wreszcie w tym zakresie zrobiono jest po prostu humorystyczne – wykładowca widoczny na ekranie telewizyjnym pisze kredą na tablicy. To się nazywa unowocześnieniem nauczania za pomocą telewizji.
Brak powiązań między różnymi specjalistami jest szczególnie widoczny, jeśli chodzi o techników i humanistów. Technika stała się tak trudna, że humanista nie może z niej nic zrozumieć, z wyjątkiem ogólników. Z drugiej strony dla techników coraz bardziej obce stają się filozoficzno-psychologiczne zmartwienia literatów. Nawet wspólnota językowa techników i humanistów coraz bardziej zanika. Narzędziem porozumienia techników stał się przede wszystkim rysunek techniczny, schemat, wykres, wzór matematyczny. Humanista rozumie tylko teksty słowne. Wprawdzie i technicy muszą się często porozumiewać tekstami słownymi, ale wytworzyli sobie odrębny styl i terminologię.

Światli humaniści zdają sobie sprawę z tego, że rozwój humanistyczny społeczeństw nie nadąża za ich rozwojem technicznym. Zdarzają się co prawda ludzie, którzy w imię ideałów humanistycznych oskarżają techników o kult maszyny, technicyzację itp., ale to jest pseudohumanizm. Jeżeli za humanizm uważać działanie dla dobra człowieka, to trudno byłoby wskazać dziedzinę bardziej nacechowaną humanizmem niż technika. Po cóż technik buduje elektrownie? Po to, żeby ludzie zamiast spędzać wieczory przy łuczywie mogli czytać przy oświetleniu elektrycznym, słuchać audycji radiowych, oglądać widowiska telewizyjne, rozmawiać przez telefon i robić wiele innych rzeczy. Po to technik konstruuje samochody, lokomotywy i samoloty, żeby ludzie mogli podróżować szybciej i wygodniej. Nawet swoje artykuły przeciw technizacji pseudohumanista pisze nie gęsim lecz wiecznym piórem lub na maszynie do pisania, które to narzędzie pisarskie wyprodukował dla niego technik.

Do nieodłącznych elementów rozwiązywania problemów optymalizacyjnych należy nie tylko diagnoza, tj. rozpoznanie stanu aktualnego, lecz i prognoza, tj. przewidywanie stanów przyszłych. Zdawałoby się, że w zakresie prognozy można by znacznie więcej oczekiwać od humanistów, a zwłaszcza od literatów, jako od ludzi, których trudno byłoby posądzić o brak wyobraźni, niż od przyziemnych techników. Tymczasem wiele rzeczy wskazuje na to, że jest przeciwnie. Techników nie obchodzi przeszłość (robi się im nawet z tego zarzut), dla maszyn przestarzałych tracą wszelkie zainteresowanie. Wysiłki ich zmierzają do poszukiwania nowych konstrukcji, nowych zastosowań, nowych materiałów, nowych technologii. Przedmiotem zainteresowania humanistów jest historia, i to nie tylko w znaczeniu badania przeszłości, ale często również tendencji do jej utrwalania (stąd ich pietyzm dla strojów ludowych i innych tradycji regionalnych, od których lud odchodzi przenosząc się ze wsi do miasta, dla starych fraszek, które nie znajdują już czytelników itp.). Zaskakujący jest brak zdolności humanistów do wybiegania w przyszłość. O czymś przeciwnym nie świadczą nawet powieści fantastyczne, gdyż ich autorzy nie piszą bynajmniej o przyszłości, lecz o wymyślonej przez siebie nierzeczywistości, mając nam o ludzkich przeżyciach mniej do powiedzenia niż powieściopisarze, nie usiłujący epatować czytelników fantastyką. Nie byłby tu też przykładem Verne, chociaż bowiem jego przewidywania okazały się niezwykle trafne, to jednak dotyczyły maszyn nie ludzi. Można by tu jeszcze wymienić paru autorów z tym, że pisali oni o katastrofalnych skutkach grożących ludzkości w przyszłych warunkach, a nie o tym, jak ludzkość powinna się w nich urządzić. A tymczasem jest sporo problemów, które będą wymagać rozwiązania już w niedalekiej przyszłości, jak np. konsekwencji zagrażającego przeludnienia, wykorzystywanie wolnego czasu, uzyskiwanego w miarę postępu automatyzacji, upowszechnianie wykształcenia i jego stosunek do rodzaju wykonywanej pracy. Nie tu miejsce na bliższe omawianie tych problemów, które zresztą od pewnego czasu prasa porusza coraz częściej. Natomiast godne jest uwagi, iż wszystko to są problemy optymalizacyjne, do rozwiązania których konieczne jest współdziałanie rozmaitych specjalistów: techników, ekonomistów, socjologów, pedagogów, lekarzy, przyrodników, artystów itp. Aby to jednak stało się możliwe, muszą oni rozumieć problemy optymalizacyjne, znać rolę wszystkich czynników występujących w tych problemach oraz mieć wspólny język w zakresie potrzebnym do ich rozwiązywania.
Tego wszystkiego nie nabywa się z dnia na dzień. Trzeba nawyknąć do ogarniania problemów w całości i do operowania umożliwiającym to językiem. Nawyki takie powinna wytwarzać szkoła i z tego punktu widzenia system nauczania powinien zostać gruntownie zreformowany. Jeszcze na ławie szkolnej uczniowie powinni przyswoić sobie umiejętność operowania takimi pojęciami, jak optymalizacja, korelacja, diagnoza, prognoza, programowanie, sprzężenie, informacja, strategia, decyzja itp., ponieważ przyjdzie im ich używać bez względu na obrany zawód i głównie dzięki nim będą mogli współdziałać z przedstawicielami innych zawodów. To samo dotyczy powszechnego zastosowania środków porozumienia używanych przez techników, a mianowicie schematów, wykresów itp.
Podstaw porozumienia między technikami a innymi specjalistami nie stworzy jednak pseudorozwiązanie, które nazywano „politechnizacją” szkoły, proponowane w przeświadczeniu, że przyszły humanista nabierze większego zrozumienia dla techniki, gdy się go nauczy w szkole jak naprawić dzwonek elektryczny lub bezpiecznik, naostrzyć nóż, wypiłować klucz, zmontować prosty radioodbiornik itp. Nauczanie takiego prymitywu rękodzielniczego jest szerzeniem technicznego zacofania a nie postępu. Współczesna technika jest oparta na specjalizacji. Zamiast grzebać samemu w uszkodzonym radioodbiorniku wzywa się radiotechnika, niesprawny samochód oddaje się do stacji obsługi itd. Ten kierunek jest właściwy, a nie na odwrót, do domowych prządek ze „Strasznego dworu”.

Równie bałamutny jest pogląd, że student politechniki nabierze większego zrozumienia dla humanistyki, gdy sobie od czasu do czasu przeczyta jakiś zbiorek poezji lub weźmie do ręki czasopismo literackie.
Tymczasem ani humanista, który parę razy trzymał w ręku pilnik, nie będzie partnerem technika w dyskusji o technice, ani też technik, który przeczytał parę artykułów Sandauera, nie będzie partnerem humanisty w dyskusji o literaturze.
Podstaw porozumienia trzeba szukać gdzie indziej, a mianowicie w sferze ogólnych pojęć abstrakcyjnych, ponieważ tylko one mogą być wspólne i tylko one są potrzebne do rozwiązywania wspólnych problemów.
Ponadto konieczna jest w szkole integracja nauczania, ukazująca, że istotne problemy nie występują w rozproszkowaniu, według podziału na przedmioty nauczania, lecz stanowią złożone całości. Jednym z najważniejszych zadań szkoły powinno być wyrabianie umiejętności dostrzegania wszystkich istotnych związków w rozwiązywanych problemach i wszystkich ważniejszych następstw podejmowanych decyzji.
To właśnie brak tej umiejętności sprawił, że odbudowę Warszawy rozpoczęto od budynków zamiast od środków transportu miejskiego, że ściąga się turystów zagranicznych nie zbudowawszy dla nich hoteli, że na dworcu kolejowym Warszawa–Powiśle są wiaty nie chroniące pasażerów przed deszczem, że ostatni autokar z lotniska Okęcie odjedzie do miasta zanim nadleci spóźniony samolot itd. On też wyhodował kastę urzędników, których poza przydzielonymi im zadaniami reszta nic nie obchodzi, których reszta ma prawo nie obchodzić, i co gorsza, których reszta nie ma prawa obchodzić. Biurokrata to uboczny produkt poszufladkowanej szkoły.

Leon Petrażycki – Wstęp do nauki prawa i moralności

Leon Petrażycki – Wstęp do nauki prawa i moralności

Poniżej kilka fragmentów z książki Leona Petrażyckiego „Wstęp do nauki prawa i moralności”

Link do wersji w *.rtf  ——–
Link do wersji w *.pdf https://mega.nz/#!AIBFWCJK!ECiQGWcjlKJ7bEoVLe7Tw4KzbaNdAjbQIxka1rGkZKc

Zobacz na:
Jak powstaje norma społeczna
https://forum.wybudzeni.com/index.php?topic=1366.0
To złudzenie optyczne, jak zobaczymy dalej, ma swoje naturalne przyczyny psychologiczne (i stanie się nam zrozumiałe, gdy się zapoznamy z istotą i składem przeżyć prawnych), tak samo jak inne złudzenie optyczne (tu już w znaczeniu literalnym tego wyrazu), które sprawia, że ludzie nieobeznani z astronomią sądzą (a przed Kopernikiem sądziła nawet sama nauka astronomii), jakoby słońce obracało się dokoła nas, rankiem „wschodziło” itd., gdy w rzeczywistości nie słońce obraca się dokoła ziemi, lecz ziemia (i my z nią razem) dokoła słońca, a więc rankiem nie słońce „wschodzi” ku nam, lecz my wznosimy się ku słońcu itd.

Mimo to podobne wyobrażenia i przekonania prawoznawstwa są najzupełniej błędne, tak samo jak wyobrażenia i przekonania dawniejszej astronomii. Nie dość na tym: można powiedzieć, że u podstaw prawoznawstwa współczesnego leży błąd znacznie cięższy od tego, który w swoim czasie hamował pomyślny rozwój astronomii. Albowiem już nawet dawna astronomia zajmowała się przedmiotami realnymi — ziemią, słońcem i innymi ciałami niebieskimi — a myliła się tylko co do właściwego stosunku wzajemnego tych przedmiotów. Błąd zaś, któremu ulega nauka o prawie, jest tego rodzaju, że’zasłania przed jej wzrokiem zjawisko realne, wyłączając wszelką możliwość zbadania go i poznania, a zarazem naraża ją na bezpłodne marnowanie czasu i energii na poszukiwania i badania w takiej dziedzinie, gdzie zjawisk poszukiwanych znaleźć i zbadać nie można, utrwala naukę w wierze, że zjawisko mimo wszystko tam się znajduje, i wskutek tego skłania do dowolnego konstruowania w fantazji rzeczy, które w istocie nie istnieją.
Doktryny prawników i filozofów o prawie, jego elementach, odmianach itd. dają nam właśnie obraz takiej pogoni za przywidzeniami, takiego konstruowania rzeczy nieistniejących w sposób mniej lub więcej pomysłowy i „głęboki”, za pomocą najrozmaitszych środków, jak hipotezy metafizyczne lub mistyczne, przeróżne nieświadome naciągania lub nawet świadome uznawanie rzeczy nierealnych za istniejące z powoływaniem się na to, że bez fikcji nie można rozstrzygnąć zagadnienia itp.; przy tym z biegiem czasu teorie stają się nie tylko coraz bardziej niezgodne między sobą, obfite w twierdzenia sprzeczne, lecz również coraz bardziej niejasne, zawiłe i sztuczne.

W dzisiejszym stanie teorii prawa zagadnienia jej oraz sposoby ich rozstrzygania występują w trojakiej postaci.
Aby przedstawić naocznie charakter ogólny tych zagadnień i ich rozwiązań oraz właściwości trzech ich odmian, przypuśćmy, że logik (lub gramatyk) ma przed sobą zadanie dokonania analizy logicznej (lub gramatycznej) trzech następujących sądów (lub zdań):
1. Służący znajduje się w przedpokoju;
2. Zeus jest królem bogów olimpijskich;
3. Skarb państwa posiada wielki majątek;
i że nasz logik (lub gramatyk) rozwiązuje to zadanie w sposób taki:
Chcąc znaleźć podmiot logiczny (gramatyczny) pierwszego sądu (zdania) wyrusza do przedpokoju, tam szczęśliwym trafem zastaje służącego, przyprowadza go do nas i ogłasza triumfalnie: „Oto podmiot pierwszego sądu (zdania)!” –
Gdy chodzi o podmiot drugiego sądu (zdania), nasz uczony również nie napotyka żadnych trudności: nie będąc poganinem ani człowiekiem bez wykształcenia, nie wierzy przecie w istnienie Zeusa, a wskutek tego, nie tracąc czasu i pieniędzy na wyprawę do Grecji dla przetrząśnięcia obłoków Olimpu, oświadcza z przekonaniem, że w tym wypadku nie ma podmiotu, a w braku podmiotu nie istnieje też sam sąd (zdanie).
Natomiast sprawa podmiotu trzeciego sądu wydaje mu się zagadnieniem wielce zawiłym i subtelnym, i tu zaczyna konstruować i przedstawiać nam rozważania niezmiernie głębokie na temat tego, kto tu jest właściwie podmiotem, przekonywać nas np., że istnieje tu pewnego rodzaju olbrzymi organizm, jakieś nadzwierzę z całym systemem narządów lub coś podobnego.
Rzecz jasna, że wszystkie rozwiązania przytoczone opierają się na błędzie co do tego, gdzie się znajdują podmioty i jak ich szukać należy; podmioty te znajdują się, oczywiście, w samych sądach (w świadomości ludzi, którzy odpowiednie sądy przeżywają), jako ich części składowe, bynajmniej zaś nie gdzieś w przestrzeni poza sądami, w przedpokoju, w obłokach Olimpu itd.
Na gruncie tego nieporozumienia wspólnego i zasadniczego powstały błędne rozwiązania trzech typów:
1) rozwiązanie pierwsze polega na błędnym uznaniu przedmiotu istniejącego rzeczywiście (służącego), lecz znalezionego w sferze niewłaściwej (w przedpokoju), za rzecz poszukiwaną, która naprawdę posiada zupełnie inną naturę i znajduje się w innej całkiem sferze (w samym sądzie); możemy je nazwać naiwnie realistycznym;
2) rozwiązanie drugie polega na błędnym zaprzeczeniu istnienia podmiotu, który istnieje niewątpliwie i może być
łatwo znaleziony w samym sądzie („Zeus jest…” itd.), i w dalszej konsekwencji na zaprzeczeniu istnienia samego sądu, danego do analizy i aktualnie przez nas uświadamianego, a to wskutek niewiary w istnienie przedmiotu, który nie ma żadnego związku ze sprawą i należy do innej zupełnie sfery (żywego Zeusa w obłokach Olimpu w Grecji); możemy je nazwać naiwnie nihilistycznym;                                                                                                                                                                            3) wreszcie rozwiązania trzeciego typu, domysły o istnieniu i naturze przedmiotów obcych zagadnieniu i należących do innej sfery, połączone z konstrukcjami sztucznymi i fantastycznymi — nazwiemy teoriami naiwnie konstrukcyjnymi.

W dalszym ciągu natrafimy na dział nauki o prawie, który ma charakter zupełnie analogiczny do rozważań logiki i gramatyki o elementach sądów (lub zdań), podmiotach, orzeczeniach itp., w szczególności napotkamy zagadnienia i teorie dotyczące podmiotów, którym się przypisuje prawa i obowiązki prawne; i przekonamy się, że teorie te stanowią bardzo ścisłe odbicia przytoczonych wzorów określenia podmiotów logicznych i gramatycznych; poznamy tam błędną doktrynę realistyczną o „fizycznych” podmiotach prawa („żywych jednostkach ludzkich”), poznamy teorie nihilistyczne innych kategorii podmiotów, odmawiające istnienia mnóstwu istniejących w przeszłości i teraz podmiotów, obowiązków i praw, wskutek niewiary w istnienie w świecie zewnętrznym różnych istot, którym psychika prawna rozmaitych narodów przyznawała i przyznaje prawa i obowiązki, poznamy cały szereg teorii konstrukcyjnych na temat skarbu i podobnych mu podmiotów, a w tej liczbie teorię swoistych organizmów ponad indywidualnych,
posługującą się konstrukcjami metafizycznymi odrębnych istot nadzmysłowych itp.
Lecz także inne teorie współczesnej nauki o prawie, te, które nie dotyczą „podmiotów” i nie polegają na wyszukiwaniu lub fantastycznym konstruowaniu różnych istot żywych w dziedzinie fauny ziemskiej — i te również opierają się na tym samym nieporozumieniu zasadniczym i dadzą się sprowadzić do tych samych typów teorii realistycznych, nihilistycznych i konstrukcyjnych, co teorie podmiotów prawa.
Oto np. współczesna teoria norm prawnych, identyfikująca normy z rozkazami (nakazami i zakazami jednych ludzi, skierowanymi do drugich), ma częściowo charakter naiwnie realistyczny, ponieważ w pewnych wypadkach udaje się odnaleźć takie zdarzenia realne (rozkazy), mianowicie gdy ludzie, przeżywając sądy prawne, powołują się na rozkazy wydane przez ludzi, np. przez monarchów; lecz ludzie w swych przekonaniach prawnych powoływali się często w przeszłości i powołują się jeszcze obecnie na rozkazy mające dla nich większą powagę niż rozkazy ludzkie — na rozkazy bogów; współczesna zaś teoria prawa, w przeciwieństwie do nauki prawniczej średniowiecznej, która uwzględniała szeroko ustawy boskie, wierzy w istnienie wyłącznie ludzkiego prawa ustawowego (jest to nihilizm równie błędny, jak niewiara w to, że bogowie mogą być podmiotami prawnymi); w dziedzinie tak zwanego prawa zwyczajowego, gdzie ludzie, przypisując sobie i innym prawa i obowiązki, powołują się nie na czyjekolwiek rozkazy, lecz na to, że „tak czynili przodkowie” lub tym podobne, współczesna teoria prawa stara się mimo wszystko konstruować nieistniejące rozkazy pod nazwą „woli powszechnej narodu” itp. (teorie konstrukcyjne); a niektórzy uczeni nawet w stosunku do ustawodawstwa ludzkiego nie poprzestają na pomieszaniu norm prawnych z aktami ludzkimi, nazywanymi rozkazami, lecz przy pomocy arcymądrych rozumowań i fikcyj tworzą jeszcze konstrukcję zgody powszechnej, uznania tych rozkazów przez wszystkich obywateli (choć w rzeczywistości nie może być mowy nie tylko o uznaniu, lecz nawet o znajomości wszystkich ustaw przez wszystkich obywateli).
Podobne trudności i błędy zachodzą w nauce o obowiązkach, prawach oraz w innych działach teorii prawa.
Wskutek tego takie sądy prawne, jak np.: „Skarb państwa posiada prawo własności do tego a tego lasu w tym a w tym powiecie; wszyscy są obowiązani powstrzymywać się od samowolnego wyrębu…” — stanowią dla współczesnej nauki prawa zbiór całego szeregu łamigłówek i pole do mnóstwa nieporozumień; wypada przede wszystkim Odszukać lub wy-tworzyć sobie w wyobraźni podmiot tego prawa własności, dalej — poddać ten podmiot badaniu, aby znaleźć, co on właściwie posiada, czym jest to jego prawo własności; za podmioty omawianych obowiązków uznaje się wszystkich ludzi (w znaczeniu antropologicznym), a więc i wszystkich Hotentotów, Kafrów i w ogóle tyle miliardów ludzi, ile ich mieści kula ziemska; do nich wszystkich mają się kierować zakazy naruszania prawa własności, z tym łączy się zagadnienie uznania tych zakazów przez wszystkich ludzi; podobne miliardy różnych zdarzeń powstają w tym szczególnym, fantastycznym świecie współczesnych teorii prawnych, z powodu kupna każdego drobiazgu, z powodu prawa własności do pióra, do szpilki…
Wszystkie te dziwne konstrukcje upadną same przez się i wszystkie miliardy zachodzących pozornie zjawisk znikną, gdy się uwolnimy od opisanego złudzenia optycznego. W razie przyznania prawa własności skarbowi, a odpowiedniego obowiązku „wszystkim” — nie dzieje się w istocie nic z tego, co przy tej okazji wynajduje lub wytwarza w wyobraźni swej nauka prawnicza, nie ma miliardów podmiotów ani tyluż obowiązków, zakazów, aktów uznania itp., istnieje natomiast jedno zjawisko prawne w psychice tego człowieka, który przypisuje prawo własności do lasu skarbowi, a obowiązek powstrzymywania się od wyrębu — wszystkim; jest tu całkiem realny podmiot prawa — to, co sobie wyobraża ów człowiek, myśląc o „skarbie”; jest podmiot obowiązku — „wszyscy”, „każdy” itp., czyli to, co on sobie wyobraża, używając zaimków „wszyscy”, „każdy”; mamy tu jeden podmiot (logiczny, czy gramatyczny), który się znajduje w świadomości człowieka przeżywającego sąd prawny, nie zaś mnóstwo podmiotów, rozproszonych po całej kuli ziemskiej, codziennie w wielkich liczbach przychodzących na świat, umierających itd., itd.

§ 3. Naukowa metoda badania zjawisk prawnych i ich elementów
Metodą podstawową badania zjawisk, zarówno fizycznych jak psychicznych, jest, jak powiedziano już wyżej, obserwacja.
Wywody poprzednie wykazały, że zjawiska prawne zachodzą i dają się obserwować bynajmniej nie tam, gdzie nam się to wydaje pod wpływem swoistego złudzenia optycznego, gdy sami przeżywamy sądy prawne i przypisujemy różnym istotom ludzkim i nieludzkim, lub całym ich klasom obowiązki, prawa itp. (powstawanie tych złudzeń będzie wyjaśnione dalej ze stanowiska psychologicznego); zjawiska te zachodzą, wyrażając się obrazowo, znacznie bliżej, bo w nas samych, w naszej świadomości, — w świadomości tego, kto w danej chwili przeżywa myśli podobne. Uwolnienie się od tego złudzenia optycznego co do rzeczywistej sfery istnienia zjawisk prawnych oraz ich elementów, jako zjawisk realnych, usuwa olbrzymią dziedzinę, w której dopatrywaliśmy się pozornego istnienia tych zjawisk i pozornej możliwości ich badania, i olbrzymią ilość pozornych zjawisk prawnych oraz ich elementów; nawet wówczas bowiem, gdy treść przekonania prawnego polega na przyznawaniu wszystkim ludziom pewnych obowiązków i praw w stosunku do wszystkich ludzi, mamy przed sobą jedno jedyne zjawisko prawne — w psychice tego, kto tę myśl przeżywa, nie zaś miliardy miliardów zjawisk prawnych oraz ich elementów, rozproszonych po całej ziemi.
Mimo tak znacznego zmniejszenia ilości zjawisk prawnych i sfery ich istnienia w stosunku do nauki tradycyjnej, mimo uznania za wytwór złudzenia owej nieprzeliczonej masy różnych zdarzeń i stanów prawnych, w których istnienie wierzy ta nauka, jednak i z naszego stanowiska ilość zjawisk prawnych i sfer ich istnienia nie przedstawia się szczupło.
Okazuje się mianowicie z tego stanowiska, że sfer istnienia zjawisk prawnych jest tyle, ile istot żywych, zdolnych do przeżywania i przeżywających odpowiednie akty psychiczne, a ilość zjawisk prawnych równa się ilości tych przeżyć.
Istnieją dane do twierdzenia, że spomiędzy bardzo licznych na ziemi gatunków istot obdarzonych życiem psychicznym (zwierząt) jeden tylko wyróżnia się zdolnością do przeżywania tych skomplikowanych procesów psychicznych, jakie stanowią zjawiska prawne — mianowicie homo sapiens, człowiek; że w granicach tego gatunku wytworzenie się zdolności do przeżywania procesów psychicznych typu prawnego, a więc powstanie zjawisk prawnych nastąpiło dopiero po osiągnięciu pewnego dość wysokiego w porównaniu do innych zwierząt poziomu kultury psychicznej, a w szczególności pewnych postępów językowych; że wreszcie i dziś jeszcze nie wszyscy ludzie zdolni są do przeżywania aktów prawnych, lecz tylko ci, co osiągnęli pewien wiek i ulegli pewnym wpływom wychowawczym.
Skądinąd jednak pewne dane przemawiają też za tym, że wszyscy ludzie nie mający pewnych szczególnych wad cielesnych i duchowych (jak głuchoniemota wrodzona, idiotyzm) i wychowani w zwykłych warunkach życia ludzkiego (chociażby nawet w środowisku przestępców), osiągają zdolność do przeżyć prawnych już w wieku bardzo wczesnym, znacznie wcześniejszym od pełnoletności; a zatem nie tylko ludzie dorośli (a w ich liczbie także ludzie o typie wybitnie nawet zbrodniczym), lecz nawet np. dzieci dziesięcioletnie, z nielicznymi stosunkowo wyjątkami, przeżywają procesy psychiczne typu prawnego.
Jakkolwiek bądź ilość zjawisk prawnych i sfer ich istnienia okaże się bardzo znaczna, nawet wówczas, gdy złożymy do archiwum błędów ludzkich to wszystko, co wypełnia fantastyczny świat współczesnej teorii prawa, a skierujemy się ku faktom, ku autentycznym zjawiskom prawnym, zachodzącym w rzeczywistości. Lecz liczbę tę wypada znów poddać olbrzymiej redukcji, o ile chodzi nie o samo istnienie zjawisk prawnych, lecz o ich bezpośrednie i wiaro- godne poznanie i zbadanie przez obserwację.
Albowiem, wobec niezdolności naszej do widzenia lub obserwowania w inny sposób tego, co się dzieje w obcej duszy (w świadomości innych ludzi), niedostępne są absolutnie dla naszej obserwacji wszystkie sfery istnienia zjawisk prawnych (zarówno jak wszystkich w ogóle zjawisk psychicznych), z wyjątkiem jednej — z wyjątkiem naszej własnej psychiki, świadomości naszego własnego „ja”.
Wynika stąd, że za właściwy i jedynie możliwy sposób obserwacji zjawisk prawnych należy uznać metodę samo-obserwacji, czyli introspekcji.
Przez introspekcję, czyli samoobserwację w znaczeniu ogólnym, należy rozumieć zarówno skierowywanie uwagi wewnętrznej na badane zjawisko psychiczne w chwili gdy je przeżywamy — samoobserwację w znaczeniu ścisłym (np. obserwację głodu, pragnienia, bólu zęba w czasie doznawania tych przeżyć psychicznych), jak też obserwację wewnętrzną wyobrażeń, czyli „obrazów” aktów tego rodzaju, przeżytych poprzednio (np. wspomnień wczorajszego bólu zęba).
Wszelka obserwacja, a więc i subiektywna, introspekcyjna, może być zwykła albo eksperymentalna. Przez metodę eksperymentalną rozumieć należy obserwację, połączoną z świadomym oddziaływaniem na zjawiska badane, z zastosowaniem pewnych środków w celu ich wywołania, modyfikacji lub przerwania. Jeżeli oddziaływanie stosuje się do zjawisk, badanych za pomocą obserwacji wewnętrznej, subiektywnej, to mamy do czynienia z samoobserwacją eksperymentalną, z metodą eksperymentalno-introspekcyjną.
Nie należy sądzić, aby do zastosowania metody eksperymentalnej konieczne były specjalne laboratoria, maszyny lub inne narzędzia przeznaczone specjalnie do badań naukowych.
Kiedy ktoś dla zbadania bólu sprawi sobie ból ukłuciem szpilki, dla zbadania głodu pozbawi się obiadu, dla zbadania ciekawości zacznie czytać powieść, utrzymującą czytelnika w napiętym oczekiwaniu końca, dla zbadania gniewu poprosi znajomego, aby go kiedyś, niespodziewanie dla niego, rozmyślnie wprawił w złość, a zaraz potem przypomniał mu, że spełnia tylko jego prośbę — we wszystkich tych wypadkach mamy do czynienia z metodą eksperymentalną badania zjawisk psychicznych.
Metoda ta nie wymaga nawet koniecznie jakichś środków i oddziaływań zewnętrznych. Można leżeć nieruchomo na kanapie z zamkniętymi oczami i wykonywać nad sobą całe szeregi doświadczeń psychologicznych, odpowiadających zasadzie metody eksperymentalnej. Np. do zbadania wstydu, dumy, ambicji, wdzięczności, obrażonej godności, zazdrości itp. nadają się znakomicie doświadczenia, polegające na wytwarzaniu w wyobraźni możliwie żywych obrazów takich sytuacji, które wywołują wspomniane odmiany wzruszeń. Tego rodzaju doświadczenia możemy nazwać eksperymentami wewnętrznymi.
Wszystkie opisane odmiany metody introspekcyjnej mogą być zastosowane do badania zjawisk prawnych.
Składnikiem istotnym przeżyć prawnych są pewne akty psychiczne (podrażnienia popędowe, patrz niżej), które w normalnym przebiegu przeżyć prawnych mają natężenie słabe i przechodzą niepostrzeżenie, a w każdym razie poddają się z trudnością obserwacji. Ponieważ nie znając tego istotnego elementu przeżyć prawnych, nie można poznać, czym jest w istocie swej prawo, jakie są jego cechy, jak i dlaczego wpływa ono w charakterze pobudki na nasze postępowanie itp., przeto jest rzeczą bardzo ważną osiągnąć takie wzmożenie intensywności tych aktów, dzięki któremu stają się one bardziej wyraźne i podatne do badania. I oto szczególnie cenne usługi może tu oddać metoda eksperymentalna, a w szczególności doświadczenia podobne do przytoczonych powyżej: jest rzeczą pożyteczną czytać powieści lub artykuły dziennikarskie, które malują w sposób żywy wypadki „oburzającej” samowoli i pogwałcenia czyichś praw „świętych”- i niewątpliwych, piętnują lekceważenie „sprawiedliwych” żądań itp.; postawić się, w wyobraźni, w roli człowieka walczącego z silną pokusą naruszenia, zwalczania lub „gwałcenia” w inny sposób czyichś praw niewątpliwych i „świętych”, albo w roli ofiary czyjegoś gwałtu i bezprawia; prosić przyjaciół, aby doprowadzili nas (w celach eksperymentalnych) do stanu zapału lub oburzenia na tle przekonań prawnych; takie i tym podobne zabiegi doświadczalne dają nam możność obserwowania i badania aktów psychicznych, charakterystycznych dla prawa, w różnych formach i stopniach napięcia, aż do gwałtownego wzburzenia.
Za pomocą doświadczeń podobnych można się również zapoznać z podrażnieniami popędowymi pokrewnego typu, właściwymi moralności, a przez porównanie wyników obu szeregów doświadczeń poznać różnicę, dotychczas nie ustaloną, między moralnością a prawem.
Metoda introspekcyjna — samoobserwacja zwykła i eksperymentalna — stanowi nie tylko jedyny środek obserwacji i poznania zjawisk prawnych (i moralnych) w sposób bezpośredni i wiarogodny, lecz zarazem środek, bez którego jakiekolwiek poznanie zjawisk prawnych (i moralnych) jest niemożliwe.
Naszemu poznaniu dostępne są w ogóle te tylko kategorie zjawisk psychicznych, które czerpiemy z dziejów naszego „ja” duchowego, które znamy dlatego, że je sami przeżywaliśmy; inne zaś kategorie zjawisk psychicznych — a może ich być bardzo wiele, są dla nas absolutnie niepoznawalne. Ten, kto by nie znał z własnego życia psychicznego głodu, pragnienia, radości, gniewu — byłby pozbawiony wszelkiej możności poznania tych zjawisk psychicznych, mimo że inni je znają i przeżywają; dlatego też nie mógłby również rozumieć odpowiednich działań innych ludzi, ich gestów, mowy itp. Gdyby ktoś zaczął wobec takiego osobnika skakać z radości lub rzucać się na kogoś z pięściami z gniewu, ruchy te stanowiłyby dla niego zagadkę nierozwiązalną, skoro sam nigdy nie przeżywał radości i gniewu; osobnik taki przypuszczałby, być może, że te dziwne konwulsyjne ruchy wywołuje jakaś szczególna choroba, albo też zacząłby snuć różne przypuszczenia o działaniu czynników psychicznych, znanych mu z własnego doświadczenia wewnętrznego — lecz wszystko to stanowiłoby z konieczności tylko dowolne i nietrafne domysły.
To samo stosuje się do zjawisk prawnych. Człowiek cierpiący na absolutny idiotyzm prawny, tj. na całkowitą niezdolność przeżywania aktów psychicznych typu prawnego, byłby pozbawiony wszelkiej możności poznania, czym jest w istocie swej prawo, i zrozumienia działań ludzkich przez prawo wywoływanych. Słysząc wyraz ,,prawo” i widząc, że w społeczności ludzkiej czyni się wiele rzeczy z powołaniem się na „prawo” i na jego „wymagania” — osobnik taki wytworzyłby sobie, być może, pewną swoistą interpretację tych wyrażeń i działań: przypuściłby np., że oto silni kierują we własnym interesie do słabych i bezbronnych jakieś rozkazy, poparte odpowiednimi groźbami na wypadek nieposłuszeństwa, a słabi spełniają te groźne rozkazy ze względów celowości (dla uniknięcia wykonania groźby), jak to bywa między zbójcami a bezbronnymi podróżnymi, lecz hipoteza taka nie miałaby nic wspólnego ze zrozumieniem właściwej istoty prawa.
Podobna nieznajomość lub błędna interpretacji różnych odmian procesów psychicznych oraz podobne niezrozumienie znaczenia i motywów odpowiednich działań ludzkich zdarzają się również ludziom, nie cierpiącym na żadne kalectwo psychiczne, a nawet wybitnym uczonym i myślicielom, jeżeli nie wiedzą oni, gdzie i jak można poznać zjawiska danego rodzaju, i stosują błędną metodę zamiast właściwej (introspekcyjnej), albo jeżeli tworzą dowolne formuły i teorie bez żadnej metody naukowej; a takie właśnie jest stanowisko prawoznawstwa w stosunku do prawa pod wpływem opisanego wyżej złudzenia optycznego.
Gdy jednak, stosując właściwe środki badania, czyli introspekcję zwykłą i eksperymentalną, osiągniemy znajomość przeżyć psychicznych pewnego typu, wówczas pozyskamy środek do zdobywania wiadomości (wprawdzie tylko pośrednich i mniej lub więcej hipotetycznych) co do zjawisk tegoż rodzaju, zachodzących w psychice innych ludzi; psychika cudza w danej dziedzinie przestanie stanowić dla nas bezwzględnie niedostępną tajemnicę.
Albowiem nasze przeżycia wewnętrzne, jak np. gniew lub radość, nieraz przyczynowo wywołują rozmaite ruchy ciała, dostępne dla obserwacji zewnętrznej. Tu należą, w szczególności, ruchy, które wykonywamy, aby zakomunikować innym jakiś nasz stan albo proces psychiczny (mimika, wypowiadanie i pisanie słów itp.). W drodze analogii, obserwując takie czynności cudze, możemy przypuszczać z mniejszym lub większym prawdopodobieństwem, że wywołują je akty psychiczne, podobne do naszych.
Stopień prawdopodobieństwa takich przypuszczeń, opartych na tak zwanym wnioskowaniu przez analogię, zależy od rozmaitych okoliczności: od tego, czy mamy do czynienia z człowiekiem prawdomównym, czy też skłonnym do nieszczerości i fałszu; czy w danym wypadku istnieją jakieś specjalne powody do przewidywania nieszczerości (jak np. u oskarżonego przed sądem), czy podstaw do tego nie ma; czy dane ruchy, a między innymi wymawiane wyrazy, odpowiadają zwykle jednemu określonemu typowi procesów psychicznych, czy też stanowią jednakowe objawy zewnętrzne różnych przeżyć wewnętrznych, itd.
Wobec tego, chcąc badać naukowo cudze przeżycia psychiczne, należy nie tylko posiadać znajomość naukową podobnych przeżyć własnych, lecz poza tym poddać krytyce naukowej wartość ruchów cudzych (a w ich liczbie mowy ustnej i pisanej) jako danych faktycznych do wnioskowania o procesach psychicznych pewnego typu.
Za surogat, mniej lub więcej wartościowy, naszych własnych obserwacji nad ruchami innych ludzi mogą służyć przy badaniu cudzych przeżyć psychicznych posiadane przez nas relacje innych osób (np. kronikarzy, biografów, podróżników), dotyczące widzianych przez nich czynów, słyszanych mów itp.
Wykorzystanie naukowe takich danych („tradycji” jako surogatu „autopsji”) wymaga, naturalnie, krytyki podwójnej, a mianowicie, prócz krytyki wspomnianej poprzednio, jeszcze krytyki wiarogodności samych relacji (jeżeli zaś relacje pochodzą z drugiej ręki, zachodzi potrzeba krytyki potrójnej, a prawdopodobieństwo błędów staje się jeszcze większe).
W nauce psychologii uznaje się za tezę niewzruszoną, że przypuszczenia co do cudzych przeżyć psychicznych dokonywane są zawsze w formie logicznych wniosków przez analogię na podstawie znajomości stanów i ruchów:
1) naszych wewnętrznych,
2) naszych zewnętrznych i
3) cudzych zewnętrznych.

Teza ta nie jest zupełnie słuszna. Badając objawy zewnętrzne przeżyć psychicznych pewnej kategorii, możemy stwierdzić wśród tych objawów prawidłowości rozciągające się na ludzi pewnej klasy (np. naród, rasę), na ludzi w ogóle lub nawet na ludzi i zwierzęta. Np. na podstawie odpowiednich badań dałoby się ustalić nie tylko w stosunku do ludzi, lecz nawet w stosunku do ludzi i zwierząt (zresztą nie wszystkich gatunków), wiele twierdzeń ogólnych
0 objawach fizycznych (fizjologicznych) apetytu, gniewu, strachu itp. Po zdobyciu takich wiadomości ogólnych posiadamy już przesłanki do wniosków dedukcyjnych w wypadkach konkretnych, to znaczy do wnioskowania nie przez analogię między naszymi i cudzymi ruchami indywidualnymi, lecz przez podciągnięcie cudzych ruchów konkretnych pod odpowiednie twierdzenia ogólne.
Pragnąc osiągnąć gruntowne poznanie naukowe, należy dążyć usilnie do stosowania drugiej z tych metod, a w tym celu starać się o zdobywanie w sposób naukowy twierdzeń ogólnych o objawach zewnętrznych przeżyć psychicznych poszczególnych kategorii.
Lecz w każdym razie jest rzeczą niewątpliwie słuszną, że warunek konieczny poznania cudzych przeżyć psychicznych stanowi poznanie introspekcyjne przeżyć tejże kategorii samego badacza, połączone ze znajomością objawów zewnętrznych tych przeżyć. Odpowiednią metodę poznania naukowego możemy zatem nazwać metodą połączoną obserwacji wewnętrznej i zewnętrznej. Nie ma potrzeby wyjaśniać specjalnie, że obserwacja zewnętrzna, stanowiąca część składową tej metody, może być, tak samo jak obserwacja wewnętrzna, zarówno prostą, jak eksperymentalną. eksperymentalną.
Wszystko, co powiedziano wyżej o metodzie połączonej, może i powinno być zastosowane do badania zjawisk prawnych. W szczególności ważnym zadaniem przyszłego badania naukowego tych zjawisk powinno być jak najdokładniejsze zbadanie rozmaitych objawów zewnętrznych przeżyć prawnych, stwierdzenie różnic dzielących je od objawów przeżyć pokrewnych (zwłaszcza moralnych) itd. — a to w celu zdobycia podstawy naukowej do badania cudzych przeżyć prawnych (w szczególności przeżyć ludzi, żyjących w epokach dawniejszych, na niższych poziomach rozwoju kulturalnego itp.).

*

Wyraz „prawo” ma faktycznie dwie odrębne sfery zastosowania: jedną względnie obszerną — w języku potocznym, w zwykłej mowie powszedniej, i drugą, w stosunku do tamtej bardzo ciasną — w terminologii zawodowej ludzi, mających do czynienia specjalnie z ustawami, sądami, procesami itp., w języku fachowym sędziów, prokuratorów, adwokatów, słowem prawników w ogóle.
Przysłuchując się rozmowom ludzi dorosłych lub dzieci, bawiących się w jakąś grę, np. w piłkę, szachy, warcaby, karty, przekonalibyśmy się łatwo, że gry te roją się wprost od „praw” wszelakiej treści, że grający przypisują sobie i swym partnerom mnóstwo rozmaitych praw, które bywają zwykle szanowane i bezspornie zachowywane, czasem zaś kwestionowane i naruszane (por. np. prawo do bicia króla asem, damy królem, obcego koloru atutem, prawo domagania się kolejności w wychodzeniu, w rozdawaniu kart, prawo żądania, aby karty były rozdane powtórnie w razie odkrycia ważnej karty lub innej jakiejś nieprawidłowości itp., itp.); żadne jednak z tych niezliczonych praw nie zasłużyłoby na nazwę prawa w sali posiedzeń sądowych i w ogóle ze stanowiska terminologii zawodowej prawników. Tak samo rzecz się ma z niezliczonymi „prawami” zaproszonego szanownego gościa w stosunku do gospodarzy, z prawem do miejsca honorowego niekiedy pierwszego przy stole oraz do innych oznak uwagi i szacunku, z prawami przyznawanymi sobie nawzajem, przez kolegów (np. w szkole), przyjaciół, zakochanych, na tle stosunków koleżeńskich, przyjacielskich, miłosnych, np. z prawem do wierności, do szczerości, do tysięcy różnych usług i dowodów miłości itp., itp. Na każdy tysiąc wypadków stosowania wyrazu „prawo” w zwykłej mowie potocznej przy-padłoby bodaj nie więcej, lub może nawet mniej niż jeden wypadek użycia tego wyrazu ze stanowiska terminologii zawodowej.
Prawnicy kierują się zwyczajami zawodowej terminologii prawniczej również w swoich próbach rozstrzygnięcia pytania, czym jest prawo. Uznają za prawo, za „prawo niewątpliwe”, to wszystko i tylko to, co się przyzwyczaili nazywać prawem jako prawnicy. Wszystko inne stanowi z ich punktu widzenia nieprawo, „niewątpliwie nie-prawo”. Co się zaś tyczy odmiennego stosowania wyrazu „prawo” w języku potocznym, to prawnicy zwykle go nie dostrzegają lub nie biorą go pod uwagę; jeżeli zaś przypadkiem z nim się spotkają, to uznają je za zjawisko nie zasługujące na uwagę lub za niewłaściwe użycie wyrazu, za błędne nazywanie prawem tego, co w istocie prawem nie jest.
W rzeczywistości jeden zwyczaj terminologiczny przeciwstawia się tu drugiemu, z nim niezgodnemu, i nie mamy żadnych podstaw, aby uznawać potoczny zakres stosowania wyrazu „prawo” za błędny. Jeżeli prawnik uważa za rzeczywiste prawo to, co się sam przyzwyczaił prawem nazywać, to zaś, co nazywają prawem nieprawnicy, uznaje nie za prawo, lecz za coś niewłaściwie tak nazywanego, to stanowiska takiego nie można usprawiedliwić ani uzasadnić, lecz tylko wyjaśnić przyczynowo jako swoiste zjawisko psychiczne. Zapoznaliśmy się już wyżej z błędem, któremu łatwo się poddajemy pod wpływem przyzwyczajeń terminologicznych, a który polega na tym, że nasze własne przyzwyczajenie do nazywania pewnych przedmiotów określoną nazwą przekształca się w naszej świadomości w coś właściwego samym przedmiotom, tak jakby te przedmioty były z samej swej natury tym, czym je nazywamy, np. „stołami”, „krzesłami”, „prawem”. Pod wpływem tego błędu stosowanie przez innych tejże nazwy do przedmiotów, których nie zwykliśmy nią oznaczać, może nam się łatwo wydać przyznawaniem tym przedmiotom czegoś, co im nie jest z natury właściwe. Albo też wytwarza się zjawisko takie, że ową terminologię cudzą, niezgodną z naszymi nawyknieniami, pojmujemy i kwalifikujemy jako oznaczanie nazwą, naszej zaś własnej (pod wpływem wskazanego trwałego skojarzenia) tak nie kwalifikujemy, lecz uznajemy ją za coś bardziej poważnego i istotnego, za właściwą i wiarogodną wiedzę, że dane przedmioty są czymś (np. prawem) same przez się, inne zaś są czymś innym (np. moralnością, lecz w żadnym razie nie prawem).
Jakkolwiek bądź prawnicy opierają się przy wyborze konkretnych przykładów prawa dla celów definicji na nawyknieniach terminologii zawodowej, „prawniczej”, te zaś bardzo obszerne dziedziny, do których stosuje wyraz „prawo” język potoczny, zaliczają do nie-prawa, do „obyczajów”, „przepisów konwencjonalnych” itp. I tenże sam sprawdzian, to znaczy sprawdzian nawyknień terminologicznych zawodowych, stosuje prawoznawstwo przy formowaniu innych pojęć ogólnych.
Zaznaczyć należy, że moment ten stanowi godną uwagi właściwość nauki o prawie, odróżniającą ją od nauki o moralności i innych nauk społecznych, które nie są związane z żadnym określonym zawodem społecznym i nie poddają się wpływom jakiejkolwiek terminologii praktyczno-zawodowej, lecz przy określaniu swych pojęć najwyższych (np. pojęć moralności, społeczeństwa, zjawiska gospodarczego) oraz dalszych absolutnie lub względnie od nich zależnych, opierają się na przyzwyczajeniach terminologicznych mowy potocznej.
Jakie z tej właściwości prawoznawstwa płyną konsekwencje, to się okaże z dalszych rozważań. Tymczasem możemy bądź co bądź stwierdzić, że podejrzenie, rzucane na ogół badaczy, pracujących nad definicjami prawa, moralności itp., jakoby dopuszczali się dziwnych i błędnych logicznie manipulacji w postaci dobierania przedmiotów według cech z góry przygotowanych, aby następnie z triumfem odnajdywać te cechy w tychże przedmiotach, nie jest uzasadnione i opiera się na nie dość uważnym badaniu istotnego stanu rzeczy.
W rzeczywistości tworzenie pojęć i uzasadnianie wysuwanych definicji (o ile autorowie je w ogóle podejmują) opiera się na przyzwyczajeniach językowych, ogólno potocznych lub zawodowych. Stosowanie tych sprawdzianów łączy się często z mylnym pojmowaniem ich istoty, z błędnym przekonaniem, jakoby dobór przedmiotów oparty był na ich cechach obiektywnych, siła subiektywnego przyzwyczajenia do oznaczania nazwą wytwarza złudzenie, że dane przedmioty „niewątpliwie” posiadają odpowiednią naturę itp.; natomiast same sprawdziany nie tylko wolne są całkowicie od niedorzecznego obracania się w błędnym kole, lecz nie zawierają w sobie w ogóle żadnego naruszenia zasad logiki ludzkiej, żadnego absurdu logicznego.
Jednakże, uznając nienaganność logiczną samych tych sprawdzianów, można i należy mimo to postawić pytanie, czy sprawdziany te, tj. przyzwyczajenia terminologiczne potoczne lub zawodowe, odpowiadają zadaniom tworzenia naukowych pojęć klasowych i nadają się do poprawnego rozwiązania tych zadań.

Poprawna odpowiedź na to pytanie brzmiałaby, naszym zdaniem, jak następuje.
1. Rozważania na temat, jakie przedmioty są oznaczane pewną nazwą, np. nazwą prawa, moralności, gospodarstwa, wartości, pracy itp., w poszczególnych sferach językowych, a więc w języku potocznym, w dziedzinie pewnego zawodu specjalnego lub tym podobne, mogą mieć charakter najzupełniej poważny i naukowy, a nawet odpowiadać najzupełniej swemu zadaniu, to znaczy rozstrzygać w sposób naukowy zagadnienia poprawnie postawione, jeżeli samo zagadnienie ma charakter lingwistyczny, dotyczy wyrazów, jako swoistych znaków symbolicznych, a mianowicie terminów ogólnych i ich stosowania. Wskutek tego np., gdy językoznawca, układający słownik, przeprowadza w stosunku do wyrazów „moralność”, „moralny”, „prawo” lub tym podobne. badania nad dziedziną ich stosowania i wyniki osiągnięte umieszcza w swym słowniku pod odpowiednimi wyrazami, to postępowanie jego jest całkowicie poprawne i niczego innego wymagać od niego nie można. W takim słowniku pod wyrazem „prawo” należałoby, jak widać z uwag poprzednich, wskazać na ujawniający się tu dualizm językowy, na istnienie dwóch różnych co do wielkości dziedzin stosowania tego wyrazu (oczywiście, nie kwalifikując żadnej z tych dwóch odmiennych terminologii jako błędnej, opartej na nieznajomości właściwej istoty prawa)

2. Dokonywanie podobnych badań, niezależnie od tego, czy dotyczą one języka potocznego, czy też jakiegokolwiek specjalnego (np. prowincjonalnego, klasowego, zawodowego), bez świadomości, że się rozstrzyga zagadnienia językoznawcze, lecz przeciwnie, z przekonaniem, że się dokonywa właściwych badań naukowych, tworzenia i uzasadniania pojęcia centralnego lub innego pojęcia klasowego dla nauki o prawie, moralności, państwie itp. — opiera się na nieporozumieniu i stanowi pomieszanie dwóch najzupełniej różnych zagadnień, dwóch odrębnych dziedzin poznania ludzkiego; należy bowiem odróżniać zagadnienia, mające za przedmiot wyrazy, czyli nazwy od zagadnień, mających za przedmiot zjawiska, dla których tworzą się w różnych dziedzinach językowych takie lub inne nazwy (odmienne w różnych językach, a nieraz nawet w różnych warstwach jednego narodu.)
Czynność ustalania pojęć, mających być pojęciami podstawowymi dla nauk mniej lub więcej obszernych, dla ich działów i dalszych systematycznych poddziałów, ma do spełnienia niezmiernie ważne zadanie stworzenia i określenia takich klas przedmiotów, które by się nadawały do wypowiedzenia o nich twierdzeń naukowych i systematycznego ustosunkowania wzajemnego tych twierdzeń.
Tych zagadnień nie rozwiązują, a nawet wcale nie dotykają rozważania na temat, co bywa oznaczane pewną nazwą w tej czy innej dziedzinie językowej, niezależnie od tego, czy tą dziedziną będzie język jakiegoś narodu, czy też specjalne narzecze lub żargon jakiejś dzielnicy, grupy zawodowej lub tp.
Dlatego też, gdyby się nawet prawnikowi udało odpowiedzieć poprawnie na pytanie „co to jest prawo?” w znaczeniu: „czym jest to, co prawnicy zwykli nazywać prawem?”, mimo to zagadnienie, bez którego rozwiązania niemożliwe jest stworzenie nauki o prawie, pozostałoby jeszcze nierozstrzygnięte. Ustalona na tym gruncie odpowiedź nadawałaby się do umieszczenia w słowniku językowym pod wyrazem „prawo”, lecz nie stanowiłaby definicji pojęcia centralnego, na którym można by oprzeć naukę o prawie.
W rzeczywistości nawet takiej odpowiedzi, wyjaśniającej zakres stosowania wyrazu „prawo” w zawodowym języku prawniczym, nie udało się dotąd jeszcze znaleźć; i to byłoby rzeczą najzupełniej zrozumiałą i naturalną, gdyby nawet inne błędy nie stały na przeszkodzie należytemu poznaniu zjawisk prawnych — ze względu na samą istotę zagadnienia, jakie usiłują rozwiązać prawnicy.
Mianowicie istota tego zagadnienia polega na tym, aby znaleźć cechy wspólne i specyficzne tych wszystkich przedmiotów, które w zawodowym języku prawniczym nazywane są prawem. Otóż w stosunku do tego zagadnienia można i należy przewidywać z góry, nawet przed bliższym zbadaniem samych przedmiotów, że w takiej formie wyłącza ono możliwość wszelkiego rozwiązania, gdyż równa się żądaniu znalezienia czegoś, co nie istnieje, zawiera w sobie sprzeczność wewnętrzną.
Samo postawienie podobnego zagadnienia możliwe jest tylko na gruncie wiary, że przyzwyczajeniom zawodowym do stosowania nazwy „prawo” odpowiada obiektywnie odrębna klasa zjawisk jednorodnych; lecz taka wiara jest ze stanowiska naukowego najzupełniej nie uzasadniona.
Terminologia zawodowa przystosowuje się w sposób naturalny do specjalnych potrzeb i celów praktycznych, właściwych danej odrębnej dziedzinie życia praktycznego. Ze stanowiska takich potrzeb i celów mogą mieć znaczenie i wartość jednakową, oraz wymagać jednakowego do siebie stosunku praktycznego (postępowania) przedmioty najbardziej różnorodne w swych cechach obiektywnych, przedmioty zaś jednorodne mogą mieć znaczenie różne i wymagać różnego do siebie stosunku praktycznego. Do tego się przystosowuje odpowiednia terminologia praktyczna, łącząc rzeczy różnorodne i rozdzielając jednorodne, i kierując się przy tym wyłącznie względami dogodności ze stanowiska danej potrzeby i celu. Oto chociażby ze stanowiska kulinarnego, kucharskiego, najróżnorodniejsze rośliny lub nawet części roślin różnych rodzajów i gatunków bywają łączone w jedną grupę i otrzymują wspólną nazwę, np. „jarzyn”, „włoszczyzny” lub tp., a to dlatego, że wszystkie są cenione jako materiał do przyrządzania potraw lub do jakichś specjalnych celów kulinarnych (np. jako przyprawy); niezliczone zaś rośliny wspólnego z nimi rodzaju są z grupy wyłączane i nie otrzymują tej nazwy: jedne dlatego, że są niesmaczne; inne dlatego, że wymagałyby bardzo długiego gotowania lub zabiegów tak zawiłych, że skutek odżywczy lub gastronomiczny nie opłacałby tych trudów; trzecie dlatego, że są kłujące, szorstkie lub tym podobne., czwarte dlatego, że wywołują rozstrój żołądka, bóle głowy lub tp.; piąte dlatego, że opierają się ich użyciu jakieś miejscowe zwyczaje, przesądy, nieznajomość ich właściwości, itp., itp. Gdyby się znalazł uczony botanik, który by podjął zadanie określenia odrębnego gatunku roślin, odpowiadających nazwie kulinarnej „jarzyna”, to oczywiście wysiłki jego byłyby daremne, jakkolwiekby wiele pracy poświęcił na oglądanie, badanie budowy itp. przedmiotów nazywanych „jarzynami” oraz porównywanie ich z innymi przedmiotami „pokrewnymi”; samo zagadnienie przez niego podjęte stanowi swoistą contradictio in adjecto, zawiera w sobie żądanie znalezienia czegoś, co nie istnieje. Ofiarą takiego samego nieporozumienia padłby zoolog, który by postawił sobie za zadanie określenie odrębnego gatunku zwierząt, nazywanego ze stanowiska kulinarnego lub myśliwskiego „zwierzyną”, itd.
Zważywszy na taki charakter nazw, powstałych na gruncie specjalnych zainteresowań praktycznych, ze stanowiska obiektywnego badania naukowego zjawisk różnych klas nie należy obdarzać zawodowych tradycji terminologicznych takim zaufaniem, jakiego udziela nauka o prawie zawodowej terminologii prawniczej, lecz przeciwnie, zachowywać względem nich jak największą nieufność i krytycyzm. Nie tylko bowiem nie możemy uważać za rzecz konieczną i oczywistą, aby utartym terminom zawodowym odpowiadały odrębne grupy przedmiotów jednorodnych co do ich właściwości, lecz nawet należy przypuszczać, że rzecz ma się odwrotnie.
W szczególności w stosunku do pojęcia prawa w znaczeniu prawniczym oraz innych pojęć klasowych nauki o prawie, wobec dzisiejszej struktury tej nauki (tj. wobec uzależnienia ogólnej nauki o prawie i specjalnych dyscyplin prawniczych od utartej terminologii zawodowej) można przewidywać a priori, że te pojęcia nie tylko nie istnieją jeszcze jako pojęcia utworzone i uzasadnione naukowo, lecz nawet nie mogą być znalezione i poprawnie zdefiniowane; istnieje tylko system wyrazów, imion, ściśle mówiąc — przyzwyczajeń do oznaczania nazwami, przystosowanych historycznie do pewnych potrzeb i dogodności specjalnych, różnych zupełnie od zadań naukowych poznania i wyjaśnienia zjawisk. I z tego stanowiska fakt, że prawnicy bezskutecznie dotąd „szukają definicji dla swego pojęcia prawa” oraz dla innych pojęć ogólnych prawoznawstwa, staje się naturalny i zrozumiały.
W ogóle, niezależnie od innych okoliczności, które stawiają nauce o prawie w jej rozwoju przeszkody, jakich nie napotykają inne szczęśliwe nauki, rolę fatalną grała w dziejach tej gałęzi wiedzy ludzkiej i gra dotychczas zależność jej od specjalnego zawodu społecznego i od specjalnej dziedziny działalności zawodowej — jurysprudencji praktycznej, od tzw. „praktyki”, tj. praktyki sądowej itd.
Zależność ta nie pozwala nauce o prawie badać i poznawać prawdy jako takiej, wprowadza do jej rozważań obce względy i punkty widzenia, pozbawiając je obiektywnego charakteru naukowego, zacieśnia jej horyzont naukowy, przyćmiewa i mąci jej wzrok w różnych kierunkach i w różny sposób.

*

§ 5. Tworzenie pojąć klasowych i sprawdziany poprawności pojęć i sądów teoretycznych
Pragnąc rozstrzygać w sposób naukowy zagadnienia polegające na tworzeniu pojęć klasowych, które mają być pojęciami centralnymi i podstawowymi dla całych nauk lub dla ich działów i odgałęzień, należy nie tylk0 odróżniać zasadniczo te zagadnienia od kwestii, co się w pewnej dziedzinie językowej jak nazywa, i unikać starannie mieszania odpowiednich punktów widzenia, odpowiednich danych itp., jako w samej swej istocie najzupełniej odmiennych, lecz przede wszystkim należy uwolnić się całkowicie od wszelkich, własnych lub cudzych nawyknień do oznaczania nazwami przedmiotów należących do badanej dziedziny i całkowicie usunąć na bok kwestie terminologiczne. Klasa i jej pojęcie z jednej strony, a nazwa klasy z drugiej strony, są to rzeczy najzupełniej różne i nie mające ze sobą nic wspólnego, wystrzegać się więc należy pilnie, aby do zagadnień, dotyczących klas i pojęć klasowych, nie wplątywać kwestii wyrazów, imion i oznaczania przedmiotów nazwami.
Czym są klasy i pojęcia klasowe, określiliśmy już poprzednio (str. 74). Z definicji tej widać, że wszelka idea, odpowiadająca schematowi: „wszystko, co posiada cechę a”, stanowi pojęcie klasowe, a wszystkie przedmioty możliwe do pomyślenia (niezależnie od istnienia ich w rzeczywistości), które odpowiadają takiej idei (wszystkie przedmioty posiadające cechę a) stanowią klasę. Np. „wszystko, co jest białe”, „przedmioty czarne”, „rzeczy okrągłe”, „przedmioty długości metra”, „ptaki znoszące złote jaja” — są to klasy, odpowiednie zaś idee są pojęciami klasowymi.
Wynika stąd:
1. że tworzenie pojęć klasowych i klas nie zawiera samo w sobie żadnych świadomych lub nieświadomych błędnych kół (por. wyżej str. 80); podstawiając w miejsce a w formule „wszystko, co posiada cechę a” jakąkolwiek cechę, nie popełniamy błędnego koła ani jakiegokolwiek błędu logicznego w ogóle;
2. że tworzenie pojęć klasowych nie wymaga bynajmniej dokonywania przeglądu jakichkolwiek odpowiadających im przedmiotów dla stwierdzenia, że wszystkie posiadają jakieś cechy wspólne. Przy poprawnym pojmowaniu istoty pojęć klasowych i poprawnej metodzie ich tworzenia okazuje się to nie tylko niewykonalne, lecz najzupełniej zbyteczne, pozbawione sensu. Podstawiając w naszym schemacie jakiekolwiek cechy i tworząc w ten sposób pojęcia klasowe, przez to samo już, bez żadnych dalszych zabiegów osiągamy to, że wszystkie przedmioty odpowiadające naszym pojęciom klasowym będą posiadały cechy wspólne — a to dlatego po prostu, że do danej klasy będą należały tylko te przedmioty, które posiadają to, co obraliśmy za cechę klasy. Np. wszystkie przedmioty odpowiadające utworzonemu przez nas pojęciu „przedmioty białe”,będą posiadały w sposób nieunikniony wspólną cechę białości, a to nie dlatego, żebyśmy przed utworzeniem tego pojęcia wykonali niemożliwą i niedorzeczną pracę obejrzenia wszystkich przedmiotów białych, lecz dlatego, że skoro się utworzyło pojęcie „przedmioty białe”, należy zaliczać do tej klasy, oczywiście, nie przedmioty czarne lub inne, lecz białe i tylko białe. Należy tu zaznaczyć, że wartość pojęć klasowych jako pewnego typu narzędzi myślenia, wykrywania i stosowania prawd polega, jak się to okaże jaśniej z dalszego wykładu, w znacznej mierze na tym, że pojęcia te obejmują również zjawiska przyszłe, dotąd nieistniejące i przez to niemożliwe do zbadania, a wskutek tego stanowią środki przewidywania skutków, jakie wywołać mogą różne możliwe czynniki oddziaływania, a w tej liczbie różne działania świadome. Ze stanowiska reguły tradycyjnej, która wymaga oglądania przedmiotów, mających należeć do klasy, dla stwierdzenia, że wszystkie posiadają cechy wspólne, pojęcia miałyby poniekąd znaczenie wyłącznie retrospektywne, wspomnieniowe.
3. Nie jest również potrzebne dla tworzenia pojęć wykonanie pracy (jeszcze bardziej niemożliwej, jeśli można mówić o stopniach niemożliwości), polegającej na przejrzeniu wszystkich innych przedmiotów, chociażby tylko „pokrewnych”, w celu stwierdzenia cech specyficznych klasy, których inne przedmioty nie posiadają. Przy właściwym pojmowaniu istoty pojęć klasowych i metody ich tworzenia ta praca również okazuje się nie tylko niewykonalną, lecz najzupełniej zbyteczną i pozbawioną sensu. Podstawiając w naszym schemacie jakiekolwiek cechy i tworząc przez to pojęcia klasowe, osiągamy przez to samo, bez żadnych dalszych prac, że wszystkie przedmioty, odpowiadające naszym pojęciom klasowym, będą posiadały cechy specyficzne — a to dlatego po prostu, że wszystkie przedmioty posiadające cechę, którąś my obrali za cechę klasy, będą należały do danej klasy, że przeto poza jej granicami pozostaną tylko przedmioty tej cechy nie posiadające, a więc od przedmiotów naszej klasy odrębne. Np. wszystkie przedmioty odpowiadające utworzonemu przez nas pojęciu „przedmioty białe” będą się z konieczności odróżniały barwą od wszelkich przedmiotów innych, a to nie dlatego, żebyśmy dokonali niemożliwej i niedorzecznej pracy obejrzenia wszystkich innych przedmiotów lub choćby tylko przedmiotów „pokrewnych”, np. jasnoszarych itp., lecz dlatego, że skoro utworzyliśmy klasę „przedmioty białe”, powinniśmy
zaliczać do tej klasy wszystko co jest białe, a nie zaliczać do niej żadnych przedmiotów nie białych.
4. Dwa twierdzenia poprzednie wykazują, że przy poprawnym rozumieniu i tworzeniu pojęć klasowych nie mogą wcale powstawać owe trudności i niepowodzenia, których zwalczanie stanowi główną pracę badaczy, usiłujących bezowocnie ustalić pojęcia prawa, moralności, państwa i wiele innych, a które polegają na tym, że wypada stwierdzać istnienie przedmiotów, „sprzecznych” z wysuwanymi definicjami, np. „norm prawa”, nie posiadających cechy ogłoszonej za cechę wspólną „wszystkim normom prawa”, albo „obyczajów”, posiadających cechę ogłoszoną za cechę odróżniającą „prawo” od „obyczajów”; że jedne przedmioty nie chcą się zmieścić w formule definicyjnej, wypada więc dociągać je do niej gwałtem, za pomocą różnych operacji, bardzo śmiałych i bolesnych pod względem logicznym, inne zaś, nieproszone, same się wtłaczają do ram pojęcia, zmuszając do użycia różnych rozpaczliwych środków, aby im drogę zagrodzić. Przyczyną tych trudności jest brak należytego zrozumienia, na czym polega istota pojęć klasowych i właściwa metoda ich tworzenia oraz (jak powiedziano już wyżej) utożsamianie zagadnienia tworzenia pojęcia z określeniem tego, co w myśl nawyknień językowych pewnej sfery bywa oznaczane pewną nazwą.
Jeżeli, biorąc za punkt wyjścia wyrazy i zakres ich stosowania, zaczniemy zbierać kolekcje przedmiotów, nazywanych w pewien sposób, oraz przedmiotów-, nazywanych inaczej, a następnie szukać cech, obecnych we wszystkich okazach pierwszej grupy o nieobecnych we wszystkich okazach drugiej, to w rezultacie, oczywiście, nieraz musi się zdarzyć, że formuła, wytworzona na podstawie jednych przykładów, nie będzie stosowna dla innych przykładów, w których używa się tego wyrazu. Gdy się zaś tworzy pojęcia klasowe nie według wyrazów i zwyczajów ich stosowania, lecz na podstawie cech przedmiotów, według schematu wyżej wskazanego, wówczas, rzecz jasna, nie mogą się znaleźć żadne przedmioty „sprzeczne” z tak tworzonymi pojęciami.
W ogóle samo tworzenie pojęć, gdy się je należycie rozumie, nie napotyka żadnych szczególnych przeszkód ani trudności i nie wymaga dla ich usunięcia lub obejścia ani żadnych finezji „epistemologicznych” czy innych, ani jakichkolwiek świadomych lub nieświadomych uchybień logicznych. Zamiast dokonywania przeglądu nieprzejrzanej ilości przedmiotów w celu utworzenia jednego pojęcia (w czym się już zawiera pogwałcenie zasad ogólnych logiki ludzkiej), w rzeczywistości wystarcza rzut oka na jakikolwiek jeden przedmiot, aby mieć materiał dostateczny do utworzenia w sposób logicznie najzupełniej poprawny mnóstwa pojęć klasowych — przez podstawianie w ogólnym schemacie definicyjnym najrozmaitszych cech danego przedmiotu (np. przedmioty takiej a takiej formy, takiej a takiej objętości, wagi, składu, barwy itp., itp) Nie potrzeba nawet w tym celu oglądać lub badać czegoś konkretnego. Skądkolwiek i z jakiegokolwiek powodu mogą nam przyjść na myśl wyobrażenia jakichś cech, możemy je przyjąć za cechy klasowe i utworzyć w ten sposób pojęcia klasowe i klasy [Wyliczanie wszelkich możliwych powodów do tworzenia pojęć klasowych, np. wszystkich typów procesów umysłowych, które mogą nam nasuwać koncepcje tych lub innych pojęć (a trzeba by tu uwzględnić nawet sny), stanowiłoby, oczywiście, marnowanie czasu na pracę bezcelową.].
Lecz tu powstaje zagadnienie, wychodzące poza granice zasad ogólnych logiki ludzkiej, mające jednak wielkie znaczenie ze stanowiska nauki i metodologii naukowej.
Bynajmniej nie wszystkie pojęcia klasowe i klasy, nienaganne z ogólnego stanowiska logicznego, mogą mieć wartość dla nauki. Takie np. pojęcia klasowe i klasy, jak „cygara w cenie 50 groszy” lub „wagi 10 gramów”, jak „zwierzęta o długich nogach i krótkim ogonie”, nie uchybiają logice; wartość ich naukowa byłaby jednak więcej niż wątpliwa.
I oto powstaje pytanie: jakie są warunki i sprawdziany wartości pojęć klasowych (zakładając ich poprawność ogólnologiczną) ze stanowiska zadań naukowego poznania i wyjaśnienia zjawisk?
Wiemy już, że tym sprawdzianem nie może być zgodność pojęcia z terminologią potoczną, tym bardziej zaś z zawodową lub inną praktyczną; obecnie jednak wypada wskazać pozytywnie, co należy brać pod uwagę, chcąc tworzyć należyte pojęcia naukowe; co może służyć za obronę i uzasadnienie wartości naukowej pojęć klasowych przez kogoś wysuwanych; co stanowi właściwą miarę dla krytyki naukowej mnóstwa pojęć już istniejących, lecz nie poddanych jeszcze należytej krytyce?
Za odpowiadające zadaniom poznania i wyjaśnienia naukowego zjawisk uznawać należy te pojęcia klasowe i klasy, względem których istnieją lub mogą być utworzone adekwatne teorie naukowe.
Przez teorie rozumiemy tu i w dalszym tekście wypowiadanie jakichś prawd względem klas przedmiotów, niezależnie od tego, czy będą to pojedyncze sądy tego rodzaju, czy mniejsze lub większe ich zbiory, czy całe nauki samodzielne, czy mniejsze lub większe działy takich nauk; np. biologia, socjologia, psychologia są teoriami w naszym rozumieniu, o ile zawierają w sobie lub próbują stworzyć zbiory prawd, dotyczących klas zjawisk życia, społecznych, psychicznych itp. Teorie naukowe są to teorie uzasadnione w sposób świadomie metodyczny (i systematyczny), albo teorie wraz z ich metodycznym uzasadnieniem naukowym.
Wyraz „teoria” bywa stosowany bardzo często, nie posiada jednak ani w języku potocznym, ani w literaturze naukowej, nie wyłączając prawniczej, charakteru nazwy dla określonej klasy, lecz bywa używany w różnych znaczeniach lub bez jakiegokolwiek świadomego znaczenia. Np. Stammler, wypowiadając się w swym dziele najnowszym, Die Lehre von dem richtigen Rechte, 1902, za utworzeniem nowej odrębnej nauki prawnej, która by w przeciwieństwie do istniejących nauk prawnych, badających prawo pozytywne, rozwijała zasady prawa słusznego, właściwego, nadającego się do wywołania pewnych skutków pożądanych (ein gewisser Erfolg) — proponuje dla tej przyszłej nauki nazwę „prawoznawstwa teoretycznego”. Istniejące już dyscypliny prawne wraz z tak zwaną „ogólną nauką o prawie” (allgemeine Rechtslehre oder juristische Prinzipienlehre, str. 4) nazywa „prawoznawstwem technicznym” (technische Rechtslehre, str. 3 i n.). Autor ten wykazuje na ogół niezwykłą w literaturze niemieckiej skłonność do operowania nowymi terminami, swoistymi formułami o brzmieniu nieraz dziw- wnym i zagadkowym, oraz innymi środkami zewnętrznymi, aby w ten sposób nadać pozory oryginalności myślom, które by bez podobnych masek nie sprawiły wrażenia myśli oryginalnych. Np. pogląd, który leży u podstaw pracy Stammlera o stosunku gospodarstwa do prawa, Wirtschaft und Recht, sformułowany w ten sposób, że prawo stanowi „formę”, a zjawiska gospodarcze „materię” życia społecznego, sprowadza się, gdy się zestawi różne ustępy książki i wyrazi rzecz za pomocą terminów bardziej jasnych i określonych, do teorii, która była już wysunięta i uzasadniona w całym szeregu specjalnych badań prawno-ekonomicznych przed ukazaniem się pracy Stammlera, i głosi, że zjawiska ekonomiczne są wytworem motywacji prawnej, pobudek postępowania masowego, pochodzących od prawa; inny przykład, poza mądrą pozornie i zagadkową formułą, jaką Stammler nadaje w tejże pracy swemu ideałowi społecznemu — „społeczność ludzi wolnych w swych dążeniach” (eine Gemeinschaft frei wollender Menschen) — ukrywa się ideał miłości, braku egoizmu, jak to widać z uwag polemicznych autora w tej sprawie pod moim adresem w jego pracy „Das Recht der Schuldverhältnisse 1897, str. 41). Otóż wytworem tejże skłonności zdaje się być również żądanie utworzenia nowej samodzielnej nauki prawnej pod nazwą „prawoznawstwa teoretycznego”; autor unika bardziej naturalnej i stosownej nazwy „polityka prawa”, pod którą proponowano przed nim stworzenie odpowiedniej samodzielnej -dyscypliny metodycznej i systematycznej, i woli termin „teoria prawa”, „prawoznawstwo teoretyczne”. Stało się to możliwe dzięki temu właśnie, że wyraz „teoria” nie ma cechy terminu naukowego o stałym i określonym znaczeniu.
Znaczenie stosunkowo bardziej jasne i określone mają w literaturze naukowej wyrażenia „stanowisko teoretyczne”, „nauki teoretyczne” itp. w tych wypadkach, gdy się im przeciwstawia „stanowisko praktyczne”, „nauki praktyczne”. W takich zestawieniach „stanowisko teoretyczne” oznacza, zgodnie z etymologią wyrazu, stanowisko obserwacji i badania obiektywnego, które stwierdza to co istnieje, tak jak ono istnieje, w odróżnieniu od wyrażania tego co jest pożądane, co być powinno itp. W tym znaczeniu stwierdzenie jakiegoś faktu jednostkowego, np., że Sokrates zmarł od trucizny, będzie również sądem teoretycznym; historia, geografia itp. będą naukami teoretycznymi. Skoro dla przeciwstawienia „stanowisku praktycznemu” nie ma wyrazu lepszego niż „stanowisko teoretyczne”, terminologia ta może być zachowana obok pojęcia i nazwy „teoria”, „teorie” (lub „teoria w znaczeniu ścisłym”) dla oznaczenia sądów obiektywnych o klasach lub zbiorów takich sądów.
Przez „adekwatne” teorie naukowe rozumiemy teorie, w których to, co się wypowiada (orzeczenia logiczne wraz z ich uzasadnieniem) jest prawdziwe w stosunku do tej właśnie klasy przedmiotów, o której jest wypowiedziane (lub pomyślane); jeśli więc o jakimś gatunku danego rodzaju lub o jego podgatunku itp. wypowiada się coś, co w rzeczywistości jest prawdziwe w stosunku do całego rodzaju lub innej klasy szerszej, albo jeśli zachodzi brak ustosunkowania w kierunku odwrotnym, to nie będą to teorie adekwatne w naszym znaczeniu.
Aby zrozumieć, na czym polega istota i wartość naukowa adekwatności teorii w tym znaczeniu, należy zważyć co następuje.
Takie sądy o klasach i teorie w ogóle, a w tej liczbie nawet teorie bardzo obszerne, które by nie zawierały w sobie żadnego fałszu, które by były poprawne w tym tylko znaczeniu, że myśl wypowiedziana w nich nie może być (zasadnie) zaprzeczona w stosunku do wszystkich lub niektórych przedmiotów tej klasy — można by łatwo stwarzać w liczbie nieograniczonej względem wszelkich możliwych klas, chociażby wytworzonych najzupełniej przypadkowo, na chybił trafił.
Np. o klasach: „cygara wagi 10 gramów”, „psy o długich ogonach i krótkich szyjach” itp. dałoby się wypowiedzieć tak wielkie ilości podobnych „prawd”, wytworzyć tak obszerne teorie, że wykład ich mógłby wypełnić wiele grubych tomów. W stosunku do „cygar wagi 10 gramów” można twierdzić, że będąc wprawione w ruch, dążą do zachowania ruchu w tymże kierunku i z jednostajną szybkością (bezwładność), że podlegają przyciąganiu ziemi, spadają (dążą do spadania, jeżeli nie ma tarcia powietrza lub innych komplikacji) według pewnych określonych praw, że ulegają rozszerzeniu od ciepła itd., itd. (patrz treść mechaniki i fizyki w ogóle); można dalej wypowiedzieć mnóstwo twierdzeń prawdziwych o ich składzie chemicznym i odpowiednich właściwościach chemicznych (np. palności, częściowej niepalności itp.), wspólnych im ze względu na wspólnie posiadane elementy składowe (np. węgiel); z powodu ich poszczególnych elementów składowych (w tej liczbie np. nikotyny) można wypowiedzieć poza tym niemało twierdzeń o wpływie ich palenia lub wprowadzania do żołądka przez spożycie, na organizm zwierzęcy lub specjalnie ludzki; następne tomy naszej wyobrażanej „nauki o cygarach wagi 10 gramów” można by zapełnić prawdami charakteru biologicznego ze względu na budowę komórkową liści tytoniowych, których zwitki stanowią cygara; dalej prawdami o charakterze botanicznym, przede wszystkim takimi, którymi się interesują specjaliści ogólnej anatomii roślin itp., następnie takimi, które interesują badaczy działów specjalnych królestwa roślinnego, a na każde stadium, zbliżające nas od bardzo szerokiej klasy „rośliny” do wąskiej stosunkowo klasy „tytoń” można by poświęcić po jednym tomie. Lecz to bynajmniej nie wyczerpuje jeszcze treści możliwej nauki o „cygarach wagi 10 gramów”. Albowiem o tej klasie można by ustalić jeszcze wiele prawd, należących ze względu na swój charakter i kierunek do różnych nauk społecznych, np. do ekonomii politycznej; można by ustalić, że cena rynkowa „cygar wagi 10 gramów” pozostaje w określonej zależności od podaży i popytu, od płacy roboczej, od renty, procentu od kapitału itd., itd. Nawet prawnicy, po stwierdzeniu, że „cygara wagi 10 gramów” należą do „rzeczy ruchomych”, do „rzeczy zamiennych” itp., potrafiliby wzbogacić naszą „naukę” niejedną prawdą. Tego samego rodzaju obszerne „nauki” dałyby się stworzyć o „psach o długich ogonach i krótkich szyjach”, 0 „żołnierzykach ołowianych” itp.
Lecz podobne „nauki” stanowiłyby parodię nauki i wzór naoczny, jak nie należy tworzyć teorii; byłyby ilustracją błędów i uchybień, których należy starannie unikać przy budowaniu teorii naukowych. Nie- naukowość takich teorii, ich kalectwo naukowe polegałoby na ich nieadekwatności, czyli na tym, że to, co się w nich wypowiada (orzeczenia logiczne), byłoby odniesione do klas niewłaściwych, zakreślonych zbyt wąsko, gdy tymczasem orzeczenia te są prawdziwe, lecz powinny być odniesione do klas o szerszym zakresie, np. twierdzenia o bezwładności, o ciążeniu itp. byłyby wypowiedziane tylko o cygarach, a w dodatku jeszcze tylko o cygarach ważących po 10 gramów , albo o psach mających długie ogony i krótkie szyje, gdy w rzeczywistości stosują się do wszystkich ciał fizycznych, a więc do klasy znacznie szerszej.
Teorie takie nie dają istotnego poznania naukowego

Społeczne procesy poznawcze

SPP 01. Społeczne procesy poznawcze – wprowadzenie

Wykład 1.
– Procesy niszczenia polskiej elity
– Rola stereotypów w procesach sterowania

Filmy uzupełniające wykład:

Procesy niszczenia systemu szkolenia polskich elit od 1948 roku

Stereotypy i ich rola w procesach manipulacji społeczeństwem

Trójca Święta opisana przy użyciu metajęzyka aksjomatycznej teorii poznania i ogólnej jakościowej teorii Informacji

Linki do materiałów pomocniczych:

Zarys historii Polski w liczbach
http://old.stat.gov.pl/gus/5840_12479_PLK_HTML.htm

„Polski kodeks honorowy” Władysława Boziewicza,
https://forum.wybudzeni.com/index.php?topic=1539.0

Katechizm Kościoła Katolickiego
http://www.katechizm.opoka.org.pl/

Józef Kossecki „Cybernetyka kultury”
http://www.math.uni.opole.pl/~ebryniarski/cybernetyka%20kultury.pdf

http://www.autonom.edu.pl/ – witryna o cybernetyce wspomniana w trakcie wykładu

SPP 02. Dziedziny ludzkiego poznania wg Mariana Mazura

SPP 03. Zaksjomatyzowany system nauki

SPP 04. Aksjomatyczna teoria poznania

Zobacz na:
Prekursor (1988) Marian Mazur

Jednostronne teorie rozwoju społecznego

Społeczne funkcjonowanie pojęć prawdy i piękna w różnych cywilizacjach

“Zacznij tam gdzie jesteś, użyj tego co masz, zrób co możesz”
Nie negocjuje na rozsądnych warunkach z ludźmi, którzy zamierzają mnie pozbawić rozsądku.

Odp: Myślenie pojęciowe, a myślenie stereotypowe. Ciąg dalszy

Poniżej fragment z książki Mariana Mazura „Cybernetyka i charakter”, który myślę, że pomoże w zrozumieniu o co chodzi z pojęciami i konkretnymi właściwościami pod nimi się kryjącymi oraz z etykietowaniem.

Oddziaływanie wyjściowe systemu jest zależne od oddziaływania wejściowego i od właściwości tego systemu. Czy jeżeli właściwości systemu zmienią się, jest to wciąż ten sam system, czy też przestał istnieć, a został zastąpiony przez inny system?
Jest to pytanie istotne, gdyż w praktyce zmiany właściwości systemów nie tylko zachodzą, ale są nieuniknione, ponieważ przetwarzanie oddziaływań polega na przetwarzaniu energii, a droga przepływu energii ulega zmianą spowodowanym przez ten przepływ. W rezultacie system więc system przetwarza oddziaływania, ale i oddziaływania przetwarzają system.
Koryto rzeki jest systemem przetwarzającym wodę dopływającą w wodę odpływającą, ale i przepływ wody przetwarza koryto rzeki, bo je przecież żłobi. Maszyna przetwarza surowce w wyroby, ale i sama jest przez to przetwarzana, gdyż ulega zużyciu. Alkoholik trawi alkohol, ale i alkohol trawi alkoholika, itd.
Gdyby, traktując sprawę rygorystycznie, uznać, że system istnieje, tzn. jest wciąż tym samym systemem, dopóki jego właściwości pozostają niezmienione, to w konsekwencji nie można byłoby o żadnym systemie mówić, że istnieje. Aby sobie z tym poradzić, trzeba się umówić co do kryteriów identyczności, określających zmiany, których występowania nie będzie się uważać za przeszkodę w traktowaniu systemu jako pozostającego nadal tym samym systemem. Jest to dopuszczalne pod warunkiem, że się ustalonych kryteriów ściśle potem przestrzega. Bywają z tym kłopoty, ale to już cena prostoty metody systemowej. Zaniedbywanie wymienionych wymagań może prowadzić do błędów i nieporozumień.
Aby to poglądowo zilustrować, nawiąże do mitu o wyprawie Tezeusza na Kretę, gdzie to nić Ariadny umożliwiła mu znalezienie drogi powrotnej z labiryntu. Ale nie o tę nić mi chodzi, lecz o statek, na którym Tezeusz odbył wspomnianą wyprawę. Załóżmy, że wybierając się w drogę powrotną i uwożąc ukochaną Ariadnę Tezeusz kazał na jej cześć wymalować na statku napis „Ariadna” (co nie jest prawdą, bo w micie tego nie było, ale sam mit także nie był prawdą, więc nie mamy się czym martwić), toteż tłum kretyńskich gapiów przyglądający się odjazdowi mówił, że odpływa „Ariadna”.

A dalej mogło już być różnie:
1) statek Tezeusza zniósł wyprawę doskonale, a kiedy przypłyną do Aten, mówiono tam, że przypłynęła „Ariadna”;
2) statek Tezeusz zaczął się psuć po drodze, ale mistrzowie ciesielscy wymienili nadwątlone deski na nowe, dzięki czemu statek w należytym stanie dopłyną do Aten, a tam mówiono, że przypłynęła „Ariadna”
3) statek Tezeusza napotkał na burzę i tak się rozklekotał, że zawinięto do najbliższego portu, a tam wyjmując po jednej desce i przenosząc w inne miejsce zmontowano z nich statek, z zachowaniem pierwotnego napisu, po czym już bez przeszkód dopłynięto do Aten, gdzie ludzie powiedzieli, że przypłynęła „Ariadna”;
4) statek Tezeusza przebywał drogę w coraz gorszym stanie, aż stał się wrakiem, który Tezeusz kazał porzucić w najbliższym porcie i zbudować nowy statek, taki sam jak poprzedni i z takim samym napisem, i na nim dopłyną do Aten, gdzie ludzie mówili, że przypłynęła „Ariadna”
5) W drodze Tezeusz przesiadł się na zupełnie inny statek, przemianował go na „Ariadnę”, a gdy przybył do Aten, mówiono, że przypłynęła „Ariadna”
6) statek Tezeusza psuł się w drodze coraz bardziej i w stanie szczątkowym cudem dopłynął do Aten, gdzie mówiono, że przypłynęła „Ariadna”
Nie są to oczywiście wszystkie możliwości (innych sześć można by wyliczyć dla przypadków, w których Tezeusz kazał zmienić napis na jakiś inny), ale poprzestańmy na wymienionych powyżej. Za każdym razem w Atenach mówiono, że przypłynęła „Ariadna”. Ale były to przecież różne „Ariadny”. W którym więc wariancie przypłynęła do Aten ta sama „Ariadna”, na której Tezeusz wyruszył w drogę powrotną?
Większość ludzi ma skłonność wiązania identyczności z autentycznością. W związku z tym identyczność „Ariadny” uznano by za niewątpliwą w wariancie 1, a także w wariancie 6, bo chociaż statek przypłyną zdezelowany, to jednak w tym, co z niego pozostało, wszystkie deski były te same co przy odjeździe. W wariancie 2 byłyby niejakie wątpliwości wobec częściowej wymiany desek na inne. W wariancie 3 wszystkie deski pozostały te same, ale po rozbiórce statek przestał istnieć, więc nie bardzo wiadomo, czy po ponownym zmontowaniu był to nadal ten sam statek. W wariancie 4 powstał inny statek, choć będący kopią pierwotnego. W wariancie 5 dopłynął zupełnie inny statek.
Witający powracającego Tezeusza nic o żadnych deskach nie wiedzieli, więc mówili o przypłynięciu „Ariadny”, kierowali się jedynie napisem, jaki widzieli na statku.
Zupełnie inaczej sprawa się przedstawia z punktu widzenia stosowalności metody systemowej. Chodzi w niej przecież o zachowanie się systemu: oddziaływanie wyjściowe nie zmieni się, jeżeli nie zmienią się właściwości systemu i oddziaływanie wejściowe. W nawiązaniu do przykładu, właściwości statku pozostały nie zmienione w pierwszych czterech wariantach, a okoliczność, czy deski były te same, czy nie, jest bez znaczenia, zgodnie z nastawieniem cybernetyki na określanie jak systemy się zachowują, a nie z czego są wykonane. Odmienne jest zachowanie właśnie „autentycznego” statku z wariantu 6 (i oczywiście statku z wariantu 5), z tego punktu widzenia jest to już inny system.
Do zamętu w pojmowaniu identyczności systemów przyczynia się też, nurtująca wielu ludzi i wszystkich chyba filozofów, sprawa jaźni, jako że każdy człowiek ma odczucie, iż przez całe życie jest ciągle tym samym „ja”, pomimo że wszystkie jego komórki w organizmie podlegają wymianie, i to wielokrotnej (nie ma więc w niej ani jednej „tej samej” deski), a i właściwości zmieniają się znacznie z biegiem życia. Omówienie tej sprawy znajduje się w rozdziale 10.
Na razie powróćmy do pytania, jak traktować system o zmieniających się właściwościach. Jest w gruncie rzeczy sprawą tylko terminologiczną, czy uważać, że jest to nadal ten sam system, czy też ciąg kolejno następujących po sobie systemów, pod warunkiem, że przy określaniu oddziaływań wyjściowych bierze się pod uwagę aktualne właściwości systemu.
Natomiast niebezpieczeństwo tkwi w czym innym. To, co w cybernetyce traktuje się ogólnie za pomocą nazwy „system”, gdzie indziej bywa nazywane rozmaitymi nazwami szczególnymi, np. technik posługuje się nazwami poszczególnych maszyn, fizjolog nazwami poszczególnych zwierząt, socjolog nazwami rodzajów instytucji, itp.
To nie tylko sprawa różnicy między nazwą ogólną a nazwami szczegółowymi. Słysząc zdanie: „jest tu pięć systemów”, cybernetyk uzna je za niewystarczające i zapyta: „jakich systemów?”, oczekując, że w odpowiedzi dowie się, jakie są ich właściwości jako przetworników oddziaływań oraz jakie mają wejścia i wyjścia, a nie zaznaczenie, że właściwości systemu się zmieniły, uznałby za błąd. Dopiero takie informacje wyjaśniają, o co chodzi – bez nich termin „system” nie znaczyłby dla niego więcej niż np. wyraz „coś”.
Natomiast gdy chodzi o używanie nazw szczególnych, nikt takich rygorów nie przestrzega. Na przykład, słysząc zdanie: „Było tam pięcioro dzieci” – nikt się nie zdziwi: „Dzieci? jakich dzieci? „Wiadomo, co to jest dziecko. Nazwy mają swoje odpowiedniki w rzeczywistości, wystarczy więc posługiwać się nazwami, ażeby wszystkim było wiadomo, o czym jest mowa.
Przeświadczenie to jest podłożem ” magii słów ” – na czym ona polega, objaśnię za pomocą zmyślonej przeze mnie tym celu następującej opowiastki.
Przed pięciuset laty założono dwa uniwersytety, jeden w mieście Rogowie, drugi w mieście Makowie, obsadzając je wybitnymi uczonymi. Dalsze jednak losy tych uczelni potoczyły się odmiennymi drogami.
Wkrótce po założeniu Uniwersytetu Rogowskiego jego kadra naukowa uległa rozproszeniu po innych uniwersytetach, a na jej miejsce przyszli ludzie mierni, którzy zostawili po sobie jeszcze gorszych następców, tematycznie przerzucano się na coraz to nowe kierunki, w żadnym nic godnego uwagi nie osiągając, i tak pozostało do dziś.
Natomiast kadra Uniwersytetu Makowskiego zapoczątkowała niezwykle żywą działalność, którą rozwijali równie znakomici następcy, przenosili się tam uczeni z innych uniwersytetów, Uniwersytet Makowski cieszył się międzynarodową renomą, i tak minęło 480 lat. Wówczas rząd uznał, że Maków jest za małym miastem na taką uczelnię, powinna się ona mieścić raczej w Tarnowie, dokąd też przeniesiono prawie całą kadrę i utworzono Uniwersytet Tarnowski.
W rezultacie dziś mówi się o „pięćsetletniej tradycji” Uniwersytetu Rogowskiego, chociaż był on i jest niewiele wart i o jakiejkolwiek tradycji nie może być mowy. Natomiast nikt nie mówi o tradycji Uniwersytetu Tarnowskiego, bo cóż za tradycję może mieć uniwersytet istniejący zaledwie 20 lat, pomimo że on właśnie ma tradycję, i to pięćsetletnią.
Ten poglądowy przykład uwydatnia właśnie „magię słów”. Zamiast brać pod uwagę system, rzeczywistość, bez względu na to, czy bywa on określany taką czy inną nazwą, bierze się pod uwagę nazwę, bez względu na to, czy określa ona taki czy inny system. Zamiast utrzymywania nazwy, dopóki trwa system – z trwania nazwy wnosi się o trwaniu systemu.
Takie traktowanie spraw jest bardzo rozpowszechnione, toteż często prowadzi do popełniania błędów, wynikających z poglądów lub decyzji uzależnionych od nazw zamiast od systemów bądź do popełniania nadużyć opartych na wprowadzaniu innych w błąd przez utrzymywanie nazwy, pomimo że system się zmienił, lub przez zmianę nazwy, chociaż system pozostał ten nie zmieniony.
Ot, przypuśćmy na przykład, że do fabryki „Radiopol” przybyła ekipa organizatorów w celu usprawnienia produkcji i wprowadziła szereg zmian: pewne działy połączyła w jeden, a znów jakiś dział podzieliła na kilka, zmieniła obieg dokumentów itp. , po czym odjechała. Gdy po paru latach okazało się, że produkcja wyraźnie się poprawiła, owi organizatorzy zatarli ręce z zadowolenia, że ich reformy były tak skuteczne. Tymczasem były one wręcz szkodliwe, a jakość produkcji poprawiła się dlatego, że w miarę upływu czasu dyrekcja wymieniła nieodpowiednich pracowników na wykwalifikowanych, pracujących bardzo dobrze, pomimo trudności spowodowanymi błędnymi reformami. Źródłem bezpodstawnego zadowolenia reformatorów było to, że porównali oni produkcję „Radiopolu” po paru latach, tymczasem były to dwa zupełnie różne systemy (bo o różnych podsystemach, tj. pracownikach, i o różnych oddziaływaniach, tj. sposobach pracy), a tylko nazwa „Radiopol” była ta sama.
Albo działacze sportowi przechwalają się, że ich klub sportowy „Grom”, przed wojną bardzo słaby, po wojnie odnosił sukcesy jeden za drugim. Tymczasem w „Gromie” powojennym nie ma ani jednego sportowca z „Gromu” przedwojennego, z którego w ogóle nic nie pozostało, są to więc dwa różne systemy, choć o takiej samej nazwie.
Albo też fabryka przetworów żywnościowych wypuszcza na rynek produkt pod nazwą „mieszanka turystyczna”, a potem stopniowo zastępuje w nim masło przez margarynę, śmietankę przez zsiadłe mleko, czekoladę przez kakao, nazwa jednak (tudzież) cena pozostaje nie zmieniona, a dyrekcja fabryki udaje, że jest to także nie zmieniony produkt.
Zresztą łatwiej utrzymywać lub zmieniać nazwy niż znać i rozumieć systemy, toteż historia dostarcza aż nadto przykładów reformatorów, którym się wydawało, że gdy ponazywali wszystko inaczej, to reformy zostały dokonane, oraz doktrynerów, którzy za wierność doktrynie uważali trzymanie się terminologii. ” Halte dich an Worte ! ” – radził Mefistofeles uczniowi Fausta, trapionemu wątpliwościami teologicznymi (w Fauście Goethego).
Do nadużyć należy zaliczyć ” metodę etykietkową ” zwalczania niewygodnych poglądów przez nadanie im „etykietki”, tj. nazwy mającej oznaczać system jakoby skompromitowany, a stąd już prosta droga wiedzie do potępienia zaatakowanego poglądu.
Ludzie stosujący tę metodę „zawodowo” mają zazwyczaj wypracowany zbiór „etykietek” na wszelkie, nawet sprzeczne, okazje, na przykład:

Ktoś, powiedzmy, w dyskusji nad oświatą proponuje zredukowanie ogólnego nauczania matematyki do zakresu odpowiadającego potrzebom wspólnym dla wszystkich zawodów, oraz wyodrębnienia nauczania powyżej tego zakresu tylko dla uczniów zamierzających obrać zawód wymagający głębszej znajomości matematyki. Na to mu się odpowiada, że jest „rzecznikiem elitaryzmu”. Nieopatrzny wnioskodawca czuje się zgromiony i milknie albo wdaje się w dyskusję nad „elitaryzmem”, w której będzie mowa o wszystkim, tylko nie o jego wniosku. Zamiast tego powinien był powiedzieć: „Proszę mi nie zawracać głowy elitaryzmem, mnie chodzi o nauczanie matematyki. „Do takiego jednak postawienia sprawy potrzebna jest pewna wytrwałość i znajomość „metody etykietkowej”, toteż większość ludzi daje się na nią nabrać.
Jako przykład „magii słów” można też wymienić przypadki stwierdzenia, że jakiś sławny obraz jest falsyfikatem – przecież obraz, jako system przetwarzający jego oglądanie w doznania estetyczne, pozostaje ten sam, a tylko jego nazwa została zmieniona z „oryginał” na „falsyfikat”.
Warto wreszcie wspomnieć o „pseudosystemach „, mających nazwy, którym nie odpowiadają żadne systemy. Mógłby się ktoś zdziwić, w jaki sposób doszło do utworzenia nazw bez stwierdzenia jakieś rzeczywistości, do której określenia nazwy te miałyby posłużyć. Bo też utworzono je w konfrontacji nie z rzeczywistością, lecz z innymi nazwami, najczęściej przez ich zaprzeczenie. Tak na przykład, obok słowa „materialny” utworzono słowo „niematerialny”, obok słowa „przyrodzony” utworzono słowo „nadprzyrodzony” itd. Wprowadziło to zamęt pojęciowy sugerując, że oprócz systemów określanych nazwami „istota materialna”, „zjawisko przyrodzone” istnieją również systemy określane nazwami „istota niematerialna”, „zjawisko nadprzyrodzone” itp. , choć są to tylko same nazwy. Takie manipulowanie słowami było oparte na przeświadczeniu, że każde słowo ma pewien zakres znaczeniowy, wobec czego można utworzyć słowo dopełniające na określenie całej reszty z poza tego zakresu, np. skoro coś jest „proste”, to wszystko inne jest „nieproste”. Przeświadczenie to jest słuszne, ale z wyjątkiem pewnej, niewielkiej zresztą, liczby słów mających znaczenie nieograniczone, wobec czego tworzenie dla nich jakichś słów dopełniających jest takim samym nonsensem, jak np. gdyby ktoś słowo „wszystko” chciał dopełnić słowem „pozawszystko”. Do takich właśnie słów należą „materialny”, „przyrodzony”, „fizyczny” itp. Są one potrzebne nie do odróżnienia czegoś spoza ich znaczenia, lecz czegoś o znaczeniu węższym. Na przykład, przedmioty mogą być utworzone z rozmaitych substancji, np. metalowe, gumowe, drewniane itp. , w związku z czym mówi się ogólnie „przedmiot materialny” w celu zaznaczenia, że rodzaj substancji jest obojętny, a nie dla odróżnienia od rzekomo mogących istnieć przedmiotów „niematerialnych”.

Odp: Myślenie pojęciowe, a myślenie stereotypowe

Fragment książki „Wpływ totalnej wojny informacynej na dzieje PRL” – Józefa Kosseckiego
https://socjocybernetyka.files.wordpress.com/2010/09/wojinf2.pdf

3.3. Rola propagandy w procesach manipulacji i walki informacyjnej

Sukcesy hitlerowców wykazały, że zarówno dla walki informacyjnej, jak i wszelkich procesów sterowania i manipulacji w nowoczesnym społeczeństwie, zasadnicze znaczenie ma propaganda, której istotą jest planowe oddziaływanie na psychikę ludzi za pomocą odpowiednich bodźców informacyjnych, mające na celu wywołanie odpowiednich działań lub niedopuszczenie do działań niepożądanych, czy wreszcie ukształtowanie odpowiednich norm społecznych – takich jak np. norma posłuszeństwa wobec określonych ośrodków dyspozycji politycznej, lub poszanowanie odpowiednich autorytetów.
Jeżeli propaganda wywołuje działania ludzi – mówimy o jej oddziaływaniu motywacyjnym, natomiast gdy wpływa na kształtowanie norm społecznych – mamy do czynienia z jej oddziaływaniem wychowawczym.
O powodzeniu propagandy – oprócz oczywiście środków materialnych – decyduje jej socjotechnika.
Dla wywierania wpływu na psychikę i działania ludzi poprzez wzbudzanie emocji, bardzo istotne znaczenie ma wykorzystywanie w propagandzie stereotypów funkcjonujących w społeczeństwie lub tworzenie nowych.
Stereotypy według W. Lippmanna, autora teorii stereotypizacji, są to uproszczone, standaryzowane wyobrażenia o zjawiskach społecznych, które są przyswajane i automatycznie odtwarzane, gdy tylko zaistnieją odpowiednie «bodźce». Istota rzeczy – według W. Lippmanna – leży w tym, że realna rzeczywistość jest zbyt skomplikowana dla przeciętnego człowieka. Musi on w myśli przetwarzać otaczające go środowisko według prostego modelu, tzn. tworzyć stereotyp. Stereptypy dla przeciętnego masowego człowieka są «wygodnym» i «ekonomicznym» narzędziem myślenia, które pomaga wprowadzić do niewyraźnego, chaotycznego obrazu świata jakiś sens i stabilizację. Stereotypy rządzą całym procesem percepcji przeciętnego człowieka, z góry określając jego sądy, opinie i oceny. Ustalają one określone obiekty jako obce mu lub znajome, działają w charakterze bodźców wywołujących określone uczucia (sympatii lub antypatii), gdy tylko ich posiadacz styka się z czymś, co powoduje jakiekolwiek skojarzenie z tymi stereotypami.
Trwałe i występujące w skali masowej stereotypy są wynikiem bodźców działających na społeczeństwo przez odpowiednio długi okres czasu, a ponadto bodźców odpowiednio silnych i niezbyt odległych w czasie (w przeciwnym bowiem razie bodźce mogą ulec zapomnieniu). Np. w pokoleniu, które przeżyło wojnę, wskutek związanych z nią silnych, długotrwałych i masowych negatywnych przeżyć, wytwarza się negatywny jej stereotyp; jeżeli jednak przez odpowiednio długi okres czasu panuje pokój, wówczas w młodych pokoleniach, które same nie przeżyły wojny, ten negatywny stereotyp może ulec osłabieniu, a nawet zanikowi.
Wszelkie bodźce (w tym również komunikaty propagandowe), które oddziałują na społeczeństwo, są niejako filtrowane przez odpowiedni, wytworzony historycznie układ skojarzeń, który tworzy tzw. kod społeczno-kulturowy.
Podstawowymi, niejako organizującymi elementami kodu społeczno- kulturowego są stereotypy. Stanowią one coś w rodzaju standardowych szablonów, będących układem odniesienia i filtrem, dla wszelkich bodźców i niesionych przez nie informacji o otoczeniu, służąc do ich identyfikacji i oceny.
Stereotypy rozpowszechniane są przede wszystkim za pośrednictwem języka. Mają one postać uproszczonych uogólnień, o charakterze nie tylko poznawczym ale i wartościującym, wspólnych dla określonej grupy ludzi (np. narodu). Człowiek przyswaja je już w dzieciństwie, ucząc się odpowiednich słów, które występują zarówno jako pojęcia – mające charakter czysto poznawczy, jak i stereotypy. Np. w okresie II wojny światowej, w narodzie polskim słowo Niemiec występowało nie tylko jako pojęcie oznaczające członka określonego narodu, ale również jako stereotyp okupanta, wroga.
Stereotypy są dość trwałe i trudne do zmiany. Propaganda musi się do nich dostosowywać i dopiero wykorzystując te, które istnieją w danej społeczności, może budować ewentualnie nowe – pożądane. Istniejące stereotypy może praktycznie naruszyć nie tyle propaganda, ile materialne fakty, które je podważą.
Podstawowe stereotypy każdej grupy społecznej służą do odróżniania swoich od obcych, wrogów od przyjaciół odgrywając zasadniczą rolę w konstytuowaniu i utrzymywaniu trwałości grupy. W narodach odpowiednie stereotypy stanowią elementy tradycji. Np. u Polaków funkcjonuje określony stereotyp Niemca, Rosjanina, Żyda, wśród Żydów stereotyp goja.
Stereotypy mogą też służyć do blokowania odbioru informacji niepożądanych lub niebezpiecznych dla danej grupy społecznej, niejako impregnując przeciw takim informacjom – np. pochodzącym od wroga. Analogicznie mogą też ułatwiać odbiór informacji pożądanych i korzystnych dla danej grupy – np. pochodzących od własnych
przywódców.
Autorytet określonych osób czy instytucji może być również rozumiany jako pewien stereotyp.
Ta sama informacja, w zależności od tego, jaki kod społeczno-kulturowy (czyli układ stereotypów), funkcjonuje w danym społeczeństwie, może wywołać całkiem różne reakcje ludzi. Jeżeli np. w społeczeństwie funkcjonuje stereotyp policjanta, który jest obrońcą i opiekunem obywatela – jak to ma miejsce w narodzie angielskim – wówczas informacja o tym, że ktoś współpracuje z policją, wywoła reakcje pozytywne wobec danego osobnika; odwrotnie, jeżeli w danym społeczeństwie funkcjonować będzie stereotyp policjanta, który jest przedstawicielem władzy, działającej wbrew interesom większości tego społeczeństwa – jak to miało miejsce np. w schyłkowym okresie historii PRL – wówczas analogiczna informacja dotycząca współpracy danego osobnika w policją, wywoła reakcje negatywne. Różne ugrupowania opozycji działające w PRL, starały się w związku z tym w swej propagandzie oskarżać przeciwników o współpracę ze Służbą Bezpieczeństwa PRL. Metoda ta przetrwała PRL i jest nadal stosowana w III RP.
Stereotypy odgrywają też bardzo istotną rolę przy ocenie poszczególnych źródeł informacji, a zwłaszcza ich wiarygodności. Jeżeli dane źródło informacji wywoła u odbiorców skojarzenia ze stereotypami sił społecznych, organizacji czy osób wrogich lub obcych wobec nich, wówczas odbiór wszelkich informacji z tego źródła będzie bardzo utrudniony, a nawet może zostać całkowicie zablokowany. Odwrotnie, jeżeli dane źródło informacji wywoła skojarzenia z siłami społecznymi, organizacjami lub osobami przyjaznymi w stosunku do danego społeczeństwa, czy wręcz swymi własnymi, wówczas odbiór wszelkich informacji z tego źródła – nawet jeżeli byłyby one nieprawdziwe – będzie bardzo ułatwiony, a może być nawet całkiem bezkrytyczny. Przykładów dostarcza nam historia polityczna PRL, zwłaszcza zaś okresy tej historii, gdy społeczeństwo traciło zaufanie do oficjalnej partyjno-państwowej propagandy, korzystając chętnie ze źródeł zagranicznych. Ze zjawiskami tego rodzaju musi się liczyć propaganda.

Charakter stereotypów funkcjonujących w danym społeczeństwie zależy przede wszystkim od dwu czynników:
a)   od typu motywacji dominujących w tym społeczeństwie, a zwłaszcza w klasach czy warstwach społecznych, które mu przewodzą – czyli w jego elicie;
b)   od historii tego społeczeństwa.
Podstawowy stereotyp w każdym społeczeństwie – to stereotyp człowieka należącego do jego elity (czyli wyższej klasy). Stanowi on wzorzec osobowy organizujący postawy społeczeństwa i odgrywa zasadniczą rolę kulturotwórczą.

W polskim narodzie dominują motywacje etyczno-ideologiczne z wyraźną przewagą etycznych – tzn. ideologię ocenia się przez pryzmat etyki, a nie na odwrót – oraz motywacje witalne – czyli socjalno-bytowe, z motywacjami witalnymi łączy się też dążenie do władzy i awansu społecznego za wszelką cenę. Słabe są natomiast motywacje prawne i czysto ekonomiczne – o czym zresztą najlepiej świadczy stan naszej gospodarki i nasz system prawny.
Na bazie tych motywacji nasza historia wytworzyła trzy podstawowe stereotypy funkcjonujące w naszym narodzie: stereotyp rycerski, stereotyp męczennika i stereotyp szlachecki.

Stereotyp rycerski – to stereotyp człowieka, który opanowuje motywacje niższe – czyli przede wszystkim witalne (strach przed utratą zdrowia, życia lub różnych dóbr potrzebnych do życia) – w imię motywacji wyższych – etyczno-ideologicznych. Mniej ważna jest przy tym skuteczność działania, decydujące znaczenie mają motywy ideowo-moralne. Np. zgodnie z tym stereotypem bardzo wysoko oceniany był każdy żołnierz czy bojownik walczący o dobrą sprawę, bez względu na to czy jego walka miała szanse powodzenia i czy odniosła pożądany skutek; nic więc dziwnego, że w Polsce byli i są wysoko oceniani żołnierze nieudanych powstań narodowych, mimo, że ich skutkiem było pogłębianie tragedii narodu.
Stereotyp męczennika to jakby wyższy szczebel stereotypu rycerskiego – męczennik to ktoś, kto nie tylko opanowuje niższe motywacje w imię wyższych, ale świadomie cierpi lub ginie za dobrą sprawę. W związku z tym najwyższą ocenę i autorytet w naszej historii uzyskiwali więźniowie polityczni, zesłańcy i polegli żołnierze lub bojownicy za dobrą sprawę.
Gorszym natomiast wydaniem stereotypu rycerskiego jest stereotyp szlachecki – jest to stereotyp człowieka, który uzyskał uznany awans społeczny, gwarantujący mu wyższą pozycję niezależnie od rezultatów jego działań, co więcej, pozycję, którą może przekazać swoim dzieciom. Sposób zdobycia tej pozycji – czyli awansu społecznego – jest przy tym mniej ważny.
Szlachectwo w heroicznym okresie rycerstwa zdobywano na polu chwały za zasługi wojenne, ale potem również za zasługi cywilne, nie zawsze najwyższej klasy, w końcu na niektórych dworach po prostu kupowano tytuły szlacheckie. Szlachectwo w Polsce raz uzyskane było dożywotnie i dziedziczne (wyjątek stanowiło szlachectwo osobiste uzyskiwane przez biskupów i profesorów uniwersytetów nie pochodzących w rodów szlacheckich, które nie było dziedziczne). Posiadanie szlachectwa w dawnej Polsce było całkowicie niezależne od tego np. jak się gospodarowało na swoim majątku – zbankrutowany szlachcic zachowywał swe przywileje stanowe. Tylko niegodziwe postępowanie mogło prowadzić do utraty pozycji społecznej związanej ze stanem szlacheckim.

W społeczeństwie angielskim, a także amerykańskim, dominują motywacje ekonomiczne. Powstał więc w narodach anglosaskich stereotyp biznesmena – tzn. stereotyp człowieka, który swą wyższą pozycję społeczną zawdzięcza skuteczności swych działań w sferze gospodarczej, przy czym pozycja ta jest ściśle związana z wynikami tych działań – wprawdzie majątek można odziedziczyć, ale jeżeli biznesmen źle gospodaruje swym majątkiem, wówczas bankrutuje i traci całą swą pozycję społeczną, nie zachowując żadnych przywilejów.
W narodzie żydowskim silne są motywacje ideologiczne i prawne. Na bazie tych motywacji powstał u Żydów stereotyp uczonego rabina, którego autorytet wynika ze znajomości świętych ksiąg religii żydowskiej (prawa objawionego) i umiejętności ich interpretacji. Stereotyp ten funkcjonuje niejednokrotnie również u tych Żydów, którzy porzucili swą religię – np. bardzo często Żydzi marksiści traktowali Marksa w sposób podobny jak rabini proroków, a naukę marksistowską uprawiali w formie egzegezy pism Marksa i innych klasyków marksizmu.
Ponieważ stereotypy są dość trwałe – praktycznie mogą się zmieniać pod wpływem bodźców silnych lub wielokrotnie powtarzanych w odpowiednio długim okresie czasu – zatem rola propagandy w procesach manipulacji i walki informacyjnej, polega głównie na ich wykorzystywaniu. Ciekawych przykładów dostarcza nam w tej dziedzinie historia PRL.
Już w pierwszym okresie powojennym oficjalna propaganda partyjno- państwowa PRL działała wbrew stereotypowi rycerskiemu i stereotypowi męczennika
(zwłaszcza po 1948 roku). Potępiano Armię Krajową, prześladowano jej żołnierzy (używano przy tym osławionego hasła: AK – zapluty karzeł reakcji); w prasie, radiu i kronikach filmowych publikowano sprawozdania z procesów nie tylko żołnierzy AK, polskich formacji wojskowych na Zachodzie czy antykomunistycznego podziemia w Polsce, ale nawet żołnierzy Armii Ludowej i Ludowego Wojska Polskiego. Funkcjonujące w naszym narodzie stereotypy – rycerski i męczennika – blokowały odbiór oficjalnej propagandy, wydatnie zmniejszając jej skuteczność. Sytuację tą po mistrzowsku wykorzystywała propaganda zachodnia, zwłaszcza zaś Rozgłośnia Polska Radia Wolna Europa, której audycje były znakomicie dostosowane do polskiego kodu społeczno-kulturowego.

Jedynym stereotypem, który w dużym stopniu był skutecznie wykorzystywany przez oficjalną propagandę PRL, był stereotyp szlachecki w swojej socjalistycznej mutacji – tzn. w formie stereotypu awansu społecznego. Propaganda partyjno- państwowa w okresie powojennym przedstawiała i zachwalała różne rodzaje awansu społecznego. Jako awans społeczny przedstawiano przeniesienie się ze wsi do miasta, zdobycie wykształcenia pozwalające na uzyskanie statusu inteligenta (co zresztą było całkowicie sprzeczne z ideologią marksistowską, która klasę robotniczą, a nie inteligencję uważa za hegemona w ustroju socjalistycznym), zajęcie stanowiska kierowniczego (nawet bez odpowiedniego wykształcenia), a także uzyskanie pracy w pewnych zawodach i instytucjach (głównie związanych z aparatem władzy).
Tego rodzaju propaganda była niewątpliwie skuteczna – trafiała bowiem w stereotyp szlachecki, głęboko zakorzeniony w psychice Polaków, nawet tych, którzy mieli lewicowe czy wręcz komunistyczne przekonania. Do dziś wielu ludzi – zwłaszcza należących do starszego i średniego pokolenia – traktuje socjalizm, a nawet komunizm, nie tyle jako ustrój sprawiedliwości społecznej, w którym nie powinno być klas, warstw społecznych czy zawodów wyższych i niższych, lecz raczej jako ustrój, który zapewnił im i ich rodzinom awans do wyższej warstwy społecznej. Nic więc dziwnego, że osławiona instytucja nomenklatury była traktowana w PRL jako instrument zapewniający dożywotnio wyższą pozycję społeczną. Przedstawiciele nomenklatury starali się też – najczęściej skutecznie – by wyższą pozycję zapewnić swym dzieciom i krewnym. O żywotności stereotypu szlacheckiego w naszym narodzie świadczy też fakt, że antykomuniści, którzy w okresie gdy byli w opozycji bardzo ostro krytykowali instytucję nomenklatury, po zdobyciu władzy sami zaczęli bardzo szybko przejawiać analogiczne zachowania tworząc własną nomenklaturę.
Równocześnie w PRL indoktrynację marksistowską uprawiano w formie egzegezy pism klasyków marksizmu-leninizmu, do której były powołane określone osoby – kierownictwo partyjne, lektorzy komitetów partyjnych różnych instancji, profesorowie marksizmu-leninizmu. Było to skuteczne w stosunku do tej części populacji żydowskiej, która miała lewicowe przekonania, gdyż – mimo oderwania się od judaistycznych korzeni – funkcjonował w niej stereotyp uczonego rabina, natomiast było nieskuteczne lub w najlepszym wypadku odnosiło skutek nietrwały, w stosunku do zdecydowanej większości polskiej populacji – okazało się to wyraźnie już w 1956 roku.
Jak długo funkcjonował w świadomości mas model awansu społecznego, marksizm był przyjmowany jako ideologia, która się kojarzyła z tym awansem lub przynajmniej jego możliwością. Jednakże po pewnym czasie możliwości przyspieszonego awansu społecznego w skali masowej znacznie się zmniejszyły, a w wielu dziedzinach wręcz zablokowały, PRL-owska propaganda musiała więc wykorzystać jakieś produkty zastępcze, które chociaż w pewnym stopniu pozwalałyby eksploatować dalej stereotyp szlachecki. Wykorzystano dwa takie produkty zastępcze: przynależność do PZPR oraz wyższe wykształcenie.
Ponieważ przy obejmowaniu określonych stanowisk wymagana była rekomendacja partyjna, którą oczywiście łatwiej mogli otrzymać członkowie PZPR, więc nic dziwnego, że przynależność partyjna mogła być traktowana jako coś w rodzaju współczesnego szlachectwa. Rezultat był jednak taki, że do PZPR wstępowało coraz więcej oportunistów i karierowiczów, co dało znać o sobie podczas kryzysu w latach osiemdziesiątych.
Zaczęto też wyższe wykształcenie, jak również stopnie i tytuły naukowe traktować jako coś w rodzaju współczesnego szlachectwa. Rezultat okazał się jednak tragiczny dla rozwoju samej nauki w Polsce i dla funkcjonowania zawodów, do których wykonywania konieczne jest wyższe wykształcenie, bowiem mury uczelni zaczęły szturmować tłumy ludzi, którym nie tyle zależało na zdobyciu wiedzy, umiejętności czy zawodu, ile na zdobyciu za wszelką cenę dyplomu, stopnia lub tytułu naukowego, który – ich zdaniem – zapewnia uzyskanie wyższej pozycji społecznej (i to dożywotnio, gdyż można praktycznie nie brać pod uwagę możliwości odebrania tytułu czy stopnia naukowego w Polsce w ciągu ostatniego półwiecza). Nastąpiła w związku z tym inflacja społecznej wartości tytułów i stopni naukowych, a w dodatku możliwości ich zdobywania były – mimo wszystko – ograniczone i w związku z tym propaganda, która swe manipulacje opierała na wykorzystywaniu stereotypu szlacheckiego w nowym wydaniu, musiała stracić grunt pod nogami.
Rosły rzesze niezadowolonych, którym nie udało się uzyskać awansu społecznego, stwarzało to dogodny grunt dla propagandy opozycji politycznej, która w prowadzonej przez siebie walce informacyjnej zaczęła skutecznie wykorzystywać właśnie stereotyp szlachecki – czyli obiecywać awans społeczny.
Swego czasu celował w tym KSS KOR

Na początku 1981 roku, w czasopiśmie Wolne Związki Zawodowe jeden z założycieli Solidarności we Wrocławiu – Leszek Skonka, opublikował artykuł pt. Nie mylić KOR-u z Solidarnością w którym stwierdził: KOR cały czas tłumaczy członkom związku, że w Polsce dopiero będzie dobrze, gdy «Solidarność», czyli w konsekwencji KOR, przejmie władzę w kraju. Już dziś wszystkim wspierającym jego poczynania KOR obiecuje stanowiska ministrów, ambasadorów, sędziów, wojewodów, dyrektorów, rektorów, tytuły naukowe, mandaty poselskie i pieniądze. Jest to zapewne naiwne i groteskowe, gdy się na to patrzy z daleka, ale z bliska wygląda zupełnie wiarygodnie, tym bardziej, że KOR czas do objęcia władzy liczy na dni, a nie na miesiące czy lata.
Toteż wielu działaczy związkowych głęboko wierzy, że dzięki KOR-owi odmieni swój los, przestanie być kierowcami, ślusarzami, szeregowymi urzędnikami, słowem pospolitymi, szarymi ludźmi i stanie się ekscelencjami, dlatego tak gorliwie i bezmyślnie popierają tę grupę politycznąD.
Propaganda opozycji politycznej w PRL wykorzystywała też szeroko stereotyp męczennika. Aresztowania i procesy działaczy opozycyjnych, a tem bardziej śmiertelne ofiary, były wykorzystywane propagandowo w walce politycznej. Tłumaczono opinii publicznej, że prześladowani działacze opozycji walczą i cierpią za dobrą sprawę. Niejednokrotnie zdarzało się nawet, że poszczególnym działaczom opozycyjnym (zwłaszcza w latach siedemdziesiątych) zależało na tym, aby zostać na krótko aresztowanym i dostać się do więzienia. W 1989 roku podczas kampanii wyborczej, poszczególni działacze opozycyjni licytowali się wręcz, kto z nich więcej czasu spędził w więzieniu.
O tym, jak dobrze zarówno opozycja polityczna w PRL, jak ośrodki programujące działalność propagandową prowadzoną z Zachodu, znały polski kod społeczno-kulturowy i funkcjonujące w naszym narodzie stereotypy, świadczyć może również fakt, że zarówno propaganda wspomnianej opozycji, jak i wspierających ją ośrodków działających na Zachodzie, bardzo ostro atakowały tych – stosunkowo zresztą nielicznych – twórców, którzy opowiadając się po stronie władz PRL (a ściśle narodowej frakcji w tych władzach), umieli w swej twórczości pozytywnie wykorzystywać stereotyp rycerski i stereotyp męczennika. Jako przykład mogą tu służyć znany reżyser Bogdan Poręba oraz wybitny aktor Ryszard Filipski.
Najczęściej zresztą oficjalna propaganda PRL – zwłaszcza w latach osiemdziesiątych – nie umiała wykorzystywać funkcjonujących w naszym narodzie stereotypów, natomiast posługiwała się argumentacją ekonomiczną i prawną w sytuacji, gdy właśnie motywacje prawne i ekonomiczne są stosunkowo słabe w naszym narodzie.
Skuteczna nowoczesna propaganda musi się opierać – zarówno w procesach walki informacyjnej, jak i normalnych procesach sterowania społecznego – na dobrym rozpoznaniu kodu społeczno-kulturowego (tzn. przede wszystkim układu stereotypów) społeczeństwa, na które oddziałuje, oraz musi dostosować się do tego kodu, w przeciwnym bowiem razie może nie tylko nie wywołać pożądanego skutku, ale nawet spowodować skutki przeciwne do zamierzonych, otwierając zarazem pole dla manipulacji propagandy przeciwnika.
W działalności propagandowej należy się zawsze liczyć z tym, że na postępowanie ludzi wpływa nie tylko sama informacja, którą się im dostarcza, ale również skojarzenia, które u odbiorców wywołuje; jeżeli zaś chodzi o społeczną ocenę źródła komunikatów propagandowych, to zależy ona nie tylko od emitowanych przez nie komunikatów, ale również i od wytworzonego w społeczeństwie obrazu tego źródła – czyli swoistego stereotypu.
Rola propagandy w procesach sterowania społecznego w ogóle, a w procesach manipulacji i walki informacyjnej w szczególności, nie sprowadza się tylko do wykorzystywania kodu społeczno-kulturowego społeczeństwa, na które się oddziałuje. Skuteczna propaganda powinna stosować jeszcze wiele innych, szczegółowych metod socjotechniki, z których poniżej omówimy przykładowo kilkanaście najważniejszych, które były wykorzystywane w trakcie walki informacyjnej prowadzonej w PRL.
Metoda odcinania od pewnych informacji i ich źródeł ma na celu niedopuszczenie do odbiorców, informacji niepożądanych z punktu widzenia propagandysty. Najbardziej chyba rozpowszechnionym sposobem stosowania tej metody jest wprowadzenie cenzury lub odpowiedniej bezpośredniej selekcji informacji przekazywanych przez propagandę.
Np. w PRL istniał specjalny urząd państwowy, który zajmował się kontrolą wszelkich mediów – nie tylko RTV i prasy ale nawet widowisk. Do tego urzędu odpowiednie instytucje partyjne i państwowe zgłaszały tzw. zapisy dotyczące tematów, których nie należało poruszać w mediach, a także osób, których żadnych dzieł nie wolno było rozpowszechniać. Ponadto redaktorzy naczelni robili w swoim zakresie selekcję informacji. PRL-owska cenzura miała charakter prewencyjny – każdy tekst przed publikacją musiał uzyskać aprobatę cenzury, gdy został przez nią zatrzymany, obciążał konto redaktora naczelnego, który go w swoim zakresie nie zatrzymał. Prowadziło to do powstania nieoficjalnej cenzury redakcyjnej – jeszcze ostrzejszej niż oficjalna państwowa, gdyż redaktorzy naczelni i ich współpracownicy na zapas blokowali wiele informacji. Ten ostatni przejaw nieoficjalnej cenzury, której istotą jest selekcja i blokowanie pewnych określonych informacji na szczeblu redakcji, funkcjonuje w III RP – np. w drugiej połowie lat dziewięćdziesiątych centralne publikatory zaczęły blokować informacje na temat działalności Partii X.
Cenzura prewencyjna czy bezpośrednia selekcja i blokowanie informacji – to najbardziej prymitywny sposób stosowania opisywanej tu metody. Nieco mniej prymitywnym jej przejawem jest odcinanie informacji nie w sposób bezpośredni lecz przez dyskredytowanie jej źródeł – najczęściej wykorzystuje się przy tym negatywne stereotypy. Ten sposób stosowany był np. przez demokratyczną opozycję w PRL, która dyskredytowała PRL-owskie media rzucając np. hasło prasa kłamie lub telewizja kłamie. W tym wypadku odbiorca komunikatów może mieć przeświadczenie, że samodzielnie podejmuje decyzje o bojkocie pewnych źródeł informacji.
Jeżeli chcemy obronić się przed opisaną wyżej manipulacją informacyjno- propagandową, wówczas musimy pamiętać, że należy korzystać z wielu źródeł informacji, a każdy, kto nam blokuje dopływ informacji lub chce w jakikolwiek sposób odciąć od pewnych jej źródeł, jest podejrzany o to, że chce nami manipulować.
Metoda oczekiwanego nośnika propagandy polega na tym, że komunikaty, które są nośnikiem treści propagandowych muszą bezbłędnie trafiać w oczekiwania odbiorców.
Jako przykład zastosowania tej metody do sterowania opinią publiczną w walce informacyjnej, można wskazać fachowo zorganizowaną propagandę słynnego Konwersatorium Doświadczenie i Przyszłość (DiP) Działacze tego Konwersatorium – a zwłaszcza utalentowany dziennikarz Stefan Bratkowski – wiedzieli dobrze, że nasze społeczeństwo pod koniec lat siedemdziesiątych, jak również w latach osiemdziesiątych, oczekiwało na krytykę polityki prowadzonej najpierw przez ekipę Edwarda Gierka, a następnie Wojciecha Jaruzelskiego. W związku z tym DiP w swych kolejnych elaboratach z ostrą krytyką polityki prowadzonej przez kierownictwo PRL, a przy okazji tej krytyki prezentował różne koncepcje reform i oczywiście reklamował swój zespół. Różne koncepcje opracowane przez DlP były dość skomplikowane i same w sobie nie zawsze w pełni zrozumiałe dla przeciętnego odbiorcy komunikatów propagandowych, ale ponieważ nośnik propagandy został dobrze dobrany, więc DiP odniósł wielki sukces propagandowy.
Metoda szybkiej informacji polega na tym, aby docierać do odbiorcy szybciej niż przeciwnik. W walce informacyjnej ten, kto do odbiorcy dociera pierwszy, z informacją na określony temat, ma zawsze tę przewagę, że dostarczona przez niego informacja stanowi układ odniesienia dla następnych, a także najczęściej silniej zapada w pamięć odbiorcy.
Oficjalna propaganda PRL-owska była z reguły dość ociężała i pozwalała się ubiegać przeciwnikom, którzy mogli w związku z tym narzucać własną wersję i interpretację zdarzeń.
Metoda zgodności informacji podawanych przez propagandę z potocznym doświadczeniem odbiorców komunikatów propagandowych opiera się na tym, że informacje podawane przez propagandę mają tym większe szanse przyswojenia przez społeczeństwo, im bardziej będą zgodne z masowym społecznym doświadczeniem. Propaganda, której informacje potwierdza potoczne masowe doświadczenie, uzyskuje kredyt zaufania, dzięki któremu może sobie pozwolić na podawanie ewentualnych wiadomości nieprawdziwych, dotyczących spraw, których praktyczne sprawdzenie nie jest możliwe dla przeciętnego członka społeczeństwa.
Natomiast propaganda, która podaje informacje niezgodne z tym, co społeczeństwo może faktycznie stwierdzić w swym masowym doświadczeniu, naraża się na to, że w tym społeczeństwie wytwarza się jej negatywny stereotyp, utrudniający, czy wręcz blokujący odbiór wszelkich dostarczanych przez nią informacji (nawet gdyby były prawdziwe).
Jako przykład opisanego wyżej zjawiska można wskazać historię oficjalnej propagandy PRL-owskiej w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych. W latach siedemdziesiątych (szczególnie w pierwszej ich połowie), gdy dobrobyt społeczeństwa wzrastał, tzw. propaganda sukcesu uprawiana przez ekipę E. Gierka, znajdowała potwierdzenie w masowym społecznym doświadczeniu i była pozytywnie odbierana przez społeczeństwo. Natomiast pod koniec lat siedemdziesiątych i w latach osiemdziesiątych, gdy sytuacja gospodarcza zaczęła się pogarszać, a zwłaszcza gdy zaczęły się poważne trudności na rynku, społeczne masowe doświadczenie przeczyło informacjom podawanym przez oficjalną propagandę i społeczeństwo zaczęło się do niej odnosić negatywnie, stawała się ona coraz mniej skuteczna. Ci sami ludzie, którzy dawniej bezkrytycznie przyjmowali to, co podawała oficjalna propaganda partyjno- państwowa, nie chcieli jej już wierzyć nawet wtedy, gdy mówiła prawdę. Wskaźnikiem skuteczności propagandy partyjno-państwowej w PRL w rozpatrywanym okresie może być wzrost, a następnie spadek liczebności PZPR. W 1970 roku liczba członków i kandydatów PZPR wynosiła 2 mln. 320 tys., w latach siedemdziesiątych nastąpił wzrost tej liczby, która w 1979 r. wyniosła 3 mln. 79 tys.; w następnym roku nastąpiło zahamowanie wzrostu tak, że w 1980 r. PZPR liczyła 3 mln. 92 tys.; w 1981 r. liczba członków i kandydatów PZPR spadła do 2 mln. 691 tys. i spadała w dalszych latach osiągając w 1988 r. 2 mln. 132 tys..
Natomiast Rozgłośnia Polska Radia Wolna Europa w tym samym czasie podawała prawdziwe, łatwe do sprawdzenia przez przeciętnego słuchacza, informacje o trudnościach gospodarczych, zyskując sobie kredyt zaufania, a następnie mogła już podawać nie zawsze prawdziwe informacje na temat tego, że taki czy inny dygnitarz PRL-owski jest liberałem i zwolennikiem reform, a inny twardogłowym konserwatystą czy tzw. betonem partyjnym; przeciętny słuchacz RWE nie był w stanie sprawdzić tych informacji, nie mając dostępu do różnych dygnitarzy, przyjmował więc bezkrytycznie podawane na ich temat przez RWE opinie, na zasadzie zaufania, które zdobyła sobie u niego ta Rozgłośnia, sterująca skutecznie opinią publiczną w Polsce i prowadząca swoją określoną politykę personalną.
Metoda masowości i długotrwałości działania ma charakter dosyć trywialny, opiera się na tym, że ludzie łatwiej zapamiętują i przyswajają te informacje, które odpowiednio często z różnych źródeł słyszeli oraz które im stale przez odpowiednio długi okres czasu powtarzano. Powtarzanie informacji nie powinno być jednak zbyt
monotonne, długie i natarczywe, gdyż po przekroczeniu pewnego progu czułości, może wywołać u odbiorców znieczulenie na emitowane bodźce propagandowe (ten właśnie błąd popełniała często oficjalna propaganda PRL).
Tę metodę stosowała w sposób bardzo umiejętny propaganda zachodnia i opozycyjna w PRL. Np. zarówno Rozgłośnia Polska RWE, jak i inne rozgłośnie zachodnie, a także prasa opozycyjna w Polsce, wytrwale przez długi okres czasu, w skali masowej lansowały tezę o całkowicie spontanicznym charakterze procesu powstania i działania opozycji politycznej w PRL, a zwłaszcza Sblidarnościpw rezultacie teza ta bardzo szeroko rozpowszechniła się w naszym społeczeństwie, które w nią uwierzyło. Dopiero opublikowanie słynnych list Antoniego Macierewicza i dalsze związane z tym wypadki, a następnie opublikowanie słynnej książki znanego amerykańskiego publicysty Petera Schweitzera pt. VICTORY CZYLI ZWYCIĘSTWO, trochę tę wiarę osłabiły.
Metoda informacji pożądanej wykorzystuje prawidłowość psychologiczną polegającą na tym, że ludzie łatwiej przyjmują za prawdziwe i słuszne te twierdzenia i informacje, które odpowiadają ich pragnieniom i interesom. Propaganda stosująca tę metodę wykorzystuje dla swoich potrzeb swoiste rzutowanie różnych pragnień ludzkich na rzeczywistość. Na wykorzystaniu tej zasady opiera swą skuteczność m.in. propaganda demagogiczna, która – jak wiadomo – niejednokrotnie odnosiła duże sukcesy.
Np. L. Skonka stwierdził, że propaganda KSS HORDniejednokrotnie wykorzystywała tę metodę, obiecując swej klienteli niemal wszystko czego tylko pragnęła. W cytowanym wyżej artykule pisał na ten temat: Apologeci KOR-u tłumaczą związkowcom obecność KOR-owców w «Solidarności» koniecznością walki ze złym rządem i konserwą partyjną. Natomiast KOR – ich zdaniem – jest dobry, gdyż dąży do tego, aby ludzie jak najmniej pracowali, a jak najwięcej zarabiali. Kiedy KOR i Klub Doświadczenie i Przyszłość, przejmą władzę, to wówczas w Polsce nastąpi prawdziwy raj i osiągnie się go bez specjalnego wysiłku, bez pracy, dyscypliny społecznej, wyrzeczeń, a jedynie dzięki magicznym sztukom KOR-uD. Ludzie chętnie wierzyli w tego rodzaju piękne obietnice, gdyż odpowiadały one ich pragnieniom (prawdopodobnie wierzyło w nie również wielu działaczy KOR-u). Ta właśnie metoda była jedną z głównych socjotechnicznych tajemnic propagandowych sukcesów KSS HORD
Ludzie programujący oficjalną propagandę PRL, pozazdrościli sukcesów propagandystom KOR-u i zaczęli społeczeństwu obiecywać, że tzw. urynkowienie gospodarki zapewni ludziom dobrobyt, odnieśli jednak znacznie mniejsze sukcesy niż KOR, gdyż naród polski w latach osiemdziesiątych był już w znacznym stopniu znieczulony na oficjalną propagandę.
Metoda pobudzania emocjonalnego bazuje na tym, że w skali masowej (szczególnie w okresach napięć i kryzysów społecznych), propaganda odwołująca się do uczuć i wzbudzająca emocje u odbiorców, wykazuje przewagę nad propagandą operującą wyłącznie rozumową, racjonalną, suchą argumentacją.
Tę metodę wykorzystywała z powodzeniem w okresie PRL, propaganda opozycji politycznej w Polsce (a zwłaszcza propaganda SHolidarności)D, manipulując zręcznie, podsycanymi zresztą przez arogancję władzy, negatywnymi emocjami w stosunku do kierownictwa i aparatu partyjno-państwowego. Te negatywne emocje, powstały w wyniku nie tylko immanentnych cech ustroju, który panował wówczas w Polsce, czy nacisków moskiewskiej centrali, ale również w wyniku błędów popełnianych w ciągu długich lat przez ośrodki decyzyjne PRL.
Negatywne emocjonalne nastawienie społeczeństwa wobec władz PRL, było wykorzystywane również w walce konkurencyjnej toczącej się wewnątrz opozycji politycznej w Polsce. Np. swego czasu propaganda KOR-u niejednokrotnie pomawiała konkurentów o współpracę z PZPR lub z MSW. Był okres, w którym np. Leszek Moczulski i jego organizacja, byli przez KOR pomawiani o współpracę z MSW.
Do jakiego stopnia tego rodzaju metody walki dokuczyły innym ugrupowaniom ówczesnej opozycji, świadczyć może opublikowany w 1980 roku przez Socjalistyczną Agencję Wydawniczą (organ ugrupowania opozycyjnego występującego pod nazwą Polskich Socjalistów), artykuł Ireny Krasnal O etyce i moralności opozycji politycznej w którym opisano w następujący sposób metody stosowane przez KOR: standardowym oszczerstwem jest pomawianie o współpracę agenturalną z SB, ewentualnie z aparatem partyjnym. Interesującym szczegółem organizacyjnym tej sprawy jest, że jak to mieliśmy możność stwierdzić parę razy, plotki z tego rodzaju pomówieniami pojawiają się równocześnie w kilku przynajmniej większych miastach Polski. Są więc centralnie sterowane. Rejestrowaliśmy tego rodzaju kampanie oszczerstw przeciw kilkunastu już działaczom opozycji.
Metoda zrozumiałości komunikatu polega na tym, że komunikaty propagandowe muszą być zredagowane w języku zrozumiałym dla odbiorców – propaganda jest bowiem przeznaczona dla odbiorcy, a nie dla propagandysty, czy jego przełożonego.
Oficjalna propaganda PRL bardzo często ignorowała tę metodę i nadawała komunikaty zredagowane w sposób trudno zrozumiały dla większości odbiorców. Natomiast opozycja polityczna wykorzystywała tę zasadę – swego czasu celował w tym KOR. Jako charakterystyczny przykład można tu przytoczyć wyjątek z artykułu Jacka Kuronia pt. Ozy grozi nam interwencja?jnktóry został opublikowany w redagowanym przez działaczy KOR-u czasopiśmie RobotnikS 23 listopada 1980 roku, czytamy w nim m.in.:
OW Polsce rodzi się teraz wielki ruch społeczny, wiele ruchów – bo to przecież nie tylko związki zawodowe. Ludzie doprowadzeni do ostateczności dotychczasową polityką władz biorą swój los w swoje ręce. I nikt ich nie zatrzyma. Można piszczeć, żeby przestali, ale to nic nie pomoże.
Poza tym zatrzymać się teraz – znaczyłoby to skazać się na katastrofę, jako że system centralnego sterowania został już rozbity, a nie powstało jeszcze na jego miejsce nic nowego.
Może ktoś krytykować powyższy tekst jako prymitywny i demagogiczny, ale nikt nie zaprzeczy, że został on zredagowany w sposób jasny, w języku zrozumiałym dla zwykłych, prostych odbiorców, pobudzał też u nich odpowiednie – zamierzone przez Autora – emocje.
Metoda specjalizacji polega na tym, że skuteczna propaganda musi być odpowiednio zróżnicowana i dostosowana do poziomu, pojęć i oczekiwań różnych środowisk odbiorców, dla których jest przeznaczona.
Oficjalna propaganda PRL najczęściej adresowana była do tzw. przeciętnego odbiorcy – który jest właściwie tylko abstrakcyjnym pojęciem statystycznym. W rezultacie propaganda ta nie była odpowiednio skuteczna w stosunku do wielu środowisk, które odbiegały od przeciętnej – tzn. dla jednych odbiorców była za trudna, a dla drugich zbyt prymitywna.
Tymczasem metodę tą szeroko wykorzystywała opozycja – klasycznych przykładów dostarcza tu propaganda KOR-u. W okresie, gdy KOR rozpoczął przenikanie do środowisk katolickich i zależało mu na ich pozyskaniu, Adam Michnik napisał książkę pt. Dościół, lewica, dialog[(Wydaną w Paryżu), w której przedstawił się jako człowiek prawie nawrócony na katolicyzm.
Aby ułatwić sobie nawiązanie kontaktu z niepodległościowymi środowiskami kombatanckimi – zwłaszcza piłsudczykowskimi, oraz innymi środowiskami, w których postać Józefa Piłsudskiego była popularna, jak również w celu przygotowania przedpola dla propagandy KOR-u w tych środowiskach (zwłaszcza zaś w powstającym już wówczas środowisku neopiłsudczykowskim, które miało przed sobą duże perspektywy), A. Michnik napisał pracę pt. Mienie zapomnianych przodków której zadeklarował się niemal jako neopiłsudczyk.
Kanałem którym przenikała propaganda KOR-u do środowisk inteligenckich było Towarzystwo Kursów Naukowych – przekazywana tam propaganda miała formę paranaukową.
Dla środowisk robotniczych przeznaczone były takie czasopisma jak np. cytowany wyżej Dobotnikpw którym nie silono się na naukowość, lecz podawano informacje w języku prostym i łatwo zrozumiałym dla każdego.
Metoda stopniowania polega na tym, że propaganda, która ma wpłynąć na zmianę systemu pojęć danego społeczeństwa i przekształcić go zgodnie z założonym celem, który nie jest jeszcze przez nie przyjęty i akceptowany (a czasem może nawet być przez nie w ogóle nie znany), musi przyjąć jako punkt wyjścia system pojęć, który faktycznie w tymże społeczeństwie funkcjonuje oraz cele, które są przez nie akceptowane i dopiero stopniowo dokonując w nich zmian, sterować w określonym kierunku.
Tej metody nie stosowała oficjalna PRL-owska propaganda partyjno- państwowa w okresie 1948-1955 r., kiedy członkiem najwyższego kierownictwa partyjnego odpowiedzialnym za propagandę był Jakub Berman. Naród polski w tym czasie stosunkowo mało znał komunistyczną ideologię marksistowsko-leninowską, natomiast znał dobrze zbrodnie stalinizmu, o których dość dokładnie informowała go zarówno polska propaganda przedwojenna jak i propaganda podziemia związanego z naszym rządem londyńskim podczas wojny – był też w związku z tym negatywnie nastawiony do komunizmu (zwłaszcza w stalinowskim wydaniu). Tymczasem po 1948 roku rozpoczęto forsowną, szybką i masową indoktrynację stalinowsko-komunistyczną w takim tempie, że osiągnięcie pożądanego przez komunistów trwałego efektu stało się w tych warunkach faktycznie niemożliwe (co jest tym bardziej zrozumiałe, że Polacy mogli w tym okresie na własnej skórze odczuć dobrodziejstwa stalinizmu). Negatywny rezultat tej indoktrynacji ujawnił się w całej pełni już w 1956 roku (najbardziej wyraźnym tego dowodem były słynne wypadki poznańskie), a także w latach późniejszych.
Natomiast jako przykład skutecznego wykorzystania tej metody podczas walki informacyjnej, przytoczyć można działalność propagandową KOR-u, a w szczególności
Jacka Kuronia, który np. w opublikowanym w numerze 6 z 1980 roku Biuletynu Informacyjnego KSS KOR artykule pt. Co dalej? Stwierdził wyraźnie:
GOdyby dziś wysunąć hasła najdalej idące: niepodległości państwowej i demokracji parlamentarnej – co niewątpliwie zgodne jest z aspiracjami Polaków – to hasła takie nie pociągnęłyby szerokich rzesz społeczeństwa. Wokół takiego programu nie zorganizowałby się ruch, ponieważ w świadomości ogółu program taki jest nierealny. Dlatego w początkach ruchu wysuwać można tylko zadania bardzo ograniczone, minimalistyczne, odwołujące się nie tyle do aspiracji społecznych, ile do tego, co ludzie uważają za konieczne. Jeżeli jednak ludzie skupiają się wokół określonych – choćby najbardziej minimalistycznych – celów i zaczynają działać, wówczas ruch tworzy się i każdy jego sukces pomaga artykułować dążenia i cele coraz bliższe społecznych aspiracji.
(…) Im władza będzie słabsza, a przy tym – co niemal tożsame – mniej zdolna do przystosowania swej polityki do sytuacji, tym bardziej będzie się radykalizować ruch demokracji. Radykalizować, to w tym wypadku zwracać się wprost przeciw władzy, przeciw jej politycznym strukturom.
Tę metodę stosowała w pewnym okresie również propaganda zachodnia; np. Rozgłośnia Polska Radia Wolna Europalpo 1956 roku głosiła tezę o naprawianiu ustroju socjalistycznego, a nie jego obalaniu. Potem dopiero zaczęto upowszechniać tezę o niereformowalności ustroju komunistycznego.
Metoda rzekomej oczywistości polega na tym, aby właściwą propagowaną tezę przemycać jako założenie rzekomo oczywiste, przy okazji dyskusji nad jakimś innym problemem, który w tym wypadku spełnia funkcję nośnika propagandy.
Tej metody prawie nie stosowała oficjalna propaganda PRL, natomiast bardzo często była ona wykorzystywana przez propagandę zachodnią, np. w celu kreowania określonych autorytetów. Przy okazji dyskusji, powiedzmy nad tematem autonomii wyższych uczelni, lub zmian dokonanych w Polsce na wysokich stanowiskach, podawano mimochodem, jako rzekomo oczywisty pewnik, że jakiś naukowiec jest Oybitnym uczonym o utrwalonej pozycji w nauce światowej DRzecz charakterystyczna, że unikano przy tym najczęściej jakiejkolwiek merytorycznej informacji dotyczącej faktycznego dorobku naukowego danego osobnika.
Ta metoda prawie zawsze okazywała się skuteczna, bowiem odbiorcy komunikatów propagandowych (nawet jeżeli sami byli naukowcami), zastanawiając się nad omawianym problemem – np. autonomii wyższych uczelni czy zmian personalnych – przyjmowali podawane mimochodem rzekomo oczywiste założenie – że taki czy inny osobnik jest Oybitnym naukowcemH jako prawdziwe, a nawet nie podlegające dyskusji.
Metoda niedopowiadania wszystkiego do końca polega na tym, że podawane informacje preparuje się i zestawia w taki sposób, aby odbiorca sam wyciągał (a właściwie dopowiadał) sobie określone wnioski, wynikające z tych informacji, mając przy tym poczucie, że doszedł do nich OimodzielnieD
Metodę tą zastosował swego czasu Goebbels – w okresie gdy hitlerowcy mieli trudności z rozbiciem komunistów w Hamburgu polecił, by przez pewien okres czasu w całej prasie niemieckiej w kronice kryminalnej, podawać wyłącznie informacje o przestępstwach dokonanych w Hamburgu; w rezultacie czytelnicy mieli samodzielnie
dojść do wniosku, że Hamburg – w którym silne są wpływy komunistyczne – to miasto kryminalistów.
Przy zastosowaniu tej samej metody urabia się od dawna w niektórych państwach zachodnich (zwłaszcza w USA), złą opinię Polakom, podając np. w kronice kryminalnej, tonem rzeczowym, informację, że sprawcą pobicia był Kovalsky, Polak lat 32 przy innej okazji, że pijacką burdę wywołał Novak, Polak, lat 24 licząc na to, że już sami czytelnicy dokonają twórczego uogólniającego odkrycia, że Polacy to naród składający się głównie z pijaków, awanturników i ludzi marginesu społecznego.
Analogicznych metod socjotechniki propagandy można oczywiście wyliczyć znacznie więcej, w tym miejscu ograniczyliśmy się do tych podstawowych, które były najczęściej stosowane w trakcie walki informacyjnej w Polsce lub wobec Polski, podczas zimnej wojny.
Trzeba w tym miejscu stwierdzić, że bardzo często wymienione wyżej metody, nie mogą być stosowane równocześnie. Np. wykorzystanie metody stopniowania, może w pewnych sytuacjach wykluczyć wykorzystanie metody emocjonalnego pobudzania; albo też w innej sytuacji, zastosowanie metody zgodności informacji podawanych przez propagandę z potocznym doświadczeniem odbiorców komunikatów propagandowych, może wykluczyć zastosowanie metody informacji pożądanej.
W takich wypadkach propagandysta musi się zdecydować, którą metodę zastosuje, a z której zrezygnuje.
Oczywiście, im więcej metod uda się zastosować w propagandzie, tym bardziej będzie ona skuteczna. W związku z tym stosuje się często pewne rozwiązania kompromisowe. Np. propagandysta, chcąc wykorzystać równocześnie metodę emocjonalnego pobudzania i metodę zgodności z potocznym doświadczeniem odbiorców, stosuje tzw. szarą propagandę, która zawiera pewne elementy prawdziwe – łatwe do potwierdzenia przez potoczne doświadczenie odbiorców, oraz pewne elementy nieprawdziwe – trudne do stwierdzenia doświadczalnego, a przy tym pobudzające określone emocje. Taką właśnie szarą propagandę stosowało niejednokrotnie po mistrzowsku zarówno Radio Wolna Europapjak i Radio SVobodaD
W analogicznym celu stosowana bywa również tzw. czarna propaganda, która podaje informacje całkowicie nieprawdziwe (trudne do sprawdzenia dla odbiorców), ale za to silnie pobudzające emocjonalnie. Jako przykład można tu wskazać drukowanie w pewnym okresie przez prasę zachodnią sfałszowanych pamiętników różnych dygnitarzy komunistycznych. Metodę tą stosowała również niejednokrotnie propaganda komunistyczna w PRL, wykorzystująca różne spreparowane przez Służbę Bezpieczeństwa tzw. fałszywki.
Istnieje również tzw. biała propaganda, która ogranicza się do podawania informacji prawdziwych, a tylko odpowiednio dobranych, zestawionych, eksponowanych lub nieakcentowanych czy wreszcie odpowiednio komentowanych. Tego rodzaju propagandę uprawiają poważne czasopisma lub oficjalne państwowe rozgłośnie radiowe i telewizyjne na Zachodzie – takie jak np. Głos Ameryki czy BBC.
Możliwości zastosowania poszczególnych metod socjotechniki propagandy mogą być również ograniczone różnymi względami pozapropagandowymi – przede wszystkim politycznymi, a także etycznymi, prawnymi itp. Odnosi się to przede wszystkim do propagandy oficjalnej (nie tylko państwowej).

Utworzony w 1937 r. Instytut Analizy Propagandy Uniwersytetu Kolumbijskiego opracował siedem następujących zasad socjotechniki propagandy:
1.   Dołączanie epitetów w celu dyskredytowania osób, idei, planów w celu wywołania uczucia uprzedzenia, strachu lub nienawiści bez obiektywnej oceny czy analizy. Np. w okresie zimnej wojny propaganda amerykańska często używała takich określeń jak: stalinowiec, ortodoks, beton partyjny.
2.   Piękne ogólniki – próby ukrycia lub wypaczenia zjawiska za pomocą słów oznaczających powszechnie aprobowane lub dezaprobowane wartości. Amerykański naukowiec S. Sargent ustalił, że takie słowa jak: Wolność, demokracja, patriotyzm,  dominacja, autokratyzm, dyktatura  wywołują określone emocje nawet wówczas, gdy są wyłączone z danego kontekstu i włączone w inny; w związku z tym propaganda często posługuje się nimi dołączając je do określonych zjawisk lub osób, które chce promować lub zdyskredytować – np. demokratyczna opozycja Oolny świat komunistyczna dyktatura.
3.   Ludowość polega na przyjmowaniu pewnych form obyczajowości ludowej, aby wykazać związki z osobowością prostego człowieka. amerykańscy działacze polityczni często biorą udział w regionalnych zabawach, widowiskach takich jak rodeo z użyciem takich akcesoriów jak kapelusz kowbojski czy indiański pióropusz; w programach Radia Wolna Europa używano takich zwrotów jak chłopom polskim szczęść Boże, odwoływano się też do przysłów ludowych.
4.   Powoływanie się na autorytety – O.) za pomocą cytatów często wyrwanych z kontekstu i powoływania się na osoby cieszące się prestiżem w danej społeczności próbuje się przenieść autorytet tych osób na inne osoby czy zjawiska. Dla uzasadnienia aktualnej polityki – wewnętrznej i zagranicznej w amerykańskiej propagandzie występuje skłonność do powoływania się na wielkich Amerykanów: Waszyngtona, Lincolna, Jeffersona.
5.   Aksjomatyczność dowodów – jest to chwyt obliczony na bezkrytyczne przyjęcie informacji (nawet nieprawdziwych) podanych w formie pewnika, który nie wymaga dowodu i nie podlega krytyce; np. kasz kandydat jest człowiekiem nieskazitelnym, godynym celem naszej polityki jest obrona pokoju.
6.   Owczy pęd – O.) oznacza głoszenie tezy, że wszyscy członkowie danej zbiorowości akceptują program propagandzisty, dlatego w imię grupowej solidarności każdy musi się z nim pogodzić. Powyższa technika znajduje szczególne zastosowanie w odniesieniu do różnych grup religijnych i mniejszości narodowych. W amerykańskich kampaniach sztaby wyborcze często posługują się sloganem «głosujcie na naszego kandydata, on na pewno zwycięży».
7.   Tasowanie kart – O.) ta technika polega na odpowiednim doborze oraz interpretacji argumentów. W celu wywołania pozytywnego lub negatywnego stosunku do danej osoby operuje się danymi statystycznymi i fikcyjnymi, twierdzeniami fałszywymi i prawdziwymi, argumentami logicznymi i nielogicznymi. Powyższa technika znalazła szczególne zastosowanie w odniesieniu do wszystkich interwencji zbrojnych USA.
Prace zapoczątkowane przez Instytut Analizy Propagandy kontynuowali inni badacze, którzy znacznie rozszerzyli istniejący katalog technik propagandowych. Duże zainteresowanie instytucji propagandowych wzbudziła technika pod nazwą «wędzony śledź» (Red Herring). Celem tej techniki jest skierowanie opinii publicznej na uprzednio założoną sferę problemową czy odwrócenie uwagi opinii publicznej od niewygodnej dla danego dysponenta propagandy problematyki. Wśród naukowych wniosków i osiągnięć, które wykorzystuje się w praktyce propagandowej, poczesne miejsce zajmuje «prawo pierwszeństwa», które sformułował F. H. Lund. Dotyczy ono uwarunkowania efektywności kolejnością propagandowych działań, każda pierwsza informacja o tym czy innym fakcie ma o wiele bardziej silny wpływ niż następna. Spośród wielu badań eksperymentalnych na szczególną uwagę zasługują prace zespołu prof. Hovlanda, które dokonały istotnych uściśleń i ograniczeń «prawa pierwszeństwa». Przyznając obiektywną realność temu prawu, badacze określają warunki, które wzmacniają wpływ «prawa pierwszeństwa» lub – na odwrót – osłabiają. Podstawowymi czynnikami osłabiającymi wpływ «prawa pierwszeństwa» są: poziom intelektualny słuchaczy, przekonania światopoglądowe, przekonania polityczne, szeroka informacja o istotnych problemach, prestiż źródła informacji.

Spróbujmy scharakteryzować powyższe czynniki.
1.   Wysoki poziom intelektualny słuchaczy predysponuje jednostkę do elastycznych postaw, co wyraża się w krytycznym podejściu do prezentowanych informacji, w odrzuceniu stereotypów opartych na tradycji i konserwatywnych ideach. (… )
2.   Człowiek posiada potrzebę zachowania zgodności między uznanymi przekonaniami, stąd też występuje tendencja do odrzucenia informacji, która jest sprzeczna z przyjętymi przekonaniami48.
3.   Szeroka informacja, czyli odpowiadająca społecznemu zapotrzebowaniu – może «negatywne odczucia spowodowane faktycznie istniejącym lub wyimaginowanym niebezpieczeństwem zlikwidować lub ograniczyć»”9.
4.   Wiele osób w przyjmowaniu informacji kieruje się faktem pochodzenia źródeł informacji. Jeżeli źródło cieszy się uznaniem, informacje przyjmuje się jako prawdziwe, jeżeli źródło takiego uznania jest pozbawione, informację uważa się za fałszywą.

Wśród czynników, które wzmacniają wpływ «prawa pierwszeństwa» można wymienić następujące:
1)   w wysokim stopniu jest utrudniona lub nie istnieje możliwość korzystania z innego źródła informacji względnie odmawia się korzystania z innych źródeł;
2)   wpływ następnych źródeł informacji jest opóźniony, gdyż występuje po długim okresie czasu, kiedy dana informacja uzyskała społeczną aprobatę;
3)   kiedy pierwsze źródło przekazało informację w trakcie danych wydarzeń, a następne źródła dostarczały informacji już po samych wydarzeniach.
Istotne znaczenie dla skuteczności propagandy ma również zasób informacji i dostęp do źródeł – jeżeli ludzie programujący propagandę dysponują szerokim asortymentem informacji i mają łatwy dostęp do ich źródeł, wówczas mogą działać bardziej skutecznie niż w wypadku braku takich możliwości. Efektywność propagandy zależy też w niemałym stopniu od zdolności i fachowego przygotowania propagandystów, wreszcie od wyposażenia technicznego.
Dopiero zgranie i łączne wykorzystanie wszystkich wymienionych wyżej czynników, a przynajmniej większej ich części, może zapewnić sukcesy w walce informacyjnej i manipulowaniu masami.
Rola propagandy w procesach manipulacji masami oraz w walce informacyjnej jest duża, ale jednak ograniczona – nie ona sama decyduje o sukcesach. Zasadnicze znaczenie – zwłaszcza na dłuższą metę – ma charakter podejmowanych przez ośrodki kierownicze decyzji, a także sposób ich wykonania. Jeżeli decyzje będą błędne lub nawet słuszne ale źle wprowadzane w życie, wówczas nawet najlepsza propaganda, na dłuższą metę nie będzie skuteczna.
Z drugiej strony, w walce informacyjnej, propaganda może być wykorzystywana do dezinformowania przeciwnika i inspirowania jego błędnych decyzji, które się następnie wykorzystuje (nie tylko propagandowo). Np. zachodnia propaganda odegrała pewną rolę w inspirowaniu decyzji kierownictwa PRL, dotyczących zakupu różnego rodzaju licencji i ciągów technologicznych z Zachodu – nie zawsze optymalnych, chociaż oczywiście nie była jedynym czynnikiem inspirującym te decyzje. W rezultacie Polska gospodarka uzależniła się technologicznie od Zachodu, w okresie restrykcji – po wprowadzeniu stanu wojennego w Polsce – spowodowało to określone negatywne konsekwencje, zaś propaganda zachodnia z dobrym skutkiem wykorzystywała złą sytuację gospodarczą PRL do krytykowania jej kierownictwa politycznego i ustroju.
Na dłuższą metę najlepsze wyniki uzyskuje propaganda, która wspomaga odpowiednie prawidłowe decyzje polityczne i gospodarcze, bowiem najlepiej nawet prowadzona propaganda nie jest w stanie na dłuższą metę uzyskać odpowiednich rezultatów, gdy postawi się przed nią zadanie ciągłego uzasadniania błędnych decyzji.
Ludzie zajmujący się programowaniem propagandy własnej nie powinni ulegać propagandzie przeciwnika i muszą być wyczuleni na jego inspiracje, które mogą być nieraz zręcznie kamuflowane. Starać się też powinni chronić własne kierownictwo przed podejmowaniem błędnych decyzji.

Zobacz na:
Wpływ totalnej wojny informacynej na dzieje PRL – Józef Kossecki

Odp: Myślenie pojęciowe, a myślenie stereotypowe

doc. Józef Kossecki – Stereotypy i ich rola w procesach manipulacji społeczeństwem

doc. Józef Kossecki – Stereotypy i ich rola w procesach manipulacji społeczeństwem cz. II

“Zacznij tam gdzie jesteś, użyj tego co masz, zrób co możesz”
Nie negocjuje na rozsądnych warunkach z ludźmi, którzy zamierzają mnie pozbawić rozsądku.

Żyjemy w epoce informacji łupanej – doc. Józef Kossecki

Problemy poznawcze i decyzyjne w działaniach społecznych

MYŚLENIE POJĘCIOWE I STEREOTYPOWE A PROBLEM SEKT

Myślenie pojęciowe a myślenie stereotypowe cz.2

MYŚLENIE POJĘCIOWE I STEREOTYPOWE A PROBLEM SEKT

Dotykając problemu sekt i różnych grup religijnych dochodzimy do zawiłych, często
sporów, dotyczących podania definicji „sekty” i jej charakterystyki oraz ustalania kryteriów oceny danej grupy1. Czy mają to być kryteria prawne (związek zarejestrowany czy nie w danym państwie, wówczas ta sama grupa raz może być traktowana jako sekta, a w innym wypadku jako legalnie działająca organizacja religijna), kryteria dogmatyczne (czy poglądy, nauka głoszona wdanej wspólnocie jest zgodna z przekonaniami definiującego), kryterium metod działania(czy dana grupa stosuje psychomanipulację, totalność wkraczającą w możliwie wszystkie dziedziny życia, czy wprowadza ograniczenia wolności swych członków, w jakim
zakresie, czy stosuje izolacjonizm itp.).
Kryteria te, choć niosąc pewną precyzję i będąc wyznacznikiem oceny, stają się jednocześnie źródłem kolejnych kontrowersji. I tak np. gdy weźmiemy problem ograniczania wolności to w takich podmiotach jak wojsko, zakony (nie tylko chrześcijańskie), seminaria duchowne, życie członków podlega wielu ograniczeniom, kontroli… W pedagogice i procesach wychowawczych  często stosuje się metody socjotechniki czy nawet psychomanipulacji, by dotrzeć z pewnymi treściami do młodego człowieka lub by móc opanować zachowanie jakiejś grupy osób. Technika ta bardzo często jest stosowana podczas negocjacji, przez psychologów,
czy policyjnych negocjatorów np. w wypadku podejmowania prób samobójczych
przez różne zdesperowane osoby. Pomocnym  kryterium może być konieczność uwzględnienia kilku czynników występujących jednocześnie,by moc mówić o sekcie czy działaniu destrukcyjnym. Lubelski ośrodek zajmujący się m. in. problemem sekt, proponuje uwzględnienie dwóch czynników: totalności i psychomanipulacji (szczególnie związanej z ukrywaniem przed członkami rzeczywistych celów działania, różniących się od deklarowanych). Ważne jest w tym wypadku, iż czynniki te musiałyby występować w znacznym stopniu i zachodzić jednocześnie2.
Ja pragnąłbym dyskusję na temat destrukcji sekt i ich charakterystycznych cech, ująć
na płaszczyźnie sposobu myślenia, motywacji i relacji, jakie zachodzą w danej grupie, odwołując się m. in. do osiągnięć polskiej szkoły cybernetycznej.
Myślenie ludzkie możemy podzielić m. in. na pojęciowe i stereotypowe.
Muszę tu określić, co w dalszym ciągu będę rozumiał przez pojęcie a co przez stereotyp.
Oprócz definicji słownikowych, do których można dotrzeć, tu zaznaczymy różnice, jakie między nimi zachodzą. Otóż ten sam wyraz może być pojęciem lub stereotypem. Pojęciem jest wówczas gdy używany jest w określonym znaczeniu, gdy towarzyszy mu rzeczowa, metodologiczna, precyzyjna definicja. Warstwa poznawcza jest tam więc decydująca, natomiast warstwa wartościująca,oceniająca jest minimalna lub nie występuje w ogóle. Dokładnie odwrotnie jest w wypadku stereotypu. Tu warstwa poznawcza, metodologiczna jest minimalna, a wartościująca, oceniająca (na plus, lub minus – stereotypy pozytywne i stereotypy negatywne) jest rozbudowana i decydująca. Np. słowo: „żyd” może być pojęciem, gdy używane jest w określonym, sprecyzowanym znaczeniu, w kontekście naukowym, socjologicznym, religijnym itp. Może też być stereotypem, np. w negatywnie (domyślnie) wartościującej wypowiedzi człowieka o przekonaniach antysemickich: „Och to jakiś żyd!”
Warto dodać, iż stereotypy służą do sterowania różnymi grupami ludzkimi; szczególnie tymi, które nie żądają precyzji informacji i nie sprawdzają ich wiarygodności w źródłach. By sterować, manipulować tymi grupami należy wiedzieć, jakie stereotypy w danej społeczności są pozytywne, a jakie negatywne. Ten sam wyraz może być różnym stereotypem w zależności od grupy. Np. słowo „liberał” może być pozytywnym stereotypem w niektórych grupach, a bardzo negatywnym w innych3. Słowo „sekta” może być również używane jako stereotyp (z reguły negatywny) lub jako pojęcie. W niniejszym tekście używamy go w tym drugim znaczeniu. Myślenie pojęciowe to myślenie opierające się przede wszystkim na faktach, źródłach, pragnące odkryć i dotrzeć do prawdy obiektywnej w danym temacie. Osoba, która się nim kieruje,gdy słyszy opinie przeciwne jej poglądom, przekonaniom czy wiedzy w danym temacie, nie odrzuca ich a priori, ale stara się je zweryfikować, sprawdzić.Gdy okażą się zgodne z rzeczywistością, osoba ta, gotowa jest raczej zmienić swoje przekonania i opinie w danym zakresie, niż swą ideologię, stawiać ponad odkrytą prawdę, fakty, rzeczywistość.
W myśleniu stereotypowym dominuje zdecydowanie ideologia, utarte przekonania,
stereotypy (stąd nazwa), przyzwyczajenie itp.Gdy osoba kierująca się tym typem myślenia spotyka się z poglądami i informacjami burzącymi jej utarte przekonania, gotowa jest raczej odrzucić te informacje bez weryfikacji, ograniczyć czy skończyć znajomość z osobami i podmiotami, które takich informacji dostarczają.
Analizując relacje wewnątrz wielu grup religijnych okazuje się, iż dominuje tam bezwzględne, bezkrytyczne, niepodlegające dyskusji posłuszeństwo guru, przywódcy, animatorowi, prowadzącemu.Różne przejawy pytań, dyskusji, dotarcie do prawdy, czy wątpliwości widziane są źle. Podobnie jak edukacja, studiowanie czy kontakty z innymi, którzy mogą stać się źródłem wątpliwości i niewygodnych pytań. W tym ujęciu istotni są nie tyle członkowie danej grupy, lecz relacje, jakie między nimi zachodzą, jakie się rozwija, a jakie z tych relacji się eliminuje.
Informacje, które zaprzeczają, podważają,obalają jakieś fragmenty doktryny danej
grupy nie są sprawdzane, lecz od razu wartościowane negatywnie i odrzucane bez weryfikacji źródłowej. Stąd przede wszystkim akcent na rozwijanie motywacji ideologicznych, a redukowanie motywacji poznawczych. Tak więc z psychocybernetycznego punktu widzenia chodzi tu o eliminację bardzo ważnych motywacji, które sterują postępowaniem człowieka;jego decyzjami, patrzeniem na świat itp.

Polska szkoła cybernetyki społecznej wyróżnia 6 podstawowych typów motywacji 4,
(wymienimy je w kolejności od najbardziej energomaterialnych po najbardziej informacyjne):
– witalne (podejmuję dane działania by utrzymać się przy życiu, przekazać życie, zająć dobrą pozycję w grupie, zapewnić dobrą pozycję wżyciu moim bliskim, swemu otoczeniu czy ogólnie – swojej grupie społecznej);
– ekonomiczne (podejmuję dane działania bo przynoszą one zysk);
– prawne (podejmuję dane działania bo są one zgodne zobowiązującym prawem, nie podejmuję działań gdyż prawo ich zabrania);
– etyczne (działam, bo jest to dobre i przynosi dobro);
– ideologiczne (działam, bo domaga się tego moja ideologia,wiara, system przekonań, w które szczerze wierzę);
– poznawcze (staram się poznać prawdę, przyjmuję coś bo jest to prawdą).

Z tego punktu widzenia nie jest najważniejsza sama definicja sekty albo spory, czy
dana grupa religijna to sekta czy nie.Najważniejsze jest, czy w danej grupie zachęca się członków do krytycznego(choć nie krytykanckiego) myślenia, samodzielności w docieraniu do informacji źródłowych, ocenianiu ich wartości; czy prawdę stawia się ponad ideologię, czy chwali się angażowanie rozumu (ratio), czy też rzeczywistość sprowadza się tylko do subiektywnych uczuć, emocjonalizmu,subiektywizmu, argumentu: „Bo mi się tak wydaje!” „Bo jak tak uważam!”, „Bo tak mówi lider!” Niestety dziś w wielu grupach nie tylko religijnych, ale też ekonomicznych, politycznych, mile widzi się bezwzględne posłuszeństwo,wasalizm, bezkrytyczne podporządkowanie, a nie krytycyzm, samodzielność w myśleniu. Członków nie
zachęca się do tego by nie wierzyli na słowo słyszanym informacjom, ale przede wszystkim by starali się je krytycznie przemyśleć, sprawdzić, docierać do dalszych.
Taka postawa może być bardzo destrukcyjna. Znany jest w Polsce przykład sekty Niebo pana Kacmajora, która działała m. in. pod Lublinem. Na małym obszarze działki jednorodzinnej zgromadziło się kilkadziesiąt osób w różnym wieku, gdzie razem egzystowali. Wszyscy byli tak ślepo zapatrzeni w Kacmajora (w ich umysłach miał stereotyp pozytywny), że on kojarzył tzw. małżeństwa i nieważne np. było, że chłopiec mógł mieć 16 lat a kobieta 54i wcześniej prawie się nie znali, ale według nich sam Kacmajor, (który jakwierzyli ma bliski kontakt z Bogiem) nie może się mylić. Rodzice z sekty Kacmajora nie posyłali do szkoły swoich dzieci. Kacmajor tłumaczył to tym, iż w szkołach będzie się ich uczyć rzeczy sprzecznych z Biblią, np. na chemii nauczyciele będą im wpajać, że niemożliwa jest przemiana wody w wino, a na fizyce, że nie możliwe jest chodzenie po wodzie… Powszechnym faktem jest, iż
przywódcy sekt izolują swoich członków i zabraniają, odradzają lub zniechęcają do studiowania, rozwijania naukowej pracy. Wiedzę spoza sekty traktuje się jako mało wartościową lub szkodliwą. U świadków Jehowy, z którymi mam okazję spotykać się od ponad 20 lat zdecydowanie źle widziano pęd do nauki i studiowania rzeczy pozabiblijnych, które zabierają czas,który należałoby raczej przeznaczać na głoszenie od domu do domu, tym bardziej,że już tuż tuż jest koniec tego systemu rzeczy (koniec świata).
Żeby zilustrować jak sprzeczne są te dwa sposoby myślenia zobaczmy to na przykładzie znanego przesądu czarnego kota, który przebiega drogą i jeśli ktoś tę drogę przetnie musi spotkać się z nieszczęściem w jakiejś formie. Wyobraźmy sobie taką sytuację: Idę ze znajomymi, spieszymy się bo jesteśmy spóźnieni, nagle ktoś krzyczy:
– Stójcie, stójcie!
– O co ci chodzi, przecież jesteśmy spóźnieni?
– Nie widziałeś? Czarny kot przebiegł drogę,jeśli ktoś pierwszy przejdzie to będzie miał pecha, nieszczęście!
I tu zderzają się dwa sposoby myślenia. Ale wierzymy, iż w XXI w. dotrę z logicznymi argumentami, a przynajmniej wzbudzę wątpliwości u kogoś kto myśli tak stereotypowo. Próbuję tłumaczyć:
– Słuchaj mówisz, że jak czarny kto przebiegnie drogę to będzie pech, a jak czarny kto nie przebiegł tylko powoli przeszedł toteż działa czy nie działa. A jak nie przeszedł, nie przebiegł, nie przeczołgał się tylko ktoś go wziął na ręce i obszedł mnie wokół, to mam być z zaklętym kręgu na zawsze? A może szybkość nieszczęścia, jakie ma mnie dopaść jest proporcjonalne do szybkości przebiegającego czarnego kota?
Myślę sobie przekona go to. Nic z tych rzeczy.Raczej się obruszy:
– Ty się nie znasz, tylko się wyśmiewasz, nie rozumiesz tego!
– Nie rozumiem więc pytam logicznie.
Nie tracąc w racjonalne myślenie człowieka próbujemy dalej.
– No Dorze przyjmijmy, że nie ma wpływu prędkość przemieszczającego się przede mną czarnego kota. Ale okazało się, iż ten czarny kot ma półtora milimetra kwadratowego białej plamki za uchem. Rodzi się pytanie: Czy to jeszcze czarny kot czy już czarno-biały i zły urok nie zadziała.Jeśli to jest jeszcze czarny kot to ile procent czarnego kota musi być czarne żeby zły urok działał, a ile żeby można go uważać za czarno-białego. A może znów natężenie, wielkość nieszczęścia, jakie ma mnie spotkać jest proporcjonalna do powierzchni zaczernienia przebiegającego kota? Kto to badał,czy jakiś uniwersytet, instytut weterynarii, naukowiec?
Gdzie wyniki były publikowane, jakie metody stosowano itd.
Podobny przykład możemy podać ze znanym zjawiskiem kupna samochodu. Jeśli człowiek jest zauroczony jakimś autem, to tłumaczenie, ostrzeganie przed kupnem bubla przez kogoś kto chłodnym i fachowym okiem mu się przygląda nie spotyka się z posłuchem. Sprzedawca jeszcze roztoczy bajkową wizję danego auta, da się przejechać, model, kolor jest taki, jaki od dawna chciałem więc bezkrytycznie się kupuje; często potem szybko się przekonując o wielu ukrytych usterkach.
Warto pamiętać, iż jeśli w danym temacie ktoś ma myślenie typowo stereotypowe, to występowanie przeciwko jego poglądom i motywowanie swego odmiennego zdania rzeczowymi, logicznymi, naukowymi,źródłowymi argumentami nie zostanie przyjęte, przynajmniej nie od razu;natomiast jest bardzo prawdopodobne, że jedynym skutkiem będzie to, że sobie zniechęcę,zrażę czy wręcz pokłócę się z moim dyskutantem. W takim przypadku, żeby dotrzeć do jego myślenia potrzeba czasu i innej metody działania uwzględniającej jego stereotypy.
Jeżeli jestem nauczycielem, wykładowcą, naukowcem warto zwrócić uwagę, jaki model dominuje w mojej postawie i jaki model kreuję u swoich uczniów, studentów, słuchaczy; czy zachęcam do krytycznego (choć niekrytykanckiego) myślenia – również względem treści, jakie słyszą ode mnie – do samodzielności w myśleniu, analizowaniu i docieraniu do informacji, sprawdzania faktów głównie w źródłach itp. Czy też raczej preferuję tych, którzy we wszystkim ze mną się zgadzają, nie zgłaszają krytycznych uwag, alternatywnych czy wręcz innych ujęć …?
Warto wychowywać już od dziecka do myślenia wżyciu. Można to robić w szkołach np. na lekcji wychowawczej w formie warsztatów.Pytamy dzieci jakie zwierzę jest symbolem mądrości: np. sowa, a jakie symbolem głupoty, lekkomyślności, np. osiołek. Dzielimy klasę na dwie grupy. Jedna na kartonie rysuje jedno zwierzę i wokół niego wypisuje przymioty, jakie symbolizują dane zwierzę, druga grupa drugie. Dwie osoby referują i uzasadniają krótko dlaczego te przymioty. Komentujemy je i wskazujemy by wyrabiać w swoim życiu cechy, których symbolem jest np. sowa.
Działanie ukierunkowane na rozbudzanie motywacji poznawczych (i etycznych), winno być dominujące, jeśli w danej wspólnocie chcemy wychować, uformować, wykształcić przyszłe, prawdziwe elity.

Andrzej Wronka
Węgrów, Polska

1 M. Pytlak, Rozpoznać sektę, Radom 2005, s. 12-16; T. Paleczny, Sekty. W poszukiwaniu utraconego raju, Kraków
1998, s. 32.
2 Por. P. Królak, Sekty inwazja manipulacji, Radom 2003, s. 9; D. Kuncewicz, Psychomanipulacja a młodzież –
zjawisko,zagrożenie, pomoc. Komplementarność ofert i potrzeb w zjawisku psychomanipulacji, Lublin 2002,
s. 9.16.
3 Por. J. Kossecki, Cybernetyczna analiza systemów i procesów społecznych, Kielce 1996, s. 147-151.
4 Por. tamże, s. 102-113.

http://nai.blog.onet.pl/2011/11/27/myslenie-pojeciowe-a-mylenie-stereotypowe-cz-2

Re: Myślenie pojęciowe a myślenie stereotypowe

Wykład „Myślenie pojęciowe a myślenie stereotypowe” – Prelegent Andrzej Wronka

Myślenie pojęciowe a myślenie stereotypowe” – to temat wykładu przeprowadzonego przez Pana Andrzeja Wronkę, którego mieliśmy okazję gościć 28 września br. w Zduńskiej Woli, w ramach cyklu spotkań organizowanych przez Narodową Akademię Informacyjną.
Poniżej, prezentujemy w lapidarnym ujęciu czego dotyczył omawiany temat, aby zachęcić Państwa do udziału w naszych spotkaniach. Rozpoczniemy od wyjaśnienia podstawowych pojęć, aby przybliżyć, co konkretnie będziemy rozumieli używając wyrazu w rozumieniu pojęciowym i stereotypowym. Z hasłem pojęcie mamy do czynienia kiedy „używany jest w określonym znaczeniu, gdy towarzyszy mu rzeczowa, metodologiczna, precyzyjna definicja. Warstwa poznawcza jest tam więc decydująca, natomiast warstwa wartościująca, oceniająca jest minimalna lub nie występuje w ogóle. Dokładnie odwrotnie jest w wypadku stereotypu. Tu warstwa poznawcza, metodologiczna jest minimalna, a wartościująca, oceniająca (na plus, lub minus — stereotypy pozytywne i stereotypy negatywne) jest rozbudowana i decydująca. Na przykład słowo: „żyd” może być pojęciem, gdy używane jest w określonym, sprecyzowanym znaczeniu, w kontekście naukowym, socjologicznym, religijnym itp. Może też być stereotypem, np. w negatywnie (domyślnie) wartościującej wypowiedzi człowieka o przekonaniach antysemickich: „Och to jakiś żyd!”.
Stereotypy służą do sterowania różnymi grupami ludźmi, a szczególnie tymi, które nie żądają precyzyjnych informacji i nie sprawdzają ich wiarygodności w źródłach. By sterować, czy też manipulować tymi grupami, należy wiedzieć jakie stereotypy w danej społeczności są pozytywne, a jakie negatywne. Ten sam wyraz może być różnym stereotypem w zależności od grupy. Dla przykładu wyraz „liberał” może być pozytywnym stereotypem w niektórych grupach, a bardzo negatywnym w innych. Słowo „sekta” może być również używane jako stereotyp (z reguły negatywny) lub jako pojęcie. W niniejszym tekście używamy go w tym drugim znaczeniu. Myślenie pojęciowe to myślenie opierające się przede wszystkim na faktach, źródłach, pragnące odkryć i dotrzeć do prawdy obiektywnej w danym temacie. Osoba, która się nim kieruje, gdy słyszy opinie przeciwne jej poglądom, przekonaniom czy wiedzy w danym temacie, nie odrzuca ich a priori, ale stara się je zweryfikować, sprawdzić. Gdy okażą się zgodne z rzeczywistością, osoba ta, gotowa jest raczej zmienić swoje przekonania i opinie w danym zakresie, niż swą ideologię, stawiać ponad odkrytą prawdę, fakty, rzeczywistość.
W myśleniu stereotypowym dominuje ideologia, utarte przekonania, stereotypy (stąd nazwa), przyzwyczajenie itp. Gdy osoba kierująca się tym typem myślenia spotyka się z poglądami i informacjami burzącymi jej utarte przekonania, gotowa jest raczej odrzucić te informacje bez weryfikacji, ograniczyć czy zakończyć znajomość z osobami i podmiotami, które takich informacji dostarczają.
„(…) Analizując relacje wewnątrz wielu grup religijnych okazuje się, iż dominuje tam bezwzględne, bezkrytyczne, nie podlegające dyskusji posłuszeństwo guru, przywódcy, animatorowi, prowadzącemu. Różne przejawy pytań, dyskusji, dotarcie do prawdy, czy wątpliwości widziane są źle. Jeżeli jestem nauczycielem, wykładowcą, naukowcem warto zwrócić uwagę, jaki model dominuje w mojej postawie i jaki model kreuję u swoich uczniów, studentów, słuchaczy; czy zachęcam do krytycznego (choć nie krytykanckiego) myślenia — również względem treści, jakie słyszą ode mnie — do samodzielności w myśleniu, analizowaniu i docieraniu do informacji, sprawdzania faktów głównie w źródłach itp. Czy też raczej preferuję tych, którzy we wszystkim ze mną się zgadzają, nie zgłaszają krytycznych uwag, alternatywnych czy wręcz innych ujęć . Warto wychowywać już od dziecka do myślenia w życiu.”