dr Jaap Houtappel, były adwokat i docent w uniwersytecie Leiden, Holandia.

Odpowiedzialność Kaczyńskich za katastrofę smoleńską [LIST]dr Jaap Houtappel 2016-04-27

 

dr Jaap Houtappel, były adwokat i docent w uniwersytecie Leiden, Holandia.

Z ustaleniem przyczyn katastrofalnego końca podróży powinna się wiązać kwestia odpowiedzialności głównego zleceniodawcy przedsięwzięcia, czyli prawnej odpowiedzialności prezydenta Lecha Kaczyńskiego i jego kancelarii „ministrów prezydenta”. Przedstawiam moją opinię prawnika jako wkład do dyskusji na ten temat.

Polityka Lecha Kaczyńskiego w sprawie Katynia

Jawne przeciwdziałanie planom rządów rosyjskiego i polskiego (Sikorski/Ławrow) w lecie 2009 r., o wspólnym upamiętnieniu zbrodni katyńskiej w „duchu pojednania” zaczyna się przy obchodach 70. rocznicy ataku niemieckiego 1 września 1939 na Westerplatte 1 września 2009 r., w których wziął udział premier Władimir Putin.

Kaczyński na Westerplatte (Biała Księga str. 25): „(…) Walki w kampanii wrześniowej trwały do Kocka, do 6 października. Potem przyszła noc okupacji. Noc, której istotą była zbrodnia, której istotą był Oświęcim, istotą był Holokaust, ale istotą był Katyń. Można zadać pytanie, jakie jest porównanie między Holokaustem realizowanym przez nazistowskie Niemcy a Katyniem realizowanym przez sowiecką Rosję. Jest jedno porównanie między tymi zbrodniami, chociaż ich rozmiary były różne. Żydzi ginęli dlatego, że byli Żydami, polscy oficerowie ginęli dlatego, że byli polskimi oficerami. (…)

Porównanie z Holokaustem miało podwyższyć „rangę” pamięci o zbrodni katyńskiej i w ten sposób uzasadnić, że jedynie przedstawiciel Polski najwyższej rangi mógłby przewodniczyć w uczczeniu pamięci: („Rosjanie z Tuskiem próbowali obniżyć rangę”). Stanowczo postawił i powtarzał, że zbrodnia katyńska była „ludobójstwem”, wiedząc, że Rosjanie w pełni i od dawna uznają, że zabicie uwięzionych polskich oficerów w Katyniu było zbrodnią wojenną, ale zaprzeczają kategorycznie i nie bez racji kwalifikacji „ludobójstwo”.

Niemcy zabijali Żydów, dlatego że byli Żydami, sowieci zaś zabili polskich oficerów – nie dlatego że byli Polakami, ale dlatego, że byli polskimi oficerami wojska, z którym wtedy prowadzili wojnę.

Na krytykę reagował Kaczyński, że co prawda w Katyniu nie chodziło a zagładę całego polskiego narodu, ale o zagładę „elity” narodu. Ten termin „elita Polski” mógł o tyle być prawdziwy, że oficerowie na ogół należeli do „panów” średniej czy wyższej klasy, bo musieli mieć autorytet wobec szeregowych żołnierzy, wieśniaków i robotników. Słowo „elita” ma różną konotację w dyskursie polityków. Później pisowska propaganda nazwała PO „elitą”, która rządzi i się bogaci, gdzie lud cierpi.

W czasie wojny zabija się oficerów i szeregowych żołnierzy wojska nieprzyjaciela, tych ostatnich na ogół w większej liczbie niż tych pierwszych, ale genewska konwencja zabrania zabijania więźniów wojennych. Właśnie to się stało w Katyniu, i to jest poważną zbrodnią wojenną. Jest wiele przykładów zbrodni wojennych. Można Katyń porównać z innymi zbrodniami wojennymi, jak na przykład z zamordowaniem i powolnym wygłodzeniem na śmierć pod gołym niebem rosyjskich jeńców za to, że byli żołnierzami Armii Czerwonej, w hitlerowskim obozie w Amersfoort w Holandii („Kotälla, kat Amersfoorta” został osądzony w Norymberdze), ale oczywiście nie z obozami zagłady Żydów w hitlerowskim programie eksterminacji wszystkich Żydów w Europie.

Porównanie zbrodni katyńskiej z Holokaustem brzmi jak negacja Holokaustu, tak jak ekskluzywny nacisk na Holokaust może być odebrany jako negacja setek milionów innych ofiar tamtej wojny. Pamięć o ofiarach drugiej wojny światowej, teraz, w wieku XXI, obejmuje nawet niemieckie ofiary. Światowa wojna była światową tragedią.

Kaczyński dobrze wiedział, że rząd Putina był gotowy do uznania zbrodni katyńskiej jako zbrodni wojennej, ale za żadne skarby nie zaakceptowałby formuły, że Rosjanie w 1940 r. w Katyniu popełnili ludobójstwo.

Kaczyński chciał zatruć plan Putin/Tusk. Wiedział, że to absolutnie wykluczone, aby Rosjanie wspólnie z Polakami „w duchu pojednania” uczcili pamięć o Katyniu jako ludobójstwa.

Putin i z nim rosyjska strona miała na myśli Katyń, miejsce, w którym „pod koniec lat 30. w wyniku represji politycznych zginęli obywatele Związku Radzieckiego, a w roku 1940 zostali rozstrzelani polscy oficerowie, i później najeźdźcy hitlerowscy zamordowali wielu żołnierzy Armii Czerwonej” (Biała Księga str. 39).

Wypowiedź ambasadora Rosji w Polsce Władimira Grinina o celu spotkania Putina – Tuska 7 kwietnia 2010: (raport zespołu Macierewicza, 2011, str. 35, załącznik 24): „Obchody 7 kwietnia traktujemy jako wydarzenie o charakterze znaczącym i symbolicznym dla stosunków polsko-rosyjskich. Zamierzamy razem z Polakami uczcić pamięć ofiar represji totalitarnych, pośród których Katyń stał się jednym z najtragiczniejszych epizodów.

W Polsce mówiło się o „ostatecznej decyzji” prezydenta Kaczyńskiego, że pojedzie. Sikorski i Komorowski odradzili mu, Sikorski sugerując, że lepiej spotkać się jako prezydent Polski z prezydentem Rosji Miedwiediewem w maju na obchodach końca II wojny światowej w Moskwie, na które go na pewno zaproszą, a Komorowski, wtedy marszałek Sejmu, że prezydent, który chce pojechać do innego państwa, nie będąc zaproszonym przez prezydenta tego państwa, to niesłychana rzecz, i niezgodna z honorem prezydenta Polski.

Bezskutecznie. Kaczyński chyba liczył na to, że premier Tusk w końcu ustąpi, ale Tusk nie ustępował, właściwie ustąpił tylko w jednym punkcie: daty, która już została ustalona na sobotę 10 kwietnia. Putin i Tusk przenieśli swoje spotkanie na środę 7 kwietnia.

Putin podkreślał, że uznaje obchody z premierem Tuskiem 7 kwietnia i że traktuje przyjazd Lecha Kaczyńskiego 10 kwietnia jako prywatną pielgrzymkę, tak jak odwiedziny dzieci lub wnuków polskich oficerów pochowanych w Katyniu, które co rok się odbywały. Lech Kaczyński natomiast podkreślał do swoich zwolenników, że prawdziwe i oficjalne obchody 70. rocznicy odbędą się w 10 kwietnia, pod jego egidą.

Dla polskiej Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa, i dla publiczności w ogóle, wyglądała to jak opcja do wyboru. Dla tych, którzy chcieli być na uroczystościach z prezydentem w sobotę 10 kwietnia, był zarezerwowany specjalny pociąg w piątek wieczorem z Krakowa. To było około 300 osób. A Rosjanie i mniejsza grupa Polaków pojechała na obchody w środę 7 kwietnia z Putinem i Tuskiem „w duchu pojednania” potomków polskich i rosyjskich ojców i dziadów w Katyniu zamordowanych.

Zasadniczy błąd Lecha Kaczyńskiego

Największy błąd wymieniony przez zespół Macierewicza w sprawie smoleńskiej to była „rywalizacja polityczna”, mając na myśli, że to błąd premiera Tuska. Ale to prezydent rywalizował z premierem rządu o prowadzenie polityki zagranicznej, szczególnie w stosunku do Rosji. Na czym polegała ta rywalizacja polityczna według Antoniego Macierewicza?

Raport 2015, str. 9: „Po utworzeniu rządu Donalda Tuska rozpoczęto próby blokowania realizacji przez Prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego kompetencji Głowy Państwa”.

Tymczasem było już po samodzielnej inicjatywie prezydenta Kaczyńskiego o wizycie w Gruzji, już był ten list do państw członkowskich NATO, żeby Ukrainę włączyć do NATO, później wykorzystany w wojnie o Donbas przez propagandę rosyjską i separatystów, że nie chodzi o suwerenną Ukrainę, ale o to, że „Amerykanie chcą mieć bazy na Ukrainie”.

W roku 2009, gdy prezydent zamierzał również się wmieszać w politykę Rady Europy, Donald Tusk ostro reagował. Po szokującym pojawieniu się prezydenta na posiedzeniu Rady premier Tusk zwrócił się do Trybunału Konstytucyjnego. Tusk chciał, w ujęciu Macierewicza: „blokować” dalsze kroki prezydenta w dziedzinie polityki zagranicznej.

Trybunał Konstytucyjny w 2009 r.

Trybunał jednak przyznał rację Tuskowi. Macierewicz o tym milczy, w raportach nie ma nic o tej decyzji Trybunału. Pisze o „kompetencji Głowy Państwa” jakby orzeczenie TK w 2009 r. o granicy tej „kompetencji” w sprawach polityki rządu nie istniało (Orzeczenie OTK ZU nr 5/A/2009, poz. 78).

Orzeczenie mówi, że z mocy Konstytucji prezydent jest „najwyższym przedstawicielem RP” (art 126). Ale to Rada Ministrów prowadzi politykę wewnętrzną i zagraniczną RP (art 146 K.). A „głową” Rady Ministrów jest premier rządu. Trybunał rozważa, że ważna jest dobra współpraca między prezydentem i premierem, i że w zasadzie nie jest wykluczone, że w delegacji do Rady Europy też uczestniczy prezydent, ale że premier decyduje o składzie delegacji. W praktyce to oznacza, że premier bierze ze sobą ministra lub ministrów z resortu tematu obrad.

Rozważania TK o współdziałaniu prezydenta z działającym prezesem rady ministrów, aby na zewnątrz nie wyszły sprzeczne stanowiska, odnosiły się do art. 133 pkt. 3 Konstytucji: „Prezydent RP w zakresie polityki zagranicznej współdziała z Prezesem Rady Ministrów i właściwym ministrem”.

Minister nie może się w Sejmie bronić przeciw krytyce jego decyzji, że taka była wola prezydenta, że prezydent mu kazał tak zdecydować. W obecnej sytuacji Beata Szydło może powtarzać „my” i jeszcze „my”, ale za to „my”, nie może się nie obronić w Sejmie, że działa na zlecenie prezydenta Andrzeja Dudy.

Racja podziału władzy między prezydentem i rządem w Polsce, Niemczech i innych krajach Europy jest prosta. Parlament reprezentuje naród. Rząd jest odpowiedzialny za swoje działania wobec Parlamentu. W parlamencie wyraża się wola obywateli w sprawach rządzenia poprzez posłów różnych partii, z których raz jedna, raz druga ma większość głosów. Z różnych powodów rząd jednej politycznej orientacji może upaść na korzyść nowego rządu innej orientacji. Prezydent musi być o tyle niepartyjny, że on może być gwarantem ciągłości państwa w chwilach kryzysów rządowych, i musi być w stanie wypełniać swoją funkcję przy każdej zmianie większości głosów i każdej zmianie rządu w okresie swojej kadencji.

Nie podoba mi się polskie określenie: „liberalna demokracja”, bo kojarzy się z liberalną partią, gdyż ustrój demokracji nie powinien być inny przy rządzącej socjalistycznej lub wyznaniowej partii. Rozumiem, że termin „liberalna demokracja” w historii Polski wyraża różnicę z „demokracją ludową” z czasu komuny. W holenderskiej historii „demokracja” zastępowała okres dekretów króla. Od zmian w roku 1848 holenderska demokracja nazywa się „demokracją parlamentarną” i z tym związana jest „ministerialna odpowiedzialność, za decyzje rady lub oddzielnych ministrów wobec parlamentu”.

Taka jest sytuacja od roku 1848. W Holandii jest „konstytucyjna monarchia”. Król ma funkcję państwową reprezentacyjną dla Królestwa Niderlandów, wewnątrz i jakby też najwyższego ambasadora kraju na politycznie neutralnym lub niespornym gruncie, i m.in. jako gwarant ciągłości państwa.

Ale rząd rządzi, nie król, i parlament reprezentuje wolę narodu. Preferuję określenie „parlamentarna demokracja” także w odniesieniu do ustroju Rzeczpospolitej Polskiej.

Droga polska

Dystansu między funkcją prezydenta i rządem nie było widać dopóki Lech był prezydentem i Jarosław premierem, ale gdy rząd Jarosława upadł i Lech musiał być prezydentem przy rządzie PO i PSL z premierem Tuskiem, wypadł z roli prezydenta.

Spróbował wyrwać Tuskowi z rąk ster państwa, który brat musiał mu oddać.

Stworzył wokół siebie ze swoją kancelarią „ministrów”, jakiś nadrząd nad rządem, jako prezydent/nad prezes, prowadząc własną politykę, niezależnie od głosów w Sejmie, przeciwko polityce rządu premiera Tuska, sabotując politykę rządu Tuska.

Podobna sytuacja może powstać po upadku obecnego pisowskiego rządu, gdyby obecny prezydent musiał być prezydentem przy radzie ministrów nie z tej samej orientacji politycznej.

Czy Andrzej Duda mógłby być dalej prezydentem „wszystkich Polaków”, jeżeli w okresie swojej kadencji musiałby współdziałać z premierem niepisowskiej koalicji? Pokazał już, że to bardzo wątpliwe.

Zaznaczam, że błędy tego drugiego pisowskiego prezydenta mają nieco inny charakter prawny niż błędy pierwszego. Ułaskawiając nie ostatecznie osądzonego kolegę z partii, zaprzysięgając niekonstytucyjnie mianowanych sędziów TK, a nie zaprzysięgając zgodnie z konstytucją mianowanych sędziów TK, obecny prezydent ingeruje niewątpliwie w władzę sądową, ale czyni to popełniając nadużycie własnej kompetencji do – z tą kompetencją sprzecznego – celu (détournement de pouvoir), aczkolwiek Lech Kaczyński wprost uzurpował władzę, która nie była jego władzą, ale władzą rządu (violence de pouvoir).

Jedno i drugie jest niezgodne z konstytucją, ale to co Duda robi jest niezgodne z sensem, a co robił Kaczyński – niezgodne i z sensem i z słowem konstytucji. Co jest gorsze? To zależy od przedmiotu.

Postępowanie Andrzeja Dudy jest o tyle krok do przodu, że nie przekroczył granicy swojej kompetencji, jak to zrobił Lech Kaczyński. Tylko nadużywa swojej kompetencji. Następny etap do „parlamentarnej demokracji” zrealizuje prezydent, który będzie respektować i słowo i sens konstytucji. To będzie „prezydent wszystkich Polaków”. Niełatwe, ale można mieć nadzieję, że im dłużej żyje demokracja parlamentarna i jej judykatura, tym bardziej liczy się myśl wyrażona w słowach przepisu, który Lech Kaczyński lekceważył.

Konkluzja

Na zakończenie moich uwag o konflikcie Lecha Kaczyńskiego z rządem Tuska o uroczystościach w Katyniu, i o konstytucyjnym znaczeniu tego konfliktu, wnioskuję, że rzetelne wyjaśnienie odpowiedzialności za fatalną dla tylu ofiar katastrofę trzeba zacząć od sądowego poznania kwestii odpowiedzialności Lecha Kaczyńskiego i jego kancelarii. To nie wyklucza, że obrońcy tej strony mogą się powołać na ewentualne błędy lub zaniedbania trzecich osób, stawiając tezy, że one spowodowały, że prezydent i kancelaria prezydenta naprawdę nie mogli przewidzieć niebezpiecznych trudności i ryzyka ich przedsięwzięcia.

Jednak najpierw kwestia odpowiedzialności strony prezydenta. To ta strona musi się usprawiedliwić. Nie odwrotnie. To nie tak, że strona byłego premiera musi się usprawiedliwiać w sprawie odpowiedzialności byłego prezydenta.

Proces karny 31 marca 2016 oskarżycieli prywatnych z niektórych „rodzin smoleńskich” przeciw szefowi kancelarii premiera i urzędników w sądzie okręgowym w Warszawie, który ma zniesławić Tomasza Arabskiego i jego urzędników, a pośrednio Donalda Tuska jako sugerowanego odpowiedzialnego za katastrofę podróży prezydenta, jest niewłaściwym trybem do ustalenia odpowiedzialności za katastrofę. Jest bezzasadnie krzywdzący dla oskarżonych, robiący z nich ofiary, nie tragedii smoleńskiej, ale politycznej afery smoleńskiej.

Istotne dla wyjaśnienia odpowiedzialności, jeżeli to naród ma zainteresować, byłaby na przykład i między innymi rzetelna analiza roli zmarłego szefa kancelarii prezydenta Władysława Stasiaka, i roli Mariusza Handzlika, i oczywiście samego prezydenta. O martwych nic, tylko dobrze? Nie w takiej sytuacji, nie, gdy ich śmierć jest używana do zrobienia krzywdy żyjącym, którzy w pośredni sposób mieli związek z wizytami w Katyniu, i po trzecie – nie, by na ich koszt gloryfikować stronę i partię Kaczyńskich. Tragiczny los w katastrofie nie przesądza o niewinności. Więc, albo uczciwy proces albo żaden.

Rząd też się stęsknił

Kiedy prezydent Stanów Zjednoczonych Ryszard Nixon, który na przełomie maja i czerwca 1972 roku bawił z dwudniową wizytą w Warszawie, odjechał z Placu Zwycięstwa, gdzie wmieszał się w tłum wykrzykujący: „Ni-xon! Ni-xon!” – ludzie zaczęli się rozchodzić, żywo komentując niecodzienne wydarzenie. Szedłem za dwiema starszymi paniami i dobiegł mnie strzęp rozmowy: „Czemu się dziwisz? Naród się stęsknił!”

Tym razem nie tyle może „naród”, co koła rządowe musiały stęsknić się za jakimś sukcesem, bo szczytowi NATO w Warszawie towarzyszyła eksplozja propagandy, jakiej nie powstydziłby się nawet Maciej Szczepański.

Wszystkich przelicytował „judeochrześcijański” portal „Fronda” delikatną sugestią, że wojskami NATO dowodzi… sam Archanioł Michał. Co prawda dowodzący wojskami NATO w Europie amerykański generał Curtis Scaparotti rzeczywiście na drugie imię ma Michał, ale Archaniołem chyba nie jest, a w każdym razie, nic o tym nie wiemy.

Tak czy owak Warszawa stała się „stolicą świata” – co prawda tylko na dwa dni, ale w dzisiejszych czasach nie pora na grymaszenie. Przyczyną tego awansu naszej stolicy był oczywiście przyjazd amerykańskiego prezydenta Baracka Husejna Obamy.

Z tej okazji niezależne media, zarówno związane z obozem zdrady i zaprzaństwa, jak i z obozem płomiennych patriotów, urządziły coś w rodzaju nocnego czuwania, najpierw w oczekiwaniu na lądowanie samolotu z Najdostojniejszym Gościem, a potem w postaci bezpośredniej transmisji przejazdu kolumny samochodów przez opustoszałe ulice. Opustoszałe nie tylko z uwagi na nocną porę, ale i na przedsięwzięte środki bezpieczeństwa.

Gdyby prezydent Obama wyrabiał sobie pogląd na sytuację w naszym nieszczęśliwym kraju na podstawie bezpośredniej obserwacji, to mógłby pomyśleć, że Polska nie tylko jest państwem policyjnym, ale również – że poza policjantami mało kto jeszcze tu mieszka.

Ale prezydent Obama opinię na temat naszego nieszczęśliwego kraju wyrabia sobie raczej na podstawie sugestii podsuwanych mu przez środowiska żydowskie (podobno przez samą panią Magdalenę Albright, co to w swoim czasie nie tylko odkryła u nas dwa „skarby narodowe” w osobach „drogiego Bronisława” i Władysława Bartoszewskiego, ale w dodatku nie mogła się zdecydować, czy „bardziej” jest Czeszką, czy może jednak Serbką), o czym świadczy „zaniepokojenie” jakiemu dał wyraz podczas spotkania z prezydentem Dudą, a które dotyczyło Trybunału Konstytucyjnego.

Do dzisiaj trwa spór, czy prezydent Obama obsztorcował prezydenta Dudę – jak twierdzi opozycja wspierana przez żydowskie media w Ameryce – czy też go pochwalił – jak utrzymuje pan minister Waszczykowski.

Sam szczyt nie przyniósł rewelacji, bo nie mógł ich przynieść z co najmniej dwóch, a nawet trzech powodów. Po pierwsze kadencja prezydenta Obamy dobiega końca, a on ma na tyle oleju w głowie, by decyzje o długofalowych konsekwencjach taktownie pozostawić swemu następcy, a po drugie – NATO nie działa w próżni, tylko w przestrzeni wypełnionej ustaleniami rozmaitych traktatów, np. traktatu z 12 września 1990 o ostatecznym uregulowaniu kwestii niemieckiej, potocznie zwanym traktatem „2 plus 4”.

Zawiera on m.in. postanowienia dotyczące budowy tzw. środków zaufania; m. in. zakaz przesuwania zachodniej broni jądrowej na wschód od dawnej granicy niemiecko-niemieckiej oraz zakaz tworzenia stałych baz NATO na wschód od tej granicy. Dlatego na szczycie zapadła decyzja o „rotacyjnej obecności” w Europie Środkowej czterech batalionów NATO: jednego w Estonii, jednego na Łotwie, jednego na Litwie, gdzie ma zainstalować się Bundeswehra i jednego w Polsce, gdzie mają zainstalować się Amerykanie.

Nie jest to siła wskazująca na intencję zaatakowania Rosji, chociaż oczywiście Moskwa „z zaniepokojeniem” odnotowuje „przybliżanie się” NATO do Rosji, a raczej na efekt psychologiczny, obliczony na opinie publiczną krajów Europy Środkowej – że mianowicie NATO nie zostawi ich samopas.

Po trzecie wreszcie – chociaż batalion Bundeswehry ma stacjonować na Litwie – ani Niemcy, ani Francja nie wykazywały entuzjazmu dla „wzmacniania wschodniej flanki” NATO, w następstwie czego ani Nasza Złota Pani, ani francuski prezydent Hollande, który najwyraźniej pogodził się z rolą owczarka niemieckiego, w ogóle nie byli widoczni w niezależnych mediach głównego nurtu.

Wyeksponowany został za to ukraiński prezydent Poroszenko, chociaż Ukraina do NATO nie należy, zaś najjaśniejszą gwiazdą medialną była pani Nadija Sawczenko, znana z pobicia rekordu Guinessa w głodowaniu. Głodowała aż 85 dni, w dodatku ani bez widocznej utraty wagi, ani bez osłabienia wigoru.

Ledwo zakończył się szczyt NATO, a kręgi rządowe znalazły się w potężnym dysonansie poznawczym, bo z jednej strony Nasz Najważniejszy Sojusznik nakazuje Polsce poświęcić wszystko dla ostatecznego zwycięstwa na Ukrainie, ale z drugiej strony PiS nie może sobie pozwolić, by jakaś Schwein przejęła mu patriotycznie nastrojoną część opinii publicznej.

Tymczasem klub parlamentarny Kukiz 15 złożył w Sejmie projekt ustawy upamiętniającej rocznicę dokonanego w 1943 r. przez UPA ludobójstwa polskiej ludności Wołynia i Podola. Strona ukraińska, najwyraźniej ośmielona przez Naszego Największego Sojusznika do mocarstwowych zachowań wobec Polski, w specjalnej nocie przestrzegła Warszawę przed wydawaniem jakichś „nieprzemyślanych deklaracji”.

W takiej sytuacji PiS najchętniej przespałoby tę rocznicę, ale wtedy naraziłoby się na oskarżenia o markowanie patriotyzmu. Postanowiło tedy wykręcić się sianem w postaci specjalnej uchwały Senatu, która od ustawy różni się tym, że nie wywiera żadnych skutków prawnych.

Mimo to strona ukraińska zareagowała uznaniem użycia w uchwale słowa „ludobójstwo” za posuniecie „antyukraińskie” i zapowiedziała podjęcie stosownych kroków. I chociaż prezydent Poroszenko demonstracyjnie złożył kwiaty pod pomnikiem ofiar wołyńskiej rzezi, to niemal tego samego dnia Moskiewski Prospekt w Kijowie został przemianowany na Prospekt Stefana Bandery.

Widać wyraźnie, że umizgi do banderowców – bo postępowanie władz w Warszawie nie zasługuje w ogóle na nazwę „polityka” – poniosły fiasko. Kijów ostentacyjnie nie liczy się ze zdaniem Warszawy, mając świadomość, że zrobi ona wszystko, co jej każe albo Nasza Złota Pani z Berlina, albo Nasz Złoty Pan z Waszyngtonu.

Gwoli ratowania pozorów pan poseł Jarosław Sellin odkrył, że ludobójstwo w 1943 roku wprawdzie się dokonało, ale jego „inspiratorami”, a właściwie nawet sprawcami byli tak naprawdę Sowieci. Tę formułę skwapliwie podchwycił minister Antoni Macierewicz, co skwapliwie wykorzystała Moskwa. Nie ukrywając Schadenfreude rosyjskie MSZ zwróciło do do polskiego MSZ z zapytaniem, czy ten pogląd jest oficjalnym stanowiskiem polskiego rządu, czy tylko prywatną opinią ministra Macierewicza oraz – czy są jakieś wydarzenia, albo zjawiska przyrodnicze, za które Rosja nie ponosi odpowiedzialności – dodając, że oczekuje odpowiedzi od kogoś upoważnionego do wypowiadania się w sprawach zagranicznych.

Jakby tego było mało, to już wkrótce zostanie otwarty nowy front. Oto pani premier Beata Szydło gorąco poparła pomysł ministra Macierewicza, by 1 sierpnia, podczas uroczystych obchodów rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego został odczytany tzw. „apel smoleński” obejmujący nazwiska osób, które zginęły w katastrofie 10 kwietnia 2010 roku.

Wzbudziło to zdumienie i konsternację znacznej części opinii publicznej i pojawiły się uwagi, że gwoli uniknięcia przez Polskę oskarżeń o wyróżnianie ofiar katastrof lotniczych i dyskryminowanie ofiar wypadków drogowych, trzeba będzie podczas wspomnianych uroczystości odczytywać również nazwiska śmiertelnych ofiar wypadków drogowych przynajmniej z ostatniego roku – a pewnie na tym się nie skończy, bo rodziny ofiar innych wydarzeń ze skutkiem śmiertelnym też będą domagały się sprawiedliwego potraktowania.

Czy w tej sytuacji pan minister Macierewicz, którego wprawdzie uważam za braciszka kręcącego całym klasztorem, tym razem aby nie przesadził z podżeganiem prezesa Jarosława Kaczyńskiego do eskalacji kultu swego brata?

Wypadki chodzą po ludziach, o czym mógł przekonać się wicepremier Mateusz Morawiecki, któremu podczas wystąpienia w Bydgoszczy wypsnęło się szczere wyznanie, że program „rodzina 500 plus” finansowany jest z zadłużenia na 20 mld złotych.

Na specjalnie zwołanej konferencji prasowej pani premier Szydło w towarzystwie ministra finansów Pawła Szałamachy energicznie zdementowała oświadczenie wicepremiera Morawieckiego, mówiąc, że żadnego kredytu na ten cel nikt nie zaciągał, a minister Szałamacha wyjaśnił, że akurat ten program finansowany jest z „uszczelniania” systemu podatkowego.

Oczywiście wicepremier Morawiecki rewokował już wcześniej i w rezultacie nie wiemy, w jakim właściwie celu „zadłużyliśmy się na 20 mld złotych”.

Stanisław Michalkiewicz
http://michalkiewicz.pl

Decyzja Watykanu nie uspokoi kontrowersji wokół abp. Szeptyckiego

Kontrowersji?
Ta decyzja ma „uspokoić”?
To jest kopnięcie butem w twarz każdego Polaka-katolika.
Admin

Przeciwko wszczęciu procesu beatyfikacyjnego metropolity ze Lwowa dwukrotnie protestował kardynał Stefan Wyszyński, prymas Polski. Protestowały też rodziny pomordowanych przez OUN-UPA i SS Galizien.

Miejsce po wsi Huta Pieniacka, wymordowanej przez SS Galizien, fot. Stowarzyszenie Huta Pieniacka

Dziś [17.07.2016] Watykan ogłosił, że greckokatolicki metropolita lwowski Andrzej Szeptycki znalazł się wśród ośmiorga sług Bożych, których dekrety o heroiczności cnót zatwierdził 16 lipca br. papież Franciszek.

Jest to zaskakująca decyzja, bo działalność owego hierarchy do dziś wywołuje wiele kontrowersji. I to nie tylko wśród Polaków. Dla przykładu, Żydzi wiąż odmawiają pośmiertnego przyznania Szeptyckiemu Medalu „Sprawiedliwy wśród narodów świata”. Z kolei kardynał Stefan Wyszyński, prymas Polski, dwukrotnie protestował przeciwko wszczęciu procesu beatyfikacyjnego.

W ostatnim czasie ukazało się też bardzo wiele prac naukowych (m.in. prof. Andrzeja Zięby, ks. prof. Józefa Wołczańskiego, ks. prof. Józefa Mareckiego), które ukazują tragiczne błędy polityczne arcybiskupa. Chodzi m.in. o błogosławienie ukraińskich kolaborantów z SS Galizien, którzy wysługując się w szeregach pułków policji SS wymordowali w barbarzyński sposób wiele polskich wiosek na Tarnopolszczyźnie.

Pisało o tym też wielu historyków zagranicznych m.in. John Paul Himka w swojej publikacji „Chrześcijaństwo i radykalny nacjonalizm: Metropolita Szeptycki i ruch Bandery”. Poniżej także fragment mojej publikacji. Czyżby Watykan tych faktów nie znał? Śmiem twierdzić, że dzisiejsza decyzja nie uspokoi kontrowersji wokół postaci Andrzeja Szeptyckiego, ale je tylko rozogni.

Metropolita i zbrodniarze

Sprawcami ludobójstwa dokonanego na Kresach nie byli bowiem islamscy radykałowie czy ateiści wychowani w komunistycznym duchu, ale z dziada pradziada wierni Kościoła wschodniego, ci co pochodzili z zaboru rosyjskiego, czyli z Wołynia, należeli do Cerkwi prawosławnej; natomiast ci z zaboru austriackiego,czyli z Kresów Południowo-Wschodnich, do Kościoła katolickiego obrządku greckokatolickiego.

Pozostawiając na potrzeby innego opracowania sprawę Cerkwi, będącej w tym czasie mocno zacofanej pod każdym względem, trzeba zadać kilka pytań pod adresem bratniego obrządku katolickiego. Miał on bowiem wówczas ogromny wpływ na mniejszość ukraińską w Polsce,a w jego duchu wychowali się najważniejsi ideolodzy Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów, z których część była nawet dziećmi unickich księży.

Zasadnicze pytanie dotyczy postawy arcybiskupa Andrzeja Szeptyckiego. Wywodził się on ze starej arystokratycznej rodziny pochodzenia rusińskiego, która swego czasu spolonizowała się, przechodząc z obrządku wschodniego na rzymski. Jego dziadkiem był pisarz Aleksander Fredro, a bratem polski generał Stanisław Szeptycki, który w imieniu Polski przejmował Górny Śląsk. Z kolei jego bratanek, kleryk rzymskokatolicki i oficer rezerwy WP, zginął w Katyniu.

Była to więc rodzina polskich patriotów. Jednak przyszły arcybiskup jako młody człowiek przeszedł z kolei na obrządek greckokatolicki (co jednoznaczne było z wyborem narodowości ukraińskiej), zostając zakonnikiem, a później metropolitą lwowskim i zwierzchnikiem całego owego obrządku. Był człowiekiem bardzo wykształconym, znającym kilka języków. Utrzymywał zażyłe kontakty z wieloma wybitnymi polskimi duchownymi, w tym z biskupem krakowskim Adamem Sapiehą i arcybiskupem ormiańskim Józefem Teodorowiczem, którego był nawet współkonsekratorem. Przyjaźnił się też ze św. Bratem Albertem, o nim nawet napisał wspomnienia, a jego obraz „Ecce Homo” przechowywał w swoim pałacu.

W ciągu 45-letniej posługi biskupiej dał się poznać jako gorliwy duszpasterz, mający nieocenione zasługi dla rozwoju życia religijnego. Jego tragedią były jednak fatalne wybory polityczne. Można go zrozumieć, że w 1918 r. wraz księciem Wilhelmem Habsburgiem, zwanym „Wasylem Wyszywanym”, próbował na Kresach utworzyć „Samostijną Ukrainę”.

Jednak popieranie nacjonalistów ukraińskich, szkolonych za niemieckie pieniądze, a także moralne wsparcie udzielone Adolfowi Hitlerowi było ogromnym błędem. Jego poczynania w tym zakresie najlepiej ilustruje następujący zapis w diariuszu Jana Zaleskiego: Metropolita lwowski obrządku greckokatolickiego, Andrzej Szeptycki, zarządził modły dziękczynne we wszystkich cerkwiach archidiecezji w niedzielę 6 lipca 1941 r. za wyzwolenie Ukrainy i w intencji zwycięskiej hitlerowskiej armii.

Sam takie nabożeństwo odprawił w katedrze św. Jura we Lwowie o godz. 10.00 (…) Z kolei, gdy Niemcy zdobyli Kijów, wysłał nawet gratulacje do Hitlera.

Błędem było też udzielenie poparcia dla zbrodniczej Dywizji SS „Galizien”, która 23 kwietnia 1943 r. świętowała swoje powstanie we lwowskiej katedrze greckokatolickiej. Mszę św. celebrował wówczas biskup Józef Slipyj (późniejszy kardynał), a kazanie głosił ks. dr Wasyl Łaba, kanonik kapituły. Na liturgii obecne były także władze niemieckie. A działo się to w chwili, gdy Niemcy z SS, wspierani przez policję ukraińską, dokonywali masowych mordów na Żydach. Wspomniany ks. Łaba został mianowany za zgodą metropolity referentem duszpasterstwa owej formacji, a dwunastu innych księży unickich zostało kapelanami esesmańskimi.

Duchowni ci, choć powinni bronić ludzkiego życia, w niczym nie przeciwstawili się swoim „owieczkom”, gdy te wyrzynały w pień bezbronne polskie wioski. Z kolei zachowane zdjęcia Mszy św. polowych, na których krzyż otoczony jest swastykami i znakami SS, szokują do dziś.

Błędem było także oddelegowanie jako kapelana do niemniej zbrodniczego batalionu Abwehry „Nachtigall” ks. dr. Iwana Hryniocha, proboszcza katedralnego i duszpasterza akademickiego, znanego ze swych nacjonalistycznych zapędów.

Przede wszystkim jednak prawdziwą tragedią było „kapelaństwo” w oddziałach UPA niektórych księży greckokatolickich, którzy nie tylko święcili narzędzia zbrodni i do mordów zachęcali, ale i mordami tymi wręcz kierowali (takie drastyczne przypadki opisuję w publikacjach poświęconych zbrodniom w Korościatynie i Kutach). Za współudział w tych mordach żaden z ukraińskich duchownych nie został przez Szeptyckiego pociągnięty do odpowiedzialności.

Trzeba jednak zaznaczyć, że nie wszyscy księża uniccy ulegali nacjonalistycznemu zaczadzeniu. Byli bowiem tacy, którzy pomagali Polakom i płacili za to wysoką cenę. Przykładem jest ks. Serafin Jarosiewicz, proboszcz unicki z parafii Żabczek. Łucka, który za tę pomoc został wieczorem po nabożeństwie oblany benzyną, zamknięty w cerkwi i spalony żywcem. Wspomnieć trzeba też brata metropolity, o. Klemensa Szeptyckiego, który w swoim greckokatolickim klasztorze ukrywał żydowskie dzieci,w tym Daniela Rotfelda, późniejszego polskiego ministra spraw zagranicznych.

Co do rozpętanego przez UPA ludobójstwa, to postawa metropolity nie była jednoznaczna. Próbował on wprawdzie przeciwstawić się temu, ale jego list pasterski „Nie zabijaj” z założenia nie mógł odnieść żadnego skutku. List ten był bowiem przydługawym wykładem teologicznym, którego wierni, w przeważającej swej większości ludzie niewykształceni, kompletnie nie rozumieli. Co więcej, w liście tym ani razu nie padły słowa o mordowanych Żydach i Polakach. W zamian za to znajdowały się w nim rozdziały np. o samobójcach oraz zabójcach życia poczętego.

Z kolei rozdział pt. „Zabójstwo brata współobywatela” nacjonaliści ukraińscy, w tym także niektórzy duchowni, od razu tłumaczyli, że takim bratem, którego nie wolno zabijać, nie jest z pewnością ani Żyd, ani Lach. Morderstwa na tych ostatnich metropolita potępił dopiero w połowie 1944 r., a więc już po wkroczeniu Armii Czerwonej.

Popełnił jednak wtedy jeszcze jeden błąd, wysyłając kolejny list hołdowniczy, tym razem do Józefa Stalina, w którym dziękował mu za przyłączenie Lwowa i Kresów Wschodnich do ZSRR. Wiernopoddańczość nic jednak nie dała, bo Sowieci wkrótce rozbili struktury obrządku grecko-katolickiego i uwięzili jego biskupów, wykorzystując jako pretekst opisywaną powyżej kolaborację z niemieckimi nazistami.

Metropolita zmarł w listopadzie 1944 r., w wieku 79 lat. Na pogrzebie, rzecz znamienna, była kompania Armii Czerwonej. Umierając, był świadkiem katastrofy swoich planów politycznych.

Najbardziej szokujące jest jednak to, że jego wątpliwa postawa czasie wojny nie przeszkadza obecnym władzom obrządku starać się o… beatyfikację metropolity. Trzeba jednak dodać, że przeciwko wszczęciu procesu beatyfikacyjnego dwukrotnie Szeptyckiego protestował kardynał Stefan Wyszyński, prymas Polski. Protestowały też rodziny pomordowanych przez OUN-UPA i SS Galizien.

Ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleskiduchowny katolicki obrządków ormiańskiego i łacińskiego, publicysta, opozycjonista.
http://wiadomosci.onet.pl

Kombatanci z Krakowa przeciw honorowaniu szkalującej Polaków białoruskiej noblistki

Porozumienie Organizacji Kombatanckich i Niepodległościowych w Krakowie zaapelowało do władz Stołecznego Królewskiego Miasta Krakowa o rezygnację z honorowania Swietłany Aleksijewicz przy pomocy tabliczki przymocowanej do jednej z ławek na Plantach.

Powodem jest wypowiedź literatki, która stwierdziła, że najgorzej ze wszystkich narodów Europy Żydów traktowali Polacy.

„Odebrać ławeczkę białoruskiej noblistce” – tytułują swoją odezwę przedstawiciele organizacji pisząc dalej, że „Porozumienie Organizacji Kombatanckich i Niepodległościowych w Krakowie zwraca się z prośbą do władz miasta Krakowa o zdjęcie z ławeczki na Plantach tabliczki honorującej Swietłanę Aleksijewicz”. [Sami ją chyba możecie zdjąć… – admin]

„Powodem naszego apelu jest fakt, że białoruska laureatka literackiej nagrody Nobla powiedziała podczas spotkania z czytelnikami w Nowym Jorku, że Polacy najgorzej ze wszystkich traktowali Żydów w czasie II wojny światowej, a księża wprost na kazaniach mówili: zabij Żyda” – zwraca uwagę w swoim apelu POKiN.

„Na to zniesławiające ogół Polaków kłamstwo właściwie i adekwatnie zareagowało Ministerstwo Spraw Zagranicznych oświadczając, że tego rodzaju stwierdzenia nie mają pokrycia w faktach i są wybitnie niesprawiedliwe oraz krzywdzące dla Narodu Polskiego oraz przypominając, że podczas II wojny światowej karą wymierzaną przez okupacyjne władze niemieckie dla tysięcy Polaków, w tym wielu polskich bohaterskich duchownych ratujących Żydów, była kara śmierci” – czytamy w piśmie organizacji kombatanckiej.

„Ponieważ Swietłana Aleksijewicz nie wycofała się ze swoich haniebnych słów, ale potwierdziła je w wywiadzie dla Rzeczpospolitej mówiąc, że odpowiedzialność za pogromy Żydów ponoszą nie tylko faszystowscy prowokatorzy, ale i Polacy, którym płacono z to wódką, chlebem oraz cukrem, w pełni uzasadnione jest pozbawienie jej zaszczytu w postaci posiadania ławeczki swojego imienia w Krakowie” – nawołuje Porozumienie Organizacji Kombatanckich i Niepodległościowych w Krakowie.

Apel w imieniu organizacji wystosował rzecznik POKiN, dr Jerzy Bukowski.

MWł
http://www.pch24.pl

Austriacki polityk nazwał turecki pucz nieprofesjonalną inscenizacją

Stefan Shennah z Socjaldemokratycznej Partii Austrii uważa, że próba puczu w Turcji była nieprofesjonalna i przypominała inscenizację.

W nocy z piątku na sobotę część armii tureckiej podjęła próbę przejęcia władzy w kraju. Prezydent Erdogan zapowiedział, że sprawcy zostaną surowo ukarani.

Po nocnych walkach władze oświadczyły, że odzyskały kontrolę.

W związku z zamachem w Turcji zatrzymano już sześć tysięcy osób, w tym czołowych generałów i setki wojskowych. Zapowiedziano nowe aresztowania. Odwołano też w funkcji prawie trzy tysiące sędziów i prokuratorów. Zginęło co najmniej 265 osób, w tym 104 puczystów.

— W tej historii jest nieprzyjemny posmak, — powiedział austriacki polityk. – Ze względu na fakt, że nie jest jasne, dlaczego przygotowano listy sędziów, listy osób, które już zatrzymano. Nie tylko wojskowych. Nieprzyjemny posmak, bo inscenizacja (pucz) mógł być na rękę Erdoganowi, by wprowadzić jeszcze większe zmiany w kraju. Ten zamach jest bardzo amatorskim przewrotem – ocenił Shennah.

Jednocześnie zaznaczył, że jeśli rząd został wybrany w sposób demokratyczny, to taką drogę należy zdecydowanie odrzucić. Jednak – jego zdaniem – na razie nie można stwierdzić, czy była to rzeczywiście próba obalenie władz, a może jedynie inscenizacja.

– Jest za wcześnie, by o tym mówić. Jesteśmy jednak bardzo zaniepokojeni tą sytuacją – podkreślił polityk.

http://pl.sputniknews.com

PAX ET GAUDIUM IN CRUCE

Ks. Stanisław Małkowski

PAX ET GAUDIUM IN CRUCE

Liturgia słowa Bożego niedzieli czternastej zwykłej 3lipca głosi Boży pokój. Mówi Bóg do Jerozolimy: Skieruję do niej pokój (Iz 66,12). W drugiej lekcji czytamy: Niech zstąpi pokój i miłosierdzie na tych, którzy chlubią się z krzyża Chrystusa (Ga 6,17). Uczniowie Jezusa niosą pokój jako dar, który może być przyjęty albo odrzucony (Łk 10,5n).

Pokój w świetle Pisma Świętego to dobrobyt, harmonia, odpoczynek, bezpieczeństwo, zgoda, zwycięstwo nad wrogiem, szczęście, owoc sprawiedliwości i pojednania, dar Boży, którego świat dać nie może, bo go nie ma.

Pisze św. Jakub: Owoc sprawiedliwości sieją w pokoju ci, którzy zaprowadzają pokój (J 14,27), a w kazaniu na Górze słyszymy: Błogosławieni, którzy wprowadzają pokój (Mt 5,9).

Warunkami pokoju w prawdzie w odróżnieniu od fałszywego spokoju są: powszechne uznanie władzy Chrystusa, pojednanie różnych ludzi i narodów w Kościele, sprawiedliwość wobec Boga i ludzi. Pokojowi na świecie sprzeciwia się totalitarne imperium pogańskie. Dlatego walka z szatanem i grzechem w wymiarze zarówno osobistym, jak i społecznym, światowym przejawia się i uobecnia w Kościele walczącym, w solidarności walczącej, w sprzeciwie wobec ideologii i poczynań prowadzących do budowania współczesnej wieży Babel pod szyldem globalizmu i Unii Europejskiej.

Mówi Matka Boża w orędziu w dniu wspomnienia św. Wacława – patrona Czech, 28 września 2013 r.: Dzisiaj zagraża narodom Europy niebezpieczeństwo spowodowane atakami Antychrysta, który chce doprowadzić do zniszczenia narodów i ich chrześcijańskiej tożsamości. Nie pozwólcie na to, aby Bestia miała was całkowicie pożreć. Podejmijcie narodową, wspólną modlitwę różańcową. Przypatrzcie się wysiłkom moich dzieci z Węgier, spójrzcie na duchową walkę, jaka toczy się w moim w moim królestwie w Polsce. Nie bójcie się podjąć wysiłku dla Chrystusa Króla – Pana wszystkich narodów! (Adam Człowiek, Orędzia dla Polski i Polaków, s. 151 i nast.). W kolejnym orędziu mówi Maryja: Zwycięstwo przyjdzie przez mój różaniec (tamże, s. 155).

Świat o własnych siłach nie może dać pokoju, którego źródłem jest Bóg. Wspólna deklaracja Niemiec i Francji w odpowiedzi na Brexit oznacza odsłonięcie totalitarnego projektu budowy w Europie imperium niszczącego kulturę, tradycję i wiarę poprzez uderzenie w narodową tożsamość i odrębność w wymiarze wolności, własności i życia. Skutkiem wyjścia Anglii z Unii Europejskiej może być stopniowy rozpad Unii, ale może być też urzeczywistnienie zapowiedzi niemiecko-francuskiej przy spodziewanym poparciu Rosji. Dlatego wyłączenie Rosji z tego zgubnego układu mocą Matki Bożej dzięki nawróceniu i zwycięstwu Bożego pokoju w aspekcie spełnienia woli Matki Bożej Fatimskiej z 13 lipca 1917 r. poprzez uroczyste ofiarowanie Rosji Niepokalanemu Sercu Maryi byłoby ratunkiem dla Polski, Europy i świata. Potrzebna jest do tego wiara i wola papieża w jedności z biskupami Kościoła powszechnego. Jest o co się modlić. Sprawy doczesne mają związek z wiecznymi, choćby przez to, że albo do nieba, albo do piekła prowadzą. Iluzja zawłaszczenia ziemi i narodów przez Antychrysta przypomina diabelską pokusę, która dotknęła w raju za sprawą węża naszych prarodziców Adama i Ewę: decydując samowolnie, co dobre, a co złe, będziecie jak Bóg. Uznanie władzy Boga w postaci królowania Chrystusa i Maryi Matki broni nas przed ludzką samowolą i diabelskim buntem zawartym w słowach: Non serviam – nie będę służył, wypowiadam posłuszeństwo Bogu i Jego woli.

Modlitwa za obecne władze w Polsce w imię nadziei może przyczynić się do stworzenia w środku Europy porozumienia i współpracy dla zniweczenia pomysłów Bogu i ludziom przeciwnych. Można więc odnieść do czołówki Unii Europejskiej dawną wojenną rosyjską piosenkę, lekko sparafrazowaną: Poczekaj, siostro, nie tak ostro, nam Polakom umierać nie czas.

Wszelkie dziejowe wydarzenia są wezwaniem i zadaniem: jak wyprowadzić z nich dobro, jak uniknąć zła. Ludzkie narzędzia podejmowane w duchu słów św. Pawła, powtarzanych przez bł. ks. Jerzego: nie daj się zwyciężyć złu, ale zło dobrem zwyciężaj, połączone z Bożymi środkami działania są zapewnieniem zwycięstwa, którego chce dla nas Bóg przy naszym współudziale.

Mówi Maryja w orędziu z 13 października 2013 r.: Kochane dzieci, Moje Serce jest ratunkiem dla świata; jest otwartą drogą dla wszystkich, aby mogli spotkać Mojego Boskiego Syna i zjednoczyć się z Nim. Wasze zawierzenie i poświęcenie Mojemu Sercu jest waszą odpowiedzią na moje zaproszenie dla was, abyście mogli mieć udział w Moim tryumfie, który jest wielkim znakiem miłosiernej miłości Mojego Boskiego Syna. Zapowiedziałam wam tryumf Mojego Serca i on nadejdzie w objawieniu chwały Mojego Syna. Już teraz możecie mieć w nim udział, jeżeli będziecie trwali miłości i pełnili wolę Bożą. Tryumf Mojego Niepokalanego Serca to także znak zwycięstwa nad Szatanem i wszystkimi jego dziełami. Dlatego jeżeli poświęciliście się Mojemu Sercu, to bądźcie pewni, że wraz z Moim Sercem pokonacie Szatana i przyczynicie się do zwycięstwa dobra (Adam Człowiek, Orędzia…, s. 158 i nast.).

Szczególnym zadaniem dla nas jest modlitwa za Rosję połączona z ofiarą dziejowych cierpień i krzywd, których Polska od Rosji doznała. Do tego wzywa nas Matka Boża w orędziu z 23 listopada 2013 r.: Mój Boski Syn pragnie okazać Swoje miłosierdzie ludom i narodom, kierując je wraz z Kościołem na drogę prawdziwego pokoju i jedności. Jeżeli będziecie wytrwali w modlitwie za Rosję, to wkrótce Bóg uczyni cud za wstawiennictwem Mojego Niepokalanego Serca (tamże, s. 178). Znany jest w socjologii mechanizm samospełniającego się albo samoniszczącego proroctwa. Złe proroctwo może się zniszczyć, a dobre spełnić przy naszym współudziale mocą krzyża.

Katolickie: szczerość i jawność

Przeto oddani posługiwaniu zleconemu nam przez miłosierdzie, nie upadamy na duchu. Unikamy postępowania ukrywającego sprawy hańbiące, nie uciekamy się do żadnych podstępów ani nie fałszujemy słowa Bożego, lecz okazywaniem prawdy przedstawiamy siebie samych w obliczu Boga osądowi sumienia każdego człowieka. A jeśli nawet Ewangelia nasza jest ukryta, to tylko dla tych, którzy idą na zatracenie, dla niewiernych, których umysły zaślepił bóg tego świata” (2 Kor 4, 1-4).

Mówimy o krzewieniu katolickiego depozytu wiary. Katolicka jest szczerość i jawność. Pan Jezus mówi: „Ja przemawiałem jawnie przed światem. Uczyłem zawsze w synagodze i w świątyni, gdzie się gromadzą wszyscy Żydzi. Potajemnie zaś nie uczyłem niczego” (J 18, 20). Ujmująca jest szczerość i jawność Chrystusa Pana.
Chowanie się za anonimowością i pseudonimami prowokuje do postawienia poważnych pytań o wiarygodność piszących. A skoro jest pytanie, powinna być odpowiedź. A odpowiedzi bywają różne.
Katolicka jest szczerość i jawność.

_______________________
A co tutaj do wiarygodności i szczerości piszących, ma ich 
"chowanie się" za pseudonimami? W sieci internetu i tak nie ma 
anonimowości. Dla "chcącego" nic trudnego. Pseudonimy, nicki, itp.
spełniają zupełnie inną rolę. (AT)